Kiedy rozmawiałem z Białym Demonem, nagle poczułem tak ostry ból głowy, że nie byłem pewny co się dzieje wokół mnie.
-Porozmawiamy... Później... Teraz... Idź... -powiedziałem do Arisa zamykając oczy.
Słyszałem jak odbiegł. Dziwne... Upadłem na ziemię nieprzytomny.
***
Obudziłem się leżałem nad jakimś źródłem. Wstałem chwiejnie i podszedłem do wody.
-ŹRÓDŁO ZAPOMNIENIA!!!??? -krzyknąłem zdziwiony. Odskoczyłem od wody. Wtem usłyszałem za sobą niski, basowy głos:
-Coś w tym dziwnego?
Miałem wrażenie, że wiem kto to. Ale... Ale to niemożliwe! Odwróciłem się. Moje obawy, niestety, okazały się słuszne. Za mną stał...
-Tak to ja -odezwał się, nim zdołałem dokończyć. -Pagdumot. Na prawdę sądzisz, że patrona da się tak łatwo odesłać? -zaśmiał się pogardliwie. -Dziwi cię, że nikt nie zginął? Tylko dlatego, że byłem zbyt skupiony na innym zadaniu. Ale teraz... Teraz zabiję was wszystkich, poczynając od ciebie, głupi, samozwańczy dowódco.
Nagle wszystko zrobiło się białe. Umieram? Zacząłem się poważniej nad tym zastanawiać. Zaraz jednak znów zrobiło się normalnie. Zamrugałem oczami. Przede mną stała...
-Patronka Ai? -spytałem z nadzieją.
-Siostra? -warknął Pagdumot. -Co ty tutaj robisz!?
Piękna patronka uśmiechnęła się lekko:
-Ratuję aż dwie pary, przepełnione miłością, braciszku.
-Zaraz zwymiotuję -oznajmił z kwaśną miną.
Zaraz potem rzucił się na siostrę. Rozbłysło światło. Znów nic nie widziałem...
Kiedy z powrotem otworzyłem oczy, Ai nigdzie nie było. Pagdumot wciąż tu stał, był jednak wściekły i... Zawstydzony!?
-Udało jej się coś wylicytować -oznajmił. -Zginie tylko jedna osoba, a ty ją wybierzesz. Teraz.
,,Akkarin!’’ -przyszło mi do głowy, jednak zaraz odrzuciłem od siebie tą myśl. Jak ja mogłem!? No, dobra, nie przepadałem za nim, ale żeby od razu... Przecież to on skończył wojnę. A przynajmniej wszyscy tak myśleli do... Teraz. Przypomniała mi się sytuacja z Cajsim, już po ,,zdradzie’’. Nawrzeszczała na mnie, że go wywaliłem... Nic nie rozumiała. Ja też nawet go nie podejrzewałem o zdradę. Ale, żeby jego plan się udał, trzeba było zachować pozory. Jeśli będzie widać, że działa dla nas, to nikt po tamtej stronie mu nie uwierzy... No chyba, że Cajsim też udawała swój gniew... Ale to nie miałoby sensu. Po co wróg ma wiedzieć, że najbliższa Akkarinowi osoba, jest przekonana, że on jest dobry?
Nagle zdałem sobie z czegoś sprawę. Na wielkiego Devodo! Ja tu sobie rozmyślam i wspominam, a powinienem podjąć decyzję. Ale w sumie... Po co mam się zastanawiać, skoro to jest jasne, jak zimowy śnieg?
-No dalej! -warknął Pagdumot.
Postanowiłem się upewnić:
-Kiedy zabijesz tego wilka odejdziesz stąd na zawsze?
Obok Patrona Nienawiści zmaterializowała się Ai. Trzymała dziwny sztylet przy krtani brata.
-Nie bój się -powiedziała spokojnie. -Dopilnuję tego.
Pagdumot obdarzył ją nieprzyjemnym spojrzeniem i zniknęła z powrotem.
-Kogo mam zabić!? -warknął.
Odetchnąłem głęboko i powiedziałem to jedno, jakże trudne słowo:
-Mnie.
Poczułem okropny ból w okolicach brzucha. W kilka chwil moje futro i ziemia dookoła zabarwiła się na krwisto-czerwony. Przewróciłem się na ziemię. Pagdumot śmiał się.
-A i jeszcze jedno -rzucił od niechcenia. -Możecie przyjąć Arisa, nic wam już to nie grozi. Będzie co prawda, próbował zamordować innego wilka, ale nie się nie uda i...
Nagle przestał mówić i śmiać się. Spojrzał gdzieś za mnie, zastrzegł uszami i zniknął. Na polankę wybiegła Yo.
-Oron! -krzyknęła tak przeraźliwie, że krew mi się zmroziła w żyłach. -Oron, co...
Przerwałem jej:
-Wojna jest już skończona. On tu już nigdy nie wróci. Możesz przyjąć Arisa, nic się nie stanie... -wyrzuciłem jednym tchem.
-Oron! Nic nie mów! Muszę opatrzeć rany...
-Yogani... Jesteś uzdrowicielką. Wiesz, że ja tego nie przeżyję.
Zwiesiła głowę. Doskonale widziałem jej łzy. Płakała jednak cicho, jak zwykle.
-Yo... -odezwałem się znowu. -Nie płacz... Weź wszystkie moje rzeczy i uznaj je za swoje... Rządź rozważnie watahą... Nie martw się o mnie... -mówiłem coraz chrapliwiej. Co chwilę musiałem robić przerwę. -Przecież ja idę... Do Boga i... Kocham... Cię...
Zamknąłem oczy. Czułem, że umieram. Nie miałem siły mówić. Moja ukochana żona powtarzała tylko w kółko moje imię.
W końcu wszystko zrobiło się białe Pojawiłem się na jakiejś górskiej ścieżce. Poczułem niewymowną radość. Ruszyłem biegiem pod górkę, przed siebie. Daleko majaczyła piękna, złota brama. Wiedziałem co za nią jest. Bóg. Szczęście. Niedługo Yo do mnie dołączy. Dla mnie, pewnie już za chwilę. I razem przejdziemy przez bramę.
<Tego to się chyba nikt nie spodziewał... Oron odchodzi. Wszystkie jego rzeczy tymczasowo otrzyma Yogani. Isil, przykro mi, że Oron nigdy nie dowiedział się o siostrze... Tak wyszło.
Mam nadzieję, że uszanujecie moją ostatnią wolę i teraz dacie napisać opowiadanie Yogani. Chyba ma prawo po śmierci męża do bycia pierwszą...>
(711 słów)
Oron! Ja Przez ciebie płakałam. To było tak smutne. Naprawdę. Jak pozwolisz zginąć któremuś z naszych szczeniąt zabiję!
OdpowiedzUsuńYõgani
Faktycznie bardzo smutne. Już mogłeś sobie oszczędzić tą dopiskę ona była najbardziej smutna.
OdpowiedzUsuńPS:Będzie jakoś tak niezręcznie jak nie będzie basiora alfy...