sobota, 4 marca 2017

Od Yogani do Orona i Cajsim

Koszmary, koszmary i jeszcze więcej koszmarów.
Stałam na wzgórzu, a Oron obok mnie. Nagle on upadł martwy pod moje nogi. Przypadłam do niego i zaczęłam lizać go po nosie i pysku. Moje myśli pędziły jak oszalałe. Och! Oron! Błagam nie umieraj! Nagle stanął nade mną mój przybrany ojciec.

- Ta trucizna była dla ciebie. To twoja wina, że on nie żyje.

Obudziłam się ciężko oddychając. Oron wyszedł, aby upolować coś na śniadanie. Westchnęłam z ulgą. Nagle do środka wszedł mój narzeczony.

-Śniadanie, dla Pani! - powiedział patrząc na mnie z tym swoim uwielbieniem w oczach.

Wstałam i polizałam go po pyszczku. Oron. Mój kochany Oron. To był tylko zły sen. Wtuliłam się w jego pomarańczowe futro wdychając jego zapach.

- Dziękuję kochanie.- odrzekłam
- Dla mojej ukochanej, wszystko!

Zjedliśmy razem śniadanie. Oczywiście zostawiliśmy też kawałek dla Cajsim. Wyszłam na zewnątrz a Oron szedł za mną. Stałam u wejścia do jaskini i wdychałam świeże powietrze poranka. Puściłam się w dół zbocza, ku rzece która wiła się w dolinie. Byłam przeszczęśliwa. Miałam swojego ukochanego przy boku i zaufaną przyjaciółkę, która w tej chwili pędziła gdzieś z wiatrem.
Wskoczyłam do rzeki rozchlapując wodę dookoła.

- Pora na kąpiel! - zawołałam do Orona i pociągnęłam go do siebie.

Woda była ciepła, a my pływaliśmy chlapiąc się nawzajem wodą. Tak, to były jedne z najszczęśliwszych chwil w moim życiu.

(224 słowa)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz