piątek, 31 marca 2017

Od Cajsim do Akkarina i całej watahy

Światło przebiło się przez ciemność i ujrzałam jaskinię Yogani. Nikogo w niej nie było oprócz mnie. Wszystko mnie bolało. Przy każdym ruchu czułam rozdzierający ból. Cała byłam w opatrunkach. Tylko ogon wystawał mi spod sterty bandaży. Tył głowy miałam w siniakach. Nagle wszystko sobie przypomniałam: "Niespodziewany skok, rana, krwawa walka,osłabienie, silne uderzenie głową o pień drzewa i potem już tylko sen...Midale, nie można mu ufać. To on, to on mnie zaatakował. Trzeba ostrzec innych!" Próbowałam się podnieść, jednak poczułam okropny ból. Yo wbiegła do jaskini.
-Caj nie ruszaj się!
-Yo? Trzeba czym prędzej ostrzec innych! Wszystko w porządku? A Dena, Isil, Aurelia? A ty? Wszystko z wami w porządku? Nie dopadł was?
-Nie...o czym ty mówisz?
-Całe szczęście.Złapaliście go?
-A kto, o kim mówisz?
-Midale, to on mnie zaatakował.
-Tak...Dobrze że się obudziłaś.
-Ile spałam?
-Tydzień. Cały tydzień, myśleliśmy, że... się już nie obudzisz.-mówiąc to Yo rzuciła mi się na szyje.Nie mogłam uwierzyć w to że przespałam cały tydzień. Ile mogło się wydarzyć w tym czasie?
-No a co z nim?- zapytałam.- Udało wam się go złapać?
-No więc...nie do końca...
-Ale jak to?! On jest na wolności?!
-Niestety tak. Wielu z nas ciężko zranił, ty i Aris oberwaliście najbardziej.-Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo wtedy zdarzyło się coś niespodziewanego...Do jaskini wpadł Akkarin z jakimś innym wilkiem.
-Akkarin!-Wykrzyknęłam, Zii miała rację, on wrócił!Tak bardzo się cieszyłam.
-Cas?-Zapytał Akkarin z zaskoczeniem wpatrując się we mnie. Nie mógł mnie poznać, bo tylko ogon mi wystawał spod opatrunków.
-To ja głupku! Nie poznajesz mnie?!- Zawołam radośnie.
-Cajsim! Co ci się stało!? Yogani, co się dzieje?
-Midale oszalał-Wyjaśniła Yo nie owijając w bawełnę.
-Jak to?
-Podejrzewamy że wskoczył do źródła zapomnienia. Zaatakował Cajsim kiedy była sama w lesie.
-Walczyłam z nim, ale on był niepokonany. Wyglądał jakby wpadł w jakąś furię. To nie był on Akkarin to nie był ten Midale którego znaliśmy.-Powiedziałam.
-Nie wiem co powiedzieć, tak mi przykro. Tak cię urządził...Będzie musiał mierzyć się ze mną...-Spojrzenie Akkarina było zdecydowane i zawzięte. Nagle odezwał się nieznajomy wilk, który przez długi czas stał nieruchomo  w kącie jaskini:
-Miałeś rację Akkarinie. Coś złego się tu dzieje. Pozwól mi pomóc  w walce ze złoczyńcą.
-Aha, no tak zapomniałem wam przedstawić mojego przyjaciela, Eliosa. Spotkałem go na pustyni.-rzekł Akkarin.
-Jestem Elios, miło mi was poznać.- Przedstawił się nieznajomy.
-Witaj!-powitałam nowo przybyłego.
-Miło nam cię poznać Eliosie.- powiedziała Yogani.
Później Yo zmieniła mi opatrunki i dała mi się napić wody z wodospadu życia, miała ona magiczne właściwości uzdrawiające.Od razu poczułam się lepiej. Poszła porozmawiać z Eliosem."Yo dzisiaj zachowuje się jakby normalniej niż ostatnimi czasy.Hmm..."Przerwałam jednak rozmyślania bo zmierzał ku mi Akkarin. Ja i on mieliśmy czas dla siebie, żeby wreszcie po tylu dniach ze sobą porozmawiać...
***
Dena wbiegła w pośpiechu do jaskini. Patrolując pogranicze zobaczyła Midale idącego przez las. Mówiła, że gonił ją przez długi czas, ale zgubiła go w okolicach słonecznej polany. Wszyscy byli zwarci i gotowi, nawet ja,ale Yo i Ak nie pozwolili mi iść.
-Wiem, że Akkarin uzdrowił cię częściowo swoją mocą, ale nadal nie jesteś w najlepszym stanie, a w dodatku jesteś w ciąży.-Mówiła Yoga.
-Yo ma rację, to bardzo niebezpieczne. Trzymaj się i nie martw się o nas.-Powiedział Akkarin.
-No niech wam będzie. - Odrzekłam z udawaną niechęcią. A sprawna reszta wilków ruszyła do walki. Zostałam sama w jaskini. Jakiś czas leżałam wpatrując się w chmury biegnące po niebie i słońce chowające się za nimi. Zachciało mi się spać. Gdy już prawie zasypiałam usłyszałam głos za swoimi plecami.
-O witaj złotko! Jak ci się spało? Dobrze cię znów widzieć...-zabrzmiał ironiczny, a zarazem jadowity głos.
-O nie!Skąd ty się tu wziąłeś!?- Byłam przerażona. On tu był, to był Midale.
-Tak się składa, że szybko się przemieszczam.-Uśmiechnął się ohydnie pokazując wszystkie zęby. Próbowałam zachować zimną krew i nie panikować. Midale zadał cios z zawrotną szybkością. Na szczęście udało mi się go uniknąć. Schowałam się w ciemnym kącie jaskini. Basior jednak szybko zorientował się gdzie jestem. Starałam się unikać ciosów jednak nie zawsze mi się to udawało. Wyciągnęłam poranioną łapę do góry i zatopiłam pazury w jego karku. Jednak on specjalnie się tym nie przejął. Upadłam na ziemię. Uznałam że walka nie ma sensu. "Nie mam siły.On zaraz mnie wykończy. Gdzie oni są? Czemu tak długo nie wracają?"Nagle do głowy wpadł mi podstępny plan."Nie wiadomo czy to się uda. Muszę zebrać całą siłę." Spowolniłam oddech. Moje ciało było pozornie bezwładne. Leżałam na ziemi w bezruchu. Nie reagowałam na jego ciosy.
-Czego się spodziewałaś? Myślałaś że mnie pokonasz z tymi ranami?-Mówiąc to Midale śmiał się diabolicznie.-Idę po resztę wilczków.Skończyłem z tobą.-rzekł i zaczął zmierzać ku wyjściu z jaskini.
-Ale ja jeszcze nie skończyłam!-Zawołałam zrywając się z ziemi. Skupiłam w jaskini energię wiatru. Poczułam jego ciśnienie. Mój "strumień" powietrza uniósł do góry duży kawałek skały. A potem jednym zdecydowanym ruchem  cisnęłam głaz w napastnika. Nie widziałam czy mój atak się udał i czy Midale oberwał bo przed oczami znowu ujrzałam ciemność. Sztuczka wyssała ze mnie energie której i tak miałam już mało. Straciłam przytomność. Ostatnie co poczułam to uderzenie mojego ciała o twardą granitową podłogę jaskini.

<I jak podoba się? Akkarin czekam na twoje opo. :) >
837 słów





czwartek, 30 marca 2017

Powitajmy nową waderę! -Carey

"Wśród tandety lśniąc jak diament. Być zagadką, której nikt nie zdąży zgadnąć nim minie czas"



Imię: Carey
Pseudonim: Car, Caruś
Pełny Formularz

środa, 29 marca 2017

Od Akkarina i Eliosa Do Ktosia

"Wezwanie"

Szedłem powoli po pustyni Nimb. Słońce chyliło się ku zachodowi. Robiło się coraz mroźniej, a na powierzchnię wypełzały szkaradne stworzenia niewiadomego pochodzenia.
- Muszę znaleźć kryjówkę na noc.-pomyślałem. 
Zacząłem się rozglądać i zobaczyłem jakiegoś wilka pędzącego w moją stronę, zaraz...WILKA?! NA PUSTYNI?!  
***
  -Hej! Wilku !- krzyczałem jednocześnie biegnąc z   nadzieją, że mnie usłyszy.                                            Przystanął i spojrzał się na mnie. zwolniłem odrobinę bieg. Gdy go dogoniłem zapytał się mnie.
- CO TY TU ROBISZ?!
- Jestem tu, gdyż zostałem wygnany z dwóch watach...
- Witaj. Jestem Elios. Ja należę... Należałem do wilków pustyni... Mieszkaliśmy na południu Watahy Ziemi, gdy Owers (po naszemu Pagdumot )  wyrżnął wszystkich... podobnie jak z wszystkimi ziemiami wschodnimi...
- Moje imię to Akkarin... 
I wtedy opowiedziałem mu swoją historię, tak jak wcześniej watasze śnieżnych szczytów pomijając jednak spotkanie Pagdumota i wojnę. Był to dla mnie zbyt trudny temat do przemyśleń, a co dopiero do opowiadania. Zdradziłem przyjaciół i dołączyłem się do wroga... Takie są fakty. Nikt kto zdradą zakończył konflikt nie był jeszcze postrzegany jako postać dobrą. Ale czy właściwie ja byłem dobry? Choć opowiedziałem swą historię, to jednak...
Postanowiliśmy się zaprzyjaźnić. Dzięki jego umiejętnością przetrwania na pustyni, zbudowaliśmy sobie schronienie. Ja za to zmieniałem się w sokoła i polowałem, na różne stworzenia... od węży, po przepiórki. 
***
Nareszcie miałem przyjaciela... Czułem się... Czułem się... nie wiem jak określić to odczucie, ale wypełniała mnie energia i chęć do uśmiechania się. Byliśmy teraz dwoma wygnańcami... Dwoma pustelnikami... A jednak wciąż czuję, że się oszukujemy nawzajem... Gdyby on wiedział o... zresztą to nie ważne. Najbardziej ciekawi mnie, dlaczego ten uprzejmy basior nosi znamię naszego wspólnego wroga... Gdy się go o to zapytałem, zmienił się w sokoła i odleciał na pięć dni...
***
Siedziałem na wydmie i rozmyślałem. ,,Czy całe życie spędzie pośród tego piachu? Czy już nigdy nie zobaczę Caj i mojego dziecka?" Wtedy stało się coś dziwnego. Usłyszałem krzyk i poczułem piekielny ból w boku, lecz nic mi się nie stało. Nagle krzyk ucichł. Siedziałem bez myśli przez minutę i wtedy zaczęły się wyrywać kolejne krzyki, coraz cichsze. Ostatnim głosem jaki słyszałem był lekko słyszalny szept:
- Akkarin. Tylko ty możesz GO powstrzymać. Znasz GO i JEGO metody. Wracaj do domu...
***
Rozpalałem właśnie ognisko, gdy Akkarin przyszedł z grobowym, zimnym wyrazem twarzy.
- Coś... coś się stało? - zapytałem.
- Muszę jak najprędzej wracać do domu...
- Ale przecież twój dom jest tutaj.
- Moim prawdziwym domem jest Wataha Śnieżnych Szczytów. - powiedział zdeterminowany.
- Przypominam, iż zostałeś wygnany z...
- Wiem, ale muszę tam iść. Żegnaj przyjacielu.
- NIE! Pójdę z tobą. - wykrzyknąłem.
- Dzieje się coś złego. Moi bliscy są w niebezpieczeństwie...
- Pomogę ci...
- Nie mogę cię narażać...
- A cóż moje życie jest warte... Jeśli nie pozwalasz mi iść z tobą, to pójdę za tobą...
- Ech...Dobrze. Możesz iść ze mną iść.
- Dziękuję. 
Poczyniliśmy przygotowania i spakowaliśmy swój majątek. Spojrzeliśmy jeszcze raz na nasze byłe schronienie. Zdobiliśmy zapasy na wędrówkę.
 I udaliśmy się w stronę wschodzącego słońca krocząc w stronę lepszego jutra...

<ktokolwiek?> (502 słowa)

Od Deny CD Midale i Arisa

To nie było normalne zachowanie Midale, oj nie. Podczas gdy Yogani dała mi czas, szybko w te pędy pobiegłam schować szczeniaki.
-Po co mamy się chować?- Zapytał oschle Valdo, na co posłałam mu ostrzegawcze spojrzenie.
-Macie tu zostać. Obaj. To polecenie- powiedziałam, tworząc im dodatkowo pole siłowe, które uniemożliwiałoby im wydostanie się czy dostanie się do nich. Gdy byli już bezpieczni, zaraz byłam przed jaskinią. Walka przeniosła się w inne miejsce ale dalej na widoku. Tym razem z Midale walczył Aris... Zaraz, co? Przecież on jest tym złym. Coś tu nie grało. Rozmyślania przerwało dostrzeżenie, że biały nie radzi sobie z przeciwnikiem. Z tego co mówiono, on był bardziej nastawiony na umysłowe ataki czy coś podobnego a nie wyglądało na to, żeby miał przewagę nad basiorem. Aż dziwne, że trzeba mu pomóc.
Cóż, czyli trzeba wrócić do starych ataków, dawno już z nich nie korzystałam. Oczyściłam umysł i pomyślałam o Theo wypowiadając dawno zapomniane zaklęcie:
-Theo! Agriste mala re tevio!- Co w wolnym tłumaczeniu oznaczało "Theo, użycz mi swoich mocy". Poczułam jak przez całe ciało przepływa silna iskra. Musiałam działać szybko, zaklęcie było ważne tylko przez określony czas. Pobiegłam w kierunku walczących, Aris nie wyglądał aby miał wygrać, przeciwnie. Szala zwycięstwa wyraźnie przechylała się ku Midale, który cieszył się niczym młody wilczek. Napastnik wyglądał jakby przymierzał się do ostatecznego ciosu ale został powstrzymany przez siłę bariery, atak co prawda poszedł na ochronę ale nie udało mu się jej złamać. Odwrócił się od niego, szukając sprawcy. W końcu natrafił na mnie, patrzyłam nań wyluzowana. Uśmiechnął się złowieszczo.
-Znowu ty. Chyba naprawdę chcesz abym się tobą pobawił.
-Czy ja wiem- wzruszyłam ramionami.- Niespecjalnie myślę, aby wataha był za kolejnym martwym wilkiem.
Rzucił się na mnie ale uniknęłam ciosu. Zaraz ponownie przepuścił atak ale tym razem ku niemu wystrzeliła spora macka materii, która go odepchnęła. Starałam się głównie bronić przed nim ale od czasu do czasu atakowałam. Ktoś zabrał Arisa z pola walki, gdy ten to zauważył to ruszył w tamtym kierunku ale znowu złapała go macka za tylną łapę rzucając w przeciwną stronę.

*Pewnie zastanawiacie się o co chodzi z tymi mackami? Otóż Theo, za życia był pół-demonem kontrolujący materie i to on podarował Denie formułę "pożyczania" od innych ich mocy*

Po rzucie, basior wstał jak gdyby nic i otrzepał się. Nie chciałam go uszkodzić, tylko dać innym czas na działanie. Tym razem uniknął roju kul materii ale kierował się na mnie. I wtedy stało się coś, o co się bałam: zaklęcie skończyło czas działania i znowu byłam zdana jedynie na własne moce. Tak walka trwała trochę, dopóki nie przewrócił mnie brutalnie. Wyślizgnęłam mu się między łapami, nawiązując kontakt wzrokowy.
-Midale, co z tobą?
-Wszystko w najlepszym porządku- wyszczerzył kły.- Ale z tobą już nie.
To powiedziawszy wgryzł mi się w kark okazyjnie łamiąc mi łapę. Piszczałam z bólu, po czym rzucił mną na głazy, tak jak poprzedniczkę, zostawiłam od trawienia w dół krwawy ślad. W takich momentach przeklinałam siebie, że własnej osoby nie mogę leczyć. Mimo to, dźwignęłam się z trudem do pozycji stojącej, z trudem oddychając i patrząc na niego.
-Tylko na tyle cię stać? Co tak słabo?!- Krzyknęłam do niego wyzywająco.


<Jak szybko pożałuję tego, Midale?>

Od Aureli CD Azraela

-Mam Cię pilnować podczas przechadzki -powiedziałam.
Basior podszedł i sprawdził czy drzwi od jego celi są otwarte. Były. Wrócił na skóry i rozłożył się wygodnie. Wszystko robił w prawdziwie ślimaczym pędzie. Kiedy wreszcie się ułożył, byłam delikatnie podenerwowana. On tymczasem jak gdyby nigdy nic spojrzał na mnie i spytał:
-A skąd pewność, że mam ochotę na jakieś przechadzki i spacery?
Nie wybuchłam. O nie. Uśmiechnęłam się sprytnie w głębi duszy, wzruszyłam ramionami i odwróciłam się tyłem do niego.
-Alfa mnie poprosiła abym ci pilnowała, więc jak nie chcesz to później nie wyjdziesz -rzuciłam przez ramię i spojrzałam na przysłuchującego się tej rozmowie Arisa.
Basior szybko wstał i zreflektował się: 
-Grzechem było by nie przejść się z tak piękną waderą, tak więc prowadź, ma Pani. 
W głębi duszy, uśmiechnęłam się triumfalnie.
Ruszyłam bez słowa w stronę wejścia do więzienia. Przez całą drogę basior co rusz na mnie spoglądał. W sumie nic dziwnego, zapewne chciał wiedzieć kim jestem. Kiedy wyszliśmy i naszym oczom znów ukazało się słońce, stanęłam i spytałam:
-Czemuż to tak na mnie patrzysz? 
Mogłam się założyć, że się lekko zaczerwienił.
-Ciekaw jestem, z kim mam przyjemność rozmawiać, Pani -rzekł.
-A nie uważasz, że powinieneś przedstawić się pierwszy? -zasugerowałam.
-Myślałem, że Alfa zdradziła Pani me imię. Nazywam się Shibudo -przedstawił się.
Spojrzałam na niego badawczo. Chyba nie kłamał. Chyba.
-Ja mam na imię Aurelia -powiedziałam tylko. -Gdzie zamierzasz iść?
<Wybacz, że takie krótkie, sam dialog, połowa właściwie skopiowana od ciebie i w ogóle... Wciąż jeszcze się przystosowuję. Następnym razem postaram się już o coś dłuższego i lepszego.>

wtorek, 28 marca 2017

Od Azraela CD Aureli

Spojrzałem na białą waderę stojącą przed moją celą. Podszedłem do drzwi i lekko popchnąłem je łapą. Nie były one jednak zamknięte na klucz. W sumie nic dziwnego jestem tu tylko ja i strażnik, nie ma nawet czego pilnować.
- A skąd pewność, że mam ochotę na jakieś przechadzki i spacery? - spytałem z lekkim udawanym uśmiechem przekręcając ciekawsko pysk.
- Alfa mnie poprosiła abym ci pilnowała, więc jak nie chcesz to później nie wyjdziesz -odparła odwracając pysk w stronę patrzącego na nas białego basiora. Czułem jego chłodny wzrok na moim karku jednak nie odwzajemniałem go.
- Grzechem było by nie przejść się z tak piękną waderą, tak więc prowadź ma Pani -powiedziałem szarmanckim tonem z lekkim ukłonem. Wadera ruszyła w stronę wyjścia, kiedy przechodziliśmy obok strażnika chytrze się do niego uśmiechnąłem i lekko szturchnąłem ogonem. Po chwili byliśmy na miejscu i wadera się odezwała.

< Aurellio ? > 

Od Midale i Arisa do całej watahy

Powoli przestawało padać, wstałem i spojrzałem na Denę.
-Będę już iść- uśmiechnąłem się lekko.
-Szkoda, ale nie będę cię zatrzymywać- przerwała na chwilę. -Do zobaczenie.
Nie odpowiedziałem, po prostu wyszedłem. Kiedy tylko ucichły za mną głosy jej licznej dzieciarni zatrzymałem się. Jeszcze niedawno tutaj nie było nic oprócz krwi i trupów a teraz świat wyglądał tak jakby nic takiego nie miało tu miejsca. Pagdumot odszedł i zostawił tę ziemię w spokoju, ale on nigdy nic za darmo nie robił, zabrał życie Orona. Teraz po Pagdumocie po tym świecie snuły się jeszcze dwie marne pozostałości. Ja i Aris. Byliśmy siebie warci. On jednak był ode mnie w jednej rzeczy zawsze lepszy nigdy nie robił tego co robiłem ja, on nie zabijał dla czystej przyjemności patrzenia na cudze cierpienie. 
Znowu przed oczami stanęło mi moje krwawe dzieło, słyszałem krzyki, błaganie o śmierć, nie chciałem tego pamiętać. Nienawidziłem siebie za to co zrobiłem. Nie byłem godny patrzeć komukolwiek z tej watahy w oczy, oni o tym doskonale wiedzieli a mimo tego przyjęli mnie z otwartymi ramionami.
Teraz jednak byłem kimś innym, nie przypominałem tego dawnego mnie. Pieczęć odebrała mi wszystko co miałem. 
Ruszyłem powoli w pierwszym lepszym kierunku. Nie miałem pojęcia gdzie dojdę ani po co to robię. 
Byłem jednym wielkim kłębkiem wyrzutów sumienia. Zapomnieć. Jedyne czego chciałem od życia to zapomnieć. Czy to naprawdę tak wiele? Przecież to nie było nic niemożliwego, nie żądałem boskiej mocy, nie chciałem władzy ani bogactwa. Po prostu zapomnieć.
Zatrzymałem się przed jakimś nie wielkim źródełkiem.
-Źródło zapomnienia- przeczytałem powoli napis wyryty na kamieniu. Uśmiechnąłem się nieznacznie- mogę wszystko zmienić.
Wskoczyłem do wody rozpryskując ją na wszystkie kierunki.

****

Pieczęć zostanie złamana, kiedy z woli swego pana dawny umysł opuści ciało. Po wieczność z nim potęga pozostanie i pokażę mu nowe oblicze świta. Da mu ona wszystko czego będzie żądał, moc, władzę, bogactwo. Jednak ma ona cenę wysoką, wierność i oddanie Panu nienawiści.


****
Otworzyłem oczy, byłem pod wodą. Zacząłem płynąć w kierunku powierzchni. Wyszedłem na brzeg i rozejrzałem się. Gdzie ja byłem? I kim ja jestem? Nagle poczułem palący ból w boku. Spojrzałem na niego i zobaczyłem że mam na nim wycięty jakiś symbol. To był symbol mojego Pana.
Spojrzałem na idealnie równe lustro wody.

WolfRoad
Ciekawie było widzieć całego siebie po raz pierwszy w życiu. Ruszyłem. nie miałem zamiaru czekać na to aż ktoś tu do mnie przyjdzie. Biegłem, czułem w sobie rozpierającą mnie żądze krwi. Poczułem jakiś zapach, wadera, to była wadera. Podążyłem za tropem, szybko doprowadził mnie do właścicielki. Siedziała pod drzewem, po jej pysku ciekły łzy. Podszedłem do niej.
- Czemu płaczesz?
Wadera spojrzała na mnie zaskoczona jednak szybko z powrotem wbiła wzrok w ziemię.
-Wiesz przecież.
Zachowywała się tak jakby mnie znała, to było dosyć dziwne ale może warto to było wykorzystać?
-Moim zdaniem, mała, to nie jest dobry powód do płaczu.
-No co ty nie powiesz...
-Moim zdaniem- przyszykowałem się do zadania ciosu- dużo lepszym powodem jest to.
Zadałem jej cios najboleśniejszy jaki umiałem ale nie śmiertelny, tym razem nie zależało mi na zabiciu tylko na dobrej zabawie. Upadła, jednak szybko się podniosła. 
-Wiedziałam że nie można ci ufać- warknęła, w moją stronę poszybowały powietrzne strzały
Nie unikałem żadnej, wszystkie trafiły do celu. Czułem lekki ból, czułem jak spływa po mnie moja krew.
-Nie mogłaś się bardziej postarać z tymi szpileczkami?- spojrzałem na nią z zawiedzioną miną- ledwie co poczułem- wadera szykowała się do kolejnego ataku- a a a, teraz moja kolej.
Zaatakowałem, wadera była dla mnie zbyt wolna, rozdarłem jej kark. Pisnęła, jednak jej wola walki nie pozwalała jej się zatrzymać nad swoimi ranami i atakowała dalej.
Z każdą minutą walki wyglądała coraz gorzej, zwisały na niej postrzępione kawałki zakrwawionego mięsa i skóry, w jednym miejscu było widać kość. Stanąłem kilka kroków od niej.
-Wyglądasz na bardzo zmęczoną- uśmiechnąłem się podle- niestety nie udało się, szkoda. Nie załamuj się i pamiętaj że najważniejsze jest to że się starałaś. Pora odpocząć.
Złapałem ją za kark i cisnąłem nią o drzewo. Zsunęła się po pniu zostawiając za sobą krwawą smugę. Stałem jeszcze przez chwilę czekając czy może jeszcze wstanie ale nie podniosła się już.
-Słodkich snów mała, masz niesamowitą wolę walki, mam nadzieję że twoja wola życia jest tak samo silna bo inaczej twój sen może być wieczny. 
Odwróciłem się do niej plecami i ruszyłem dalej. Biegłem przez las, był taki piękny i groźny zarazem. Wiosenne drzewa bez liści wyglądały jak upiory zawieszone nad przypadkowym przechodniem. Natomiast zielona trawka i mech u ich stup były takie świeże i młode, razem dawało to naprawdę niesamowite połączenie. Nagle wpadłem wręcz na jakąś waderę, jednak nie była ona sama tak ja poprzednia. Ta była w towarzystwie drugiej wadery i gromadki szczeniąt. Przez chwilę wydawało mi się że kiedyś już ją widziałem.
Spojrzała na mnie zaniepokojona.
-Wszystko dobrze Midale?
-Oczywiście.
Skoczyłem na nią z obnażonymi kłami i przygwoździłem ją do ziemi. 
-Kto to jest Midale skarbie? - wyszczerzyłem się drapieżnie.
Nie zdążyła odpowiedzieć, druga wadera skoczyła na mnie i zwaliła z niedoszłej ofiary. Przez chwilkę razem turlaliśmy się po ziemi. Wstałem jako pierwszy i spojrzałem na nią z niezadowoleniem.
-Uważaj złotko, prawie mi nadepnęłaś na ogon.
Biała wadera spojrzała na mnie jak na ciężki przypadek wariata i zaatakowało ponownie. Tym czasem wadera z młodymi uciekła. Ta walka była nieco krótsza od poprzedniej, zabawa z waderami troszeczkę mnie już nudziła więc zakończyłem to jak najszybciej umiałem.
Po skończonej walce ruszyłem nowym tropem, to był basior ale nie byle jaki, to był demon.
Nie wiedziałem jak był mocny ani co umiał ale perspektywa walki z nim poprawiła mi humor, jeszcze bardziej niż zrobiły to o tej pory wszystkie wadery.



***

Stałem na polance przed więzieniem, nic ciekawego się nie działo mój jedyny więzień siedział spokojnie i od czasu do czasu pytał się o godzinę dzień i takie tam. Ciekawie było zakosztować nowego stylu życia jednak walkę uważałem dalej za ciekawszą czynność.
Nagle na polanę wpadł jakiś wilk, przyjrzałem mu się. To był Midale. Był taki jak wtedy, zanim go został związany pieczęcią, tak samo wściekły i żądny krwi.
-Midale, trochę się zmieniłeś odkąd cię ostatnio widziałem- powiedziałem chłodno.
Basior patrzył na mnie przez chwilę jakby próbując ustalić czy to do niego mówiłem.
-Midale? To jest moje imię?- spojrzał na mnie przeszywająco- za to ja ciebie nigdy wcześniej nie widziałem.
Czyżby stracił pamięć?- pomyślałem- to by nie oznaczało nic dobrego, ponoć ci o takiej pieczęci mający czysty umysł są jeszcze bardziej niebezpieczni niż przed złożeniem przysięgi.
Naprawdę? Nie wiedziałem- usłyszałem w swojej głowie jego głos.
Spojrzałem na niego jednak było za późno, basior skoczył na mnie i przygwoździł mnie do ziemi.
Szybko stworzyłem barierę która go odrzuciła. Obok mnie leżała jakaś gałązka, zamieniłem ją w szkło i zlikwidowałem barierę. Midale znowu zaatakował, tym razem jednak to mi się coś udało zdziałać. Basior nadział się na moją szklaną gałązkę. Poczułem jak ścieka na mnie jego ciepła krew. Trafiłem go w klatkę piersiową.
-No i po co ci to było?- zapytałem z drwiną.
Midale uśmiechnął się lekko, wyjął z siebie okrwawiony szklany patyk.
-Hmm, to było orzeźwiające- uśmiechnął się promiennie.
-Ale jak?- byłem zaskoczony i przerażony- powinieneś już nie żyć...
Wilk przekrzywił głowę jak mały szczeniak.
-Naprawdę? ja sądzę że ty powinieneś nie żyć.
Zaatakował, tym razem nie miałem szansy się obronić, był zbyt szybki.





<Wszyscy?>

Od Cajsim CD Akkarina

część: nie wiem która, za to mam tytuł "Same tajemnice"
Byłam wściekła. Byłam potwornie wściekła na Yogani. "Jak ona może!? Rozumiem że jest trochę nie swoja po śmierci Orona, ale żeby robić rozprawę Akkarinowi?! I właściwie za co? Za to że nas wszystkich uratował? W dodatku on przyjmuje to tak spokojnie. " Rozmyślałam patrząc na jego twarz. On był pogrążony we śnie, a ja nie mogłam zasnąć. Zapewne Akkarin był zrezygnowany i z góry dobrze wiedział co go czeka, ale jednak ja byłam zaskoczona. Myślałam że Yo go oszczędzi. Na zewnątrz było tak cicho. Przewracałam się z boku na bok nie mogąc zasnąć. Te pytania męczyły mnie cały czas. "Co się jutro stanie? Czy widzę go po raz ostatni?"
Nie spałam całą noc. Teraz musiałam wstać. Czułam się okropnie. I w dodatku nie wpuścili mnie na rozprawę! Miarka się przebrała! Czemu Yoga jest taka wredna?! Do jasnej cholery! Jestem betą czy nie jestem?!
Postanowiłam wspiąć się na najwyższy szczyt gór siedmiu wichur, może to mi pozwoli zapomnieć o problemach, chociaż wątpię...
Wspinaczka górska to był wspaniały pomysł. Czułam jakby góry znały mój problem i rozumiały mnie. W końcu ujrzałam najwyższy wierzchołek. Rozglądałam się dookoła podziwiając widoki. Nagle zauważyłam wilka ze skrzydłami.Wylądował obok mnie gdy nagle spostrzegłam że ten wilk to patronka Zii!
-Patronka Zii! Jakiż to zaszczyt widzieć  waszą wysokość!-Złożyłam przed nią niski ukłon.
-Tak to ja. Ciebie też dobrze widzieć Cas! Starczy już tych ukłonów.-Patronka wyglądała na wesołą, legendy mówiły prawdę.-Rozchmurz się Caj! Nie bądź smutas! -zawołała Zii.Uśmiechnęłam się mimo woli.
-A więc! Przychodzę do ciebie by ci pomóc i coś oznajmić. Nie martw się rozprawą Akkarina. Został wygnany, ale wróci musisz mi wierzyć. A teraz proszę cię zrób co mówię. Idż do uzdrowicielki i dokładnie się przebadaj.
-Ale po co?
-Zrób co mówię a się dowiesz. A teraz zmykaj do watahy. Aha! I jeszcze jedno! Nie złość się na Yo, to dla niej trudny czas.
-Nie wiem jak ci dziękować! Zrobię co każesz.
-Podziękuj mi swoim uśmiechem! A teraz żegnaj. Słyszę że Phorm mnie woła.
-Żegnaj patronko Zii!
Patrzyłam jak odlatuje przez chwilę. Potem poszłam za radą patronki i ruszyłam w dół.
***
-Naprawdę!? 
-Tak, jesteś w ciąży.- głos Isil odbił się echem po ścianach jaskini.Nie wiedziałam co powiedzieć. Byłam tak zaskoczona! Wypełniała mnie radość.
-To wadera. Jedna.-rzekła Isil.-Idż powiadomić Akkarina jeszcze zdążysz. Isil uśmiechnęła się i wyprowadziła mnie z jaskini. Pobiegłam w stronę Akkarina i zatrzymałam go.
- Caj. Proszę. Nie płacz. Nie złość się. Żyj jak dawniej. Proszę...
-Nie zamierzam cię zatrzymywać...
Powiedziałam, głęboko wierzyłam w słowa Zii, tylko żeby się nie pomyliła...
-W takim razie po co tu jesteś i rozwijasz powiększasz gorycz?
-Muszę powiedzieć ci coś ważnego.
-Co?
-Jestem w ciąży.Pomyślałam, że... to ty powinieneś jej nadać imię.
-Czyli to wadera?
-Tak.
- Jedna?!
-Też mi się to wydaje dziwne, ale tak.
-Może...Elenda?
-Wspaniałe.
-Muszę już iść.
- Do widzenia.
- Żegnaj...
I odszedł. Patrzyłam jak zbliża się do widnokręgu i znika mi z pola widzenia. Wyobrażałam sobie jak zawraca i podchodzi do mnie mówiąc "zostaje" ,ale to było niemożliwe...
***
Minęło trochę czasu od tamtego wieczoru. Yo zachowywała się ostatnio dziwnie. Tak jakby nie kontrolowała do końca swoich czynów. Jej oczy mówiły co innego niż ciało. Coś było nie tak...Midale zresztą też, tak jakby coś ukrywał. Tylko jeszcze nie wiedziałam co. Wiem że dzieje się coś niedobrego...jaka szkoda że Akkarina tu nie ma. Brakuje mi go i to bardzo. "Ciekawe co się z nim teraz dzieje?Kiedy wróci?"Tego rodzaju pytania nie dawały mi spokoju. Patrząc w błękit nieba szukałam odpowiedzi. Wsłuchiwałam się w wiatr żeby mi coś powiedział. Ale on milczał...

<Akkarin?>


poniedziałek, 27 marca 2017

Od Aurelii CD Azraela ,,Więzień''

Dołączyłam do watahy, znanej wszystkim z tego, że dołączali tu ci, którym nie podobała się sytuacja w Czterech Watahach. No, ale w końcu w jakiejś watasze musiałam być! Nie wyobrażałam sobie życia poza watahą, zresztą moja profesja na to nie zezwalała. Dostałam już wyznaczone miejsce na targowisko; było u wylotu Skalnego Wąwozu, gdzie między innymi mieściła się moja jaskinia. Na szczęście nie było tu żadnego innego kupca, więc nie musiałam się martwić konkurencją. Alfa poprosiła mnie jednak, abym przed rozpoczęciem pracy, poszła do jakiegoś więzienia i pilnowała jakiegoś więźnia podczas przechadzki. Nie mogłam za bardzo protestować, w końcu to Alfa... 
Zeszłam w głębsze partie jaskini z więzieniem. Co dziwne, było tu nawet przytulnie. Żadnej wilgoci, czy szczurów, których się spodziewałam... Drogę zastąpił mi jakiś basior. Pewnie strażnik. Spojrzałam na niego, oceniając go. Nie przypadł mi za bardzo do gustu, aczkolwiek na pewno był silny. Nie chciałam słyszeć sprzeciwu, więc na wszelki wypadek stworzyłam swoją aurę. Nie wydawał się tym wielce poruszony, pewnie doskonale potrafił ukrywać.
-Jestem tu z polecenia Alfy! -oznajmiłam stanowczo. -Przepuść mnie. 
Strażnik zrobił to o co go prosiłam. Najwidoczniej takie odwiedziny już się zdarzały. Ominęłam go i rozejrzałam się. Nie trudno było znaleźć więźnia, był tu sam, nie licząc strażnika. Jego cela była nawet wygodna, ale za pewne było mu tu samotnie. Podeszłam bliżej. Basior otworzył oko i spojrzał na mnie. Zdałam sobie sprawę, że nie ,,wyłączyłam’’ aury, ale jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało. Ten był nawet przystojny.
-Mam cię pilnować podczas przechadzki -powiedziałam.
<Az? Wybacz, muszę się dopiero wprawić w pisaniu kimś takim. XD>

Powitajmy nowego basiora -Eliosa!

,,Jeśli wszyscy cię odrzucą, zostaje jeszcze nadzieja"

WolfRoad

Imię: Elios
Pseudonim: Sam ( od "samotnik")
Pełny Formularz

Powitajmy nową waderę -Aurelię!

,,Choćbyśmy cały świat przemierzali w poszukiwaniu Piękna, nie znajdziemy go nigdzie, jeżeli nie nosimy go w sobie...’’

Ihuin

Imię: Aurelia
Pseudonim: Różnie ją nazywali... Pozwala na nazywanie jej jak tylko zechcesz, pod warunkiem, że pseudonim jej się spodoba.
Pełny Formularz

niedziela, 26 marca 2017

Od Yogani do Midale i Azraela

Obudziłam się rankiem tam gdzie upadłam i po prostu wróciłam do jaskini. Na miejscu spotkałam Cajsim, która powiadomiła mnie, że znaleziono basiora, który prawdopodobnie uciekł z więzienia i zaatakował dodatkowo Arisa. Nie ma za bardzo obchodziło mnie czy coś mu się stało. Jednak chcąc czy nie chcąc musiałam opatrzyć jego rany. Następnie postanowiłam odwiedzić owego więźnia.

Zeszłam do Jaskiń Głębokich i ujrzałam basiora o ciemnym futrze. Był on masywny i patrząc w oczy łatwo można było ocenić jego charakter. Wystarczyło mi tylko na niego spojrzeć, a już wiedziałam jakiej jest rasy.
Mimo, że wiedziałam, iż to strasznie niebezpieczne, weszłam do jego celi. Basior spojrzał na mnie spode łba. Nie zwracając na to uwagi, usiadłam i spytałam nieznajomego:

- Kim jesteś?
- Wiesz dobrze - odparł z lekką drwiną w głosie
- Wiem więcej niż ty możesz wiesz o sobie, Azraelu.

Spojrzał na mnie  osłupiały. Przypatrywał mi się z ciekawością i lekkim strachem. Nagle ni stąd ni zowąd skoczył na mnie.

- Powinnaś wiedzieć Pani Alfo, że wchodząc tu podpisujesz na siebie wyrok śmierci
- Wiem. Wiem także, że nie zabijesz mnie
- I tu się mylisz - powiedział i zatopił kły w moim karku

Nie mogłam wydać z siebie dźwięku. On nie chciał mojej szybkiej śmierci. On wpuścił do mojej krwi truciznę, która miała mnie zabijać przez następne parę godzin w potwornych męczarniach.
Czułam ją powoli rozlewa się w moim ciele. Najpierw było lekkie kłucie, które bardzo szybko przemieniło się w prawdziwe tortury. Wiłam się na ziemi próbując złapać oddech. I w tym momencie poczułam pełną i ciepłą ciecz płynącą mi z ust. A ból rusł i potężnial. W końcu zapadła słodką ciemność.  

***

Otworzyłam oczy. Ale nadal widziałam ciemność. Coś mnie kierowało. Coś mi kazało robić złe rzeczy. Widziałam Midalea jak coś mi daje. To było jedyne wspomnienie, które nie było okryte białą mgłą zapomnienia.

Nagle się obudziłam. Lrżałam na ziemi, a Cajsim trzymała mnie za gardło. Jednak prędko o demnie odskoczyła i gdzieś pobiegła. Byłam zdezorientowana. W tem podszedł do mnie Midale i szepnoł mi do ucha:

- Jeszcze nie czas się budzić - powiedział, a ja poczułam ukłucie i potworny ból, który wrucił.
- Or… Or… Oron - wydukałam nie pamiętając nawet co to znaczy 

<Mogłam źle napisać imiona. Piszcie w komentarzach, a ja poprawię.>

Od Azraela Do Ktosia ,,Kiepski początek''

Biegłem na przód omijając zarośla. Przed ucieczkom strażnicy z tamtego więzienia coś mi wstrzyknęli przez co nie czułem się za dobrze, a w głowie znowu odezwały się te śmiechy. Po chwili takiego biegu zwolniły ponieważ wyczułem zapach innych wilków. Nawet sporej ich ilości, co oznaczało watahę. Po chwili jednego zauważyłem, był to basior o białej puszystej sierści. Najwidoczniej nie wyczuł bo zaczął dokładniej węszyć po okolicy.
,, Zabij go" - usłyszałem w swojej głowie śmiejący się głos. Pokręciłem przecząco głową.
- Głupie prochy. - warknąłem cicho tak by basior mnie nie usłyszał. 
,, Wiemy, że tego chcesz. Zabij go" - mówiły a ja coraz bardziej się przed tym nie powstrzymywałem. W końcu opór ustąpił, a ja chcąc nie chcąc rzuciłem się na białego basiora. Nie wiem ile tak walczyliśmy jednak po dłuższym czasie walczyłem dlatego, że chciałam, dlatego że on nie przestawał. Skończyliśmy dopiero kiedy w tym samym czasie upadliśmy na ziemie i straciliśmy przytomność.

~ Następnego dnia ~

Obudziłem się na wygodnym posłaniu i miałem opatrzone rany po wczorajszej bójce. Kiedy wstałem zauważyłem coś na wzór krat, ale mimo wszystko było tu przyjemnie. Czułem jednak, że jestem sam, a co najmniej puki nie usłyszałem kroków na kamiennej posadce. Nie za bardzo wiedziałem gdzie jestem lecz i tak nie podobało mi się to. Wilk, który tu kroczył powoli się do mnie zbliżał.

< Ktosiu, może się przejdziemy? Chętnie odpisze kilku ktosiom. > 

Od Deny i Yamis'a CD Midale i Valdo

Doskakując do leżącego syna obnażyłam kły ku basiorowi. Chciałam go co najmniej zagryźć ale ten szybko się zmył. Ostrożnie wzięłam małego do legowiska aby się nim zająć w postaci leczenia. Dwójka pozostałych panów, czyli Yamis i Midale obserwowali moje poczynania. Modliłam się w duchu, aby obrażenia nie były tak poważne o jakie się bałam.

*

Usiadłem obok pana Midale patrząc co mama robi. Biedna, tak bardzo się starała być dzielną i samej sobie z nami radzić ale oczywiście szanowny kolega Valdo musi być tym upierdliwym wrzodem, którego nie interesują wysiłki matki. Widać, że za wszelką cenę chciała go ratować.
-Nie bój się. Twoja matka zaraz uleczy ci brata- powiedział pocieszająco basior siedzący obok.
-Nie wątpię w to. Słyszałem od innych dorosłych, że jest silna.
-Słyszałeś jak podczas wojny będąc z wami w ciąży, wybiegła i jak oszalała zaczęła walczyć,w tym ratując mnie?
-To akurat najciekawsza i najzabawniejsza historia, jaką dano było mi wysłuchać- uśmiechnąłem się próbując sobie wyobrazić ją w walce z wielkim brzuchem. Ciężko było mi to wymyślić, bo mama nie miała już brzucha ciążowego, wyglądała jak każda dorosła wilczyca. Bardziej zastanawiało mnie ile jeszcze wytrzyma z moim bratem ale nie powiedziałem tego na głos, nie wypadałoby. W końcu mama odeszła od niego, chyba po coś do picia dla niego.
-Mamo- powiedziałem cicho- będę przed jaskinią próbować latać. W razie czego wołaj.
-Dobrze Yamis- uśmiechnęła się lekko.

*

Starszy z tej mojej dwójki wyszedł a z jego gołych łopatek wyrosły skrzydła. To była jego jedyna dotychczasowa moc, jaką opanował. Wiedziałam, że nauka latania przychodzi mu z trudem przez mały rozmiar skrzydeł, chyba po prostu chciał być sam. Nie wiedziałam, że posiadanie szczeniąt jest takim wyzwaniem.
-Nie nudzisz się z nimi- stwierdził Midale siadając obok.
-Staram się jak mogę- wzruszyłam ramionami.- Bywa ciężko ale trzeba sobie poradzić. Ktoś musi mieć tu jaja- parsknęłam cicho śmiechem aby nie wybudzać tak szybko nieprzytomnego syna.

<Midale?>

Od Akkarina CD Cajsim

Watacha cz. Któraśtam

Był wieczór. Siedziałem samotnie w ciemnej i wilgotnej jaskini. Padał deszcz, a w drzewa uderzały jasne grzmoty. Słyszałem, jak Cajsim kłóci się z Yogani. Nagle krzyki ucichły. Do groty weszła moja żona. Wtedy zapytałem się:
- Po co te krzyki?
- Yogani studiując księgi przeczytała ,że musisz zostaś zabity lub wygnany za zdrade!
-Czyli po co te krzy...
-Yogani studiując księgi przecz...
-Wiem. Oboje to wiedzieliśmy od czasu mojego odejścia. To już nie jest mój dom... Masz mi coś jeszczy do powiedzienia?
-Mówiła jeszcze, że ze względu na okoliczności będzie zwołane zebranie.
-To już jest i tak genialnie. Według prawa powinni mnie zagryść gdy tylko mnie ujrzeli... Teraz śpij.

***

Nadal padało. Wszyscy zebrali się w  jaskini al... fy. Orona już nie było. Umarł w przekonaniu, że jestem zwykłym śmieciem, któy zdradza przyjaciół i żonę tylko po to by ratować sobie DUPĘ(proszę nie cenzurować)! Midale stanął obok mnie, gdyż poprosiłem go by był moim obrońcą. Nagle ujżałem, że miejsce atakującego(prokutator) zajął sam Aris. Yo była sędziną, ze wględu na swą pozycję.
-Rozpoczynam naradę w celu rozpatrzenia przewinienia basiora należącego wcześniej do naszej watachy - Akkarina. Proszę o przedstawienie oskarżenia.
Wystąpił Aris.
-Akkarin dopełnił się zdrady wobec naszej watach i dołączył do naszego wroga. Nauczył się zakazanej sztuki kontrolowania umysłu i doprowadził po części do śmierci basiora alfy. Uważam, że jedyną prawidłową karą będzie śmierć która będzie zadana poprzez zestaw tortur mojego autorstwa - uśmiechnął się złowieszczo.
- Proszę o obronę Akkarina.
- Uważam, iz to nie sprawiedliwe skazywać oskarżonego na śmierć, gdyż zdradą uratował nas wszystkich. Chciałbym przypomnieć, iż atakujący także nauczył się sztuki kontroli, więc nie może stawiać tego jako akt oskarżenia... Nie mógł on doprowadzić do śmierci naszego przywódcy, gdyż to patron nienawiści go zabił. Proszę o wyrok uniewinniający, gdyż...
Tak naprawdę nie słuchałem. Denerwowało mnie, że nie pozwolono wypowiadać się w tej sprawie mnie i mojej żonie, która nawet nie została wpuszczona na rozprawę. Gdy wszyscy już się opowiedzieli, Alfa wyszedł z jaskini w stronę prerii by przemyśleć... WSZYSTKO, a inne wilki rozeszły się.Gdy przekroczyłem próg groty, podboegła Cajsim i zalała mnie falą pytań. Powiedziałem jej o wszystkim szczegółowo, a potem udaliśmy się na polowanie.

***

Wieczorem wszyscy zebrali się przy ognisku. Wszyscy byli zniecierpliwieni. W końcu przyszła Yo. Na jej twarzy malowało się zmartwienie. W końcu jednak powiedziała smutnym głosem:
-Niniejszym wyganiam cię Akkarinie z terenów Watchy Śnieżnych Szczytów.
W tedy stało się coś nieoczekiwanego. Caj rzuciła się Yogani do gardła. Skorzystałem z zamieszania i wymknełem się w kierunku mojej... starej jaskini. Zabrałem najpotrzebniejsze rzeczy, najcenniejsze pamiątki i moje pieniądzie po czym ruszyłem w kierunku Watachy Notte. Poczułem na grzbiecie czyjąś łapę i usłyszałem głos Midale:
- Przykro mi, że tak to się skończyło... Idziesz bez pożegnania?
-Nie chcę widzieś jak Cajsim płacze, przeklina wszystko i ciągnie mnie z powrotem...
-A... Rozumiem...
- Żegnaj. Może się jeszcze spotkamy...
-Żegnaj.

Wtedy ujrzałem biegnącą w naszą stronę Cajsim. 
- Nie...
Gdy dobiegła ujrzałem jej zapłakaną twarz i zrobiło mi się smutno.
- Caj. Proszę. Nie płacz. Nie złość się. Żyj jak dawniej. Proszę...
-Nie zamierzam cię zatrzymywać...
Zdziwiłem się.
-W takim razie po co tu jesteś i rozwijasz powiększasz gorycz?
-Muszę powiedzięć ci coś ważnego.
-Co?
-Jestem w ciąży.
Zatkało mnie. Nie wiedziałem co myśleć. Dlaczego muszę ją opuszczać w tak ważnym momencie. Poczułem przypływ złości.
-Pomyślałam, że... to ty powinieneś jej nadać imię.
-Czyli to wadera?
-Tak.
- Jedna?!
-Też mi się to wydaje dziwne, ale tak.
-Może...Elenda?
-Wspaniałe.
-Muszę juz iść.
- Do widzenia.
- Żegnaj...
***

Dotarłem do granicy z Watachą Notte. Spojrzałem jeszcze raz na Watachę Śnieżnych Szczytów i udałem się do najbliższej osady, lecz wśród sojuszników plotki szybko się rozchodzą. Nie chcieli mieć wygnańca na swoich terenach, więc udałem się na puystynię. Każdego dnia musiałem walczyć o przetrwanie i przez długi czas nikogo nie spotkałem. Nie liczyłem czasu. Jedniak kiedyś ujrzałem jakiegoś wilka na horyzoncie. Mimo pragnienia pobiegłem do niego. Powiedział, że jest pustelnikiem i ma na imię Elios. Zaprzyjaźniliśmy się. Byliśmy sobie jak bracia, jednak wieczorem myślem o Cajsim i o moim dziecku. Czy już się urodziło? Czy wybrali nowego basiora alfę? Czy kiedykolwiek jescze ich zobaczę?

< To nie znaczy że odchodzę z watachy. Zaraz wypełnie kartę do Eliosa. Myślę, że się spodoba. Caj, trzymaj się.XD>

Nic, a nic nie zmieniałem, jak sami widzicie. Wciąż jestem wkurzony i powinienem mu dać 3 ostrzeżenia (a nie jedno) i wywalić z watahy (czego tak bardzo pragnie, jak widać w jego opowiadaniach). Mam ochotę tu przytoczyć wszystko to co napisałem na czacie, no ale dobra. Powstrzymam się. Dziękuję i do widzenia. 
~Wściekły Oron.

Powitajmy nowego basiora -Azraela!

"To nie śmierć jest końcem życia, to brak marzeń jest śmiercią, z którą kończy się twoje życie, a zaczyna ruchoma pustka. "

Grypwolf

Imię: Jego imię brzmi Azrael, jest to anioł śmierci w Hebrajskich wierzeniach. 

Pseudonim: Jego przezwiska to po prostu śmierć w jakim tylko języku ci się zamarzy. Jest jeszcze jego stare imię Shibudo. 

Pełny Formularz

Od Midale i Valdo do Deny i Arisa

Zobaczyłem Denę która z wielkim zdeterminowaniem przesuwała niemałą sarnę. Szło jej to zdecydowanie nie najlepiej.
-Może pomogę?- podszedłem do sarny i chwyciłem ją zębami.
Razem przesuwanie poszło nam szybko chociaż trzeba przyznać że sarna lekka nie była.
-Dziękuję Midale - uśmiechnęła się.
-Nie ma za co.
Dena spojrzała w kierunku szczeniąt. Prawie wszystkie się bawiły z wyjątkiem jednego, miał nietoperze skrzydełka, był biało-fioletowy i miał niewielkie różki. Patrzył wściekle na otaczające go rodzeństwo.
-Dena, to jest Valdo?- zapytałem.
-Tak.
Było w nim coś niepokojącego, w pewnej części przypominał mi Arisa. Szczeniak spojrzał na mnie jakby oceniał kim lub czym ja jestem po czym bezceremonialnie podszedł do mnie i zakomunikował.
-Nie lubię cię.
-Valdo, to nie było miłe- Dena go skarciła
-Nie miało być- uśmiechnął się wrednie.
-Valdo!
-Tak mamusiu?
-Przeproś.
Valdo nie odpowiedział tylko odwrócił się do niej tyłem i poszedł w kierunku wyjścia.
-Valdo!- warknęła. -Gdzie ty się wybierasz?
-Gdziekolwiek.
Wybiegł z jaskini, Dena spojrzała za nim załamana.
-Ja z nim zwariuję -jęknęła.
-Chyba nie będzie aż tak źle- uśmiechnąłem się lekko. -Widziałem gorsze przypadki.
Do Deny podszedł jakiś inny szczeniak:
-Mamo nie smuć się, kiedyś pewnie zmądrzeje.
-Dzięki Yamis- przytuliła go.


***


Biegłem, byłem wściekły na Yamisa, znowu był tym najlepszym ale kiedyś się to zmieni. 
Kiedyś to ja będę najlepszy we wszystkim i zostanę bohaterem a on będzie przy mnie tylko małym robaczkiem. Stanąłem na polance, niebo było ciemne, zanosiło się na burzę. Nie interesowało mnie to teraz, jak będzie burza to może uda mi się odkryć jakieś nowe zdolności. Ale nie po to uciekłem z domu, uciekłem żeby nauczyć się latać. Rozłożyłem skrzydła i spróbowałem się wzbić. Jak zwykle skończyło się na wymachiwaniu skrzydłami bez sensu. Miałem tego wszystkiego dosyć. Czy kiedyś mi się uda coś z nimi zrobić? Wdrapałem się na spory kamień i spojrzałem w niebo, zaczynało padać i wiać. 
-Idzie burza i to taka jakiej jeszcze świat nie widział- usłyszałem za sobą czyjś głos.
Odwróciłem się w tamtą stronę i zobaczyłem białego basiora.
-Kim jesteś?- warknąłem
-Kimś na pewno- basior uśmiechną się delikatnie. -A ty pewnie jesteś szczeniakiem Deny.
-Niezbyt odkrywcze- odburknąłem. -Idź sobie!
Basior zaczął się śmiać.
-No proszę proszę, nie myślałem że dożyję dnia w którym szczeniak będzie mi rozkazywać
Spojrzał na mnie przeszywająco, poczułem jak coś wdziera się do mojego umysłu, chciałem krzyknąć ale nie mogłem. Biały wilk przez chwilę stał nade mną po czym wycofał mackę myślową. Odskoczyłem od niego i skuliłem się, on był przerażający.
-Masz ciekawy charakterek- wyszczerzył zęby- będziesz kimś kto wywróci to miejsce do góry nogami.
Nagle na jego bokach pojawiły się skrzydła i wzbił się w powietrze zostawiając mnie samego. Burza zdążyła się rozszaleć na dobre. Zacząłem biec w kierunku domu przez jakiś las. 
Pioruny waliły w drzewa, łamały je i spalały. Wiatr też łamał gałęzie. Teraz zaczynałem żałować że chciało mi się uciekać z domu. Tam było ciepło i sucho i pewnie teraz właśnie zajadali tą wielką sarnę. Nagle zobaczyłem lecący w moją stronę konar jakiegoś drzewa. Nie szansy żeby go uniknąć.
Poczułem przeszywający ból i zapadłem w ciemność.



***


Dena patrzyła przez okno na szalejącą burzę.
- Martwię się o niego- powiedziała cicho- to się musi źle skończyć...
Nagle spojrzała w kierunku wejścia, i zaczęła warczeć. Stał tam Aris i miał coś z zębach. 
Położył to ostrożnie na ziemi.
-Uspokój się- powiedział do Deny- i następnym razem lepiej pilnuj dzieci.
Wadera przerażona spojrzała na to coś co leżało na ziemi.
-Valdo!- krzyknęła i rzuciła się w jego kierunku.


<Dena? uroki wychowywania XD>

sobota, 25 marca 2017

Od Deny CD Midale

-Lepiej zostań, wszystko się uspokaja na krótkie chwile- powiedziałam kiedy już stał w progu. Miałam rację, w chwili gdy chciał wyjść znowu wszystko przybrało na sile i to większej, niż wyglądało to chwilę temu. Zmizerniał bo jak widać wolał się trzymać jak najdalej ode mnie w tamtej sytuacji. Westchnęłam zbierając się w sobie do kupy.
-Skoro zostajesz, to może zjesz coś?
-Nie jestem głodny- zaprzeczył ale odgłos z jego brzucha mówił co innego. Uśmiechnęłam się lekko wskazując na sarnę, którą Isil mi przyniosła. Póki co, nie chciałam małych zostawiać samych na czas polowań. Gestem zaprosiłam basiora aby usiadł ze mną. Patrzył na mnie oczekująco.
-O co chodzi?- Zapytałam się nie rozumiejąc jego zastoju.
-Wadery pierwsze- powiedział.
-Ale to ty jesteś moim gościem- odparowałam.
-Ale pierwszeństwo- upierał się.
-Goście!
Tak jakoś sprzeczaliśmy się dobrą chwilę, w końcu jednak roześmialiśmy się. Ciekawy widok: śmiejący się Midale, swoją drogą fajnie się śmiał. W końcu ustaliliśmy propo jedzenia sarny, poszliśmy na kompromis. Zabraliśmy się razem za pierwszy kęs.
-I widzisz, na kompromis da się iść- powiedziałam po skończonym posiłku. Wzruszył ramionami. Nagle usłyszeliśmy z zewnątrz pełne bólu wycie. Skoro deszcz ustał, basior wybiegł szukając źródła i przyczyny. Sprawa wyjaśniła się później kiedy zbierano wszystkie wilki, by podzielić się z nimi tragiczną wiadomością o śmierci samca alfa. Gdy to usłyszeliśmy, część wybuchnęła płaczem, ktoś podtrzymywał Yogani aby nie upadła po obwieszczeniu utraty ukochanego, sama zasłoniłam łapą pysk. To była ogromna strata dla watahy a co dopiero dla Yogani...

*Później*

Znowu byłam z powrotem u siebie, Isil wyszła raptem kilka minut wcześniej po sprawdzeniu maluchów. Mówiła, że musi je co jakiś czas badać dla pewności. Akurat usiłowałam przestawić sporą sarnę w inny kąt jaskini, kiedy pojawił się Midale. Pomachałam mu łapą i zdeterminowana powoli ciągnęłam ogromne cielsko.

<Midale? xD>

czwartek, 23 marca 2017

Od Yogani

Ja, nie byłam wstanie unieść to wszystko. Najpierw wojna, przemoc, krew, narodziny szczeniąt Deny, a teraz jeszcze śmierć Orona. Oron.
~ Gdzie jesteś? ~ pytałam samą siebie.
~ Czemu mnie zostawiłeś?

Po śmierci mojego ukochanego popadłam w depresję. Nie chciałam jeść i pić. Zapracowywałam się byle zapomnieć o rozpaczy. On zniknął. Raz na zawsze. Spotkamy się dopiero w Neamanie.

Pewnego razu postanowiłam wygramolić się nad Księżycowe Jezioro. Szłam ze zwiększoną głową. Wtem podbiegła do mnie Cajsim.

- Hej. Jak się czujesz?- spytała ze smutkiem w głosie
- Dobrze
- Przecież widzę, że jest źle
- To po co się pytasz? - odburknęłam niegrzecznie, a ona spojrzała na mnie trochę zmieszana i wielce zaskoczona
- Wybacz - dorzuciłam na odchodnym.

Po około godzinie dowlokłam się nad jezioro. Teraz tylko zanurzyłam się w chłodnej toni.
Gdy tak pływałam z rozpaczą w sercu, ujrzałam patronkę Kvamanzi. Co ona tu robiła? A no tak, przecież jest patronem wody. Ona w tym czasie podpłynęła do mnie i powiedziała.
- Wiesz kochana, że jesteś jedynym wilkiem wody posiadającym takie umiejętności?
- Nie rozumiem
- W tafli wody potrafisz ujrzeć i porozmawiać z osobami stojącymi przed Wielką Złotą Bramą?
- To nie jest wbrew ptawu?
- Jest. Ale udało mi się wytargować, przy pomocy Ai, abyś raz do roku mogła skorzystać z owej mocy.
- Czy będę miała jakiś konkretny dzień?
- Tak. To będzie dzień zakochanych
- Dziękuję! - wykrzyknęłam padając do łap patronki.-- Jeszcze jedno
- Słucham cię pani
- Za dwa tygodnie dostaniesz dwie "pamiątki" po ukochanym

Później wszystko rozmazało mi się przed oczyma i i zapadłam się w ciemność.

środa, 22 marca 2017

Oron odchodzi!

Dzisiaj niestety żegnamy naszego Basiora Alfę -ofiarę pierwszej wojny.

Celesse

Imię: Oron

Na zawsze zostaniesz w naszych sercach!


Od Orona CD Arisa Do Yogani

Kiedy rozmawiałem z Białym Demonem, nagle poczułem tak ostry ból głowy, że nie byłem pewny co się dzieje wokół mnie.
-Porozmawiamy... Później... Teraz... Idź... -powiedziałem do Arisa zamykając oczy.
Słyszałem jak odbiegł. Dziwne... Upadłem na ziemię nieprzytomny.
***
Obudziłem się leżałem nad jakimś źródłem. Wstałem chwiejnie i podszedłem do wody. 
-ŹRÓDŁO ZAPOMNIENIA!!!??? -krzyknąłem zdziwiony. Odskoczyłem od wody. Wtem usłyszałem za sobą niski, basowy głos:
-Coś w tym dziwnego?
Miałem wrażenie, że wiem kto to. Ale... Ale to niemożliwe! Odwróciłem się. Moje obawy, niestety, okazały się słuszne. Za mną stał... 
-Tak to ja -odezwał się, nim zdołałem dokończyć. -Pagdumot. Na prawdę sądzisz, że patrona da się tak łatwo odesłać? -zaśmiał się pogardliwie. -Dziwi cię, że nikt nie zginął? Tylko dlatego, że byłem zbyt skupiony na innym zadaniu. Ale teraz... Teraz zabiję was wszystkich, poczynając od ciebie, głupi, samozwańczy dowódco.
Nagle wszystko zrobiło się białe. Umieram? Zacząłem się poważniej nad tym zastanawiać. Zaraz jednak znów zrobiło się normalnie. Zamrugałem oczami. Przede mną stała...
-Patronka Ai? -spytałem z nadzieją.
-Siostra? -warknął Pagdumot. -Co ty tutaj robisz!?
Piękna patronka uśmiechnęła się lekko:
-Ratuję aż dwie pary, przepełnione miłością, braciszku.
-Zaraz zwymiotuję -oznajmił z kwaśną miną.
Zaraz potem rzucił się na siostrę. Rozbłysło światło. Znów nic nie widziałem...
Kiedy z powrotem otworzyłem oczy, Ai nigdzie nie było. Pagdumot wciąż tu stał, był jednak wściekły i... Zawstydzony!?
-Udało jej się coś wylicytować -oznajmił. -Zginie tylko jedna osoba, a ty ją wybierzesz. Teraz.
,,Akkarin!’’ -przyszło mi do głowy, jednak zaraz odrzuciłem od siebie tą myśl. Jak ja mogłem!? No, dobra, nie przepadałem za nim, ale żeby od razu... Przecież to on skończył wojnę. A przynajmniej wszyscy tak myśleli do... Teraz. Przypomniała mi się sytuacja z Cajsim, już po ,,zdradzie’’. Nawrzeszczała na mnie, że go wywaliłem... Nic nie rozumiała. Ja też nawet go nie podejrzewałem o zdradę. Ale, żeby jego plan się udał, trzeba było zachować pozory. Jeśli będzie widać, że działa dla nas, to nikt po tamtej stronie mu nie uwierzy... No chyba, że Cajsim też udawała swój gniew... Ale to nie miałoby sensu. Po co wróg ma wiedzieć, że najbliższa Akkarinowi osoba, jest przekonana, że on jest dobry?
Nagle zdałem sobie z czegoś sprawę. Na wielkiego Devodo! Ja tu sobie rozmyślam i wspominam, a powinienem podjąć decyzję. Ale w sumie... Po co mam się zastanawiać, skoro to jest jasne, jak zimowy śnieg? 
-No dalej! -warknął Pagdumot. 
Postanowiłem się upewnić:
-Kiedy zabijesz tego wilka odejdziesz stąd na zawsze?
Obok Patrona Nienawiści zmaterializowała się Ai. Trzymała dziwny sztylet przy krtani brata.
-Nie bój się -powiedziała spokojnie. -Dopilnuję tego.
Pagdumot obdarzył ją nieprzyjemnym spojrzeniem i zniknęła z powrotem. 
-Kogo mam zabić!? -warknął.
Odetchnąłem głęboko i powiedziałem to jedno, jakże trudne słowo:
-Mnie. 
Poczułem okropny ból w okolicach brzucha. W kilka chwil moje futro i ziemia dookoła zabarwiła się na krwisto-czerwony. Przewróciłem się na ziemię. Pagdumot śmiał się. 
-A i jeszcze jedno -rzucił od niechcenia. -Możecie przyjąć Arisa, nic wam już to nie grozi. Będzie co prawda, próbował zamordować innego wilka, ale nie się nie uda i... 
Nagle przestał mówić i śmiać się. Spojrzał gdzieś za mnie, zastrzegł uszami i zniknął. Na polankę wybiegła Yo.
-Oron! -krzyknęła tak przeraźliwie, że krew mi się zmroziła w żyłach. -Oron, co...
Przerwałem jej:
-Wojna jest już skończona. On tu już nigdy nie wróci. Możesz przyjąć Arisa, nic się nie stanie... -wyrzuciłem jednym tchem.
-Oron! Nic nie mów! Muszę opatrzeć rany...
-Yogani... Jesteś uzdrowicielką. Wiesz, że ja tego nie przeżyję. 
Zwiesiła głowę. Doskonale widziałem jej łzy. Płakała jednak cicho, jak zwykle.
-Yo... -odezwałem się znowu. -Nie płacz... Weź wszystkie moje rzeczy i uznaj je za swoje... Rządź rozważnie watahą... Nie martw się o mnie... -mówiłem coraz chrapliwiej. Co chwilę musiałem robić przerwę. -Przecież ja idę... Do Boga i... Kocham... Cię...
Zamknąłem oczy. Czułem, że umieram. Nie miałem siły mówić. Moja ukochana żona powtarzała tylko w kółko moje imię.
W końcu wszystko zrobiło się białe  Pojawiłem się na jakiejś górskiej ścieżce. Poczułem niewymowną radość. Ruszyłem biegiem pod górkę, przed siebie. Daleko majaczyła piękna, złota brama. Wiedziałem co za nią jest. Bóg. Szczęście. Niedługo Yo do mnie dołączy. Dla mnie, pewnie już za chwilę. I razem przejdziemy przez bramę.


<Tego to się chyba nikt nie spodziewał... Oron odchodzi. Wszystkie jego rzeczy tymczasowo otrzyma Yogani. Isil, przykro mi, że Oron nigdy nie dowiedział się o siostrze... Tak wyszło.
Mam nadzieję, że uszanujecie moją ostatnią wolę i teraz dacie napisać opowiadanie Yogani. Chyba ma prawo po śmierci męża do bycia pierwszą...>
(711 słów)

wtorek, 21 marca 2017

Od Midale CD Deny

-Boję się, że nie będę dobrym rodzicem, że nie dam rady- szepnęła unikając kontaktu wzrokowego.
Spojrzałem w stronę wyjście, od świata odgradzała mnie pionowa ściana deszczu.
-Poradzisz sobie, jesteś silniejsza niż myślisz.
Wadera spojrzała na mnie zdziwiona. Miała szkliste oczy.
-Co masz na myśli?
-Nie znam nikogo kto w zaawansowanej ciąży pchał się na pole walki nie ginąc przy okazji i w dodatku ratując innych.
Nie odpowiedziała, położyła głowę na ziemi i spojrzała na szczenięta.
-Teraz są takie niewinne- powiedziała- ale kto wie co będzie potem? Morze to przyszli bratobójcy?
-Dramatyzujesz- uciąłem jej bo wyraźnie zamierzała kontynuować swój wywód na temat czarnej przyszłości- póki co żyjemy tu i teraz a co nam zaplanuje przyszłość kiedyś się dowiemy.
-Kiedyś...- powtórzyła powoli- kiedyś to ja nie byłam sama.
Znowu odwróciła głowę.
-Nie ma co rozgrzebywać starych ran Dena ja też chętnie cofną bym czas i powstrzymał to co się przeze mnie stało. Wiesz ile ja narobiłem zła w życiu? Kiedyś byłem inny, to co ty teraz widzisz jest wrakiem prawdziwego mnie. To kim byłem zatrzymała w sobie pieczęć.- zauważyłem że Dena patrzy na mnie zdziwiona.- Ta pieczęć to nie tylko pusty symbol, to pieczęć która w razie twojej zdrady osłabia cię wielokrotnie. Akkarina spotka to samo, od tego przeklętego znaku nie ma wyzwolenia. To jeden z powodów dla których Biały nie składał przysięgi. On jest wolny a ja nie.
Dena patrzyła na mnie zdziwiona.
Deszcz trochę zelżał i wiatr się uspokoił.
-To ja już pójdę.

Dena? znowu przepraszam za długość

poniedziałek, 20 marca 2017

Od Deny CD Midale

-Przeszłość dosięgła mnie aż tu- mruknął siadając w stosownej odległości. Uniosłam pytająco brew zerkając na dzieciaki. Pocieszne dwie identyczne kulki akurat próbowały już się bić. Odsunęłam oboje po czym usiadłam.
-Sprawy przeszłości, co? Jakie konkretnie?- Zapytałam się spoglądając na basiora.
-Mój stary dobry przyjaciel dołączył- powiedział z takim sarkazmem, że z trudem powstrzymałam się od parsknięcia śmiechem. Patrząc na jego wyraz pyska sprawa była o wiele poważniejsza niżby się zdawało.
-Brzmi nieciekawie- podsumowałam.
-Delikatnie mówiąc, bardzo.
-O, tu jesteś... z nią?- Usłyszeliśmy czyjś głos na który oboje się zjeżyliśmy obracając ku przechodniowi. To był ten biały wilk, który był zbyt blisko moich szczeniąt. Przyjęłam postawę obronną i złowróżbnie warczeć.
-Idź. Precz. Od. Mojej. Jaskini- wypluwałam wręcz a tamten tylko dziwnie się uśmiechnął i znikł. Przeczekałam jeszcze chwilę zanim odetchnęłam wracając do normy.
-Więc poznałaś moją przeszłość, która dołączyła- stwierdził Midale. Odwróciłam się do niego tak szybko, że coś mi strzeliło w karku.
-ON?!- Posępnie kiwnął głową. Opadłam na ziemię wypuszczając sporą dawkę powietrza.- To się porobiło. Nie wygląda na przyjaznego- mruknęłam przyjeżdżając sobie łapą po pysku. Maluchy właśnie podpełzły do mnie na jedzenie.- niech tylko spróbuje się zbliżyć do małych to zaraz pozna czym jest furia matki-mruknęłam do siebie.
-Jak je w sumie nazwałaś?- Zapytał podchodząc trochę bliżej aby mieć widok na maluchy. Po chwili dodał uwagę- to bliźnięta?
-Tak- radośnie kiwnęłam głową.- Bliżej ciebie leży Valdo a za nim to Yamis.
-Wyglądają na spokojnych.
-Bo są jeszcze bardzo mali. Wolę nie myśleć jakimi narwańcami będą gdy podrosną- dodałam śmiejąc się jednak zaraza posmutniałam.- Szkoda, że Theo nie doczekał się tego widoku...
-Ich ojciec a twój zabity partner- powiedział niż zapytał.
-Boję się, że nie będę dobrym rodzicem, że nie dam rady- szepnęłam unikając z nim kontaktu wzrokowego. Ostatnie co chciałam mu pokazać to zaszklone oczy.

<Midale?>

Od Midale Do Deny

Wojna się skończyła, Akkarin dalej był dla wszystkich zdrajcą a Dena urodziła. I jakby było mało atrakcji jak na jeden dzień to Aris dołączył do watahy. Wiedziałem doskonale po co to zrobił. 
Odegnałem od siebie myśli o tym wszystkim i spojrzałem w niebo, było zachmurzone, powoli zaczynało padać.
Dena, jak ona się czuje? Wstałem i powoli ruszyłem w stronę jej jaskini. Polubiłem tę waderę.
Tymczasem rozpętała się burza, była niesamowicie wielka. W pewnym momencie w drzewo obok mnie trafił piorun i drzewo runęło prawie mnie przygniatając. 
Nagle gdzieś za mną rozległ się dobrze znajomy mi głos.
-Ładny unik- stwierdził -skaczesz jak wiewiórka.
Odwróciłem się i zobaczyłem Arisa.
-Czego ode mnie chcesz?- warknąłem.
-Niczego, po prostu sobie spaceruję.
Nie, nie wierzyłem mu, nawet jeżeli to była by prawda.
Odwróciłem się i ruszyłem w stronę jaskini Deny.
-Midale, możesz zapomnieć o przeszłości, jednak ona nigdy o tobie nie zapomni. Ty doskonale wiesz co za sobą niesie przysięga i że nawet jeżeli się zmienisz to ona zawsze pozostanie taka jak była.
Przyśpieszyłem, nie chciałem tego słuchać. Uciec od przeszłości, tak, to było moje jedyne marzenie, niestety nie dało się go spełnić.
Nawet się nie obejrzałem i już stałem przed jaskinią Deny, wszedłem do środka i zobaczyłem ją leżącą obok małych futrzastych kuleczek które bezradnie pełzały po podłodze.
Wadera spojrzała na mnie i się uśmiechnęła.
-Witaj Midale.
-Witaj- powiedziałem głosem kogoś pogrążonego w żałobie.
Wadera przyjrzała mi się uważnie.
-Coś się stało?- zapytała.

<Dena? Przepraszam za długość.>

TEN POST JEST DZIWNY

Mam pytanko. Jaki wilk napisał to co właśnie czytacie? XD (To bynajmniej nie jest śmieszne, wiem o tym.)

~Oron                                         

Złe odpowiedzi:
-Wilkiem szczęścia -Akkarin.
-Yyy... Oronem? -Aidana

niedziela, 19 marca 2017

Od Arisa Do Orona

Widziałem jak Akkarin pokonał mojego pana, w pierwszej chwili chciałem to tak po prostu zostawić ale musiałem zachować pozory wierności więc zaatakowałem. Starcie umysłów trwało tylko kilka minut, coś nagle nam przerwało i odrzuciło z nieprawdopodobną siłą. Po tym wszystkim ruszyłem przed siebie. 
Po kilku dniach dotarłem o dziwo do tej samej watahy z którą jeszcze niedawno walczyłem. Coś mi zaświtało, teraz kiedy wojna się skończyła i armia Pagdumota rozeszła jedyną rzeczą jaka mnie interesowała była zemsta na Midale a on był właśnie tutaj. Postanowiłem zrobić coś dosyć dziwnego, ale postanowiłem dołączyć.
Wiem że mało realną rzeczą było żeby się zgodzili ale spróbować zawsze można. Bez wahania wszedłem na ich teren i skierowałem się w stronę jaskini Alf, nawet nie przebyłem połowy drogi kiedy z krzaków wyskoczył na mnie jakiś wilk. To była ta sama wadera która ratowała Midale, zaraz jak ona miała na imię? A, to była Dena. Przygniotła mnie do ziemi. Była wściekała. 
Gdzieś niedaleko usłyszałem ciche popiskiwanie i wszystko stało się jasne. 
-Chyba wybrałem złą drogę...
-Najgorszą ze wszystkich- warknął wbijając mi pazury- co tu robisz?
-No cóż idę do alfy, mam zamiar dołączyć.
Jej reakcja była bezcenna, przestała mi wbijać pazury i spojrzała na mnie tak jakbym jej powiedział że jestem miłym i dobrym wilkiem.
-Niby czemu mam ci wierzyć?
-Nie wiem- powoli mi się nudziło leżenie na ziemi więc bezceremonialne zwaliłem z siebie Denę- Wybacz ale nieco mi się spieszy.
Ruszyłem do przodu, od jaskini dzieliły mnie jakieś 2 kilometry więc można było się spokojnie przeteleportować. W sumie dawno tego nie robiłem.
Powoli zacząłem się rozmywać, po kilku sekundach zmaterializowałem się w domyślnym miejscu, otworzyłem oczy i zobaczyłem przed sobą zdziwionego do granic możliwości Orona.
Szybko jednak dotarło do niego co się stało i błyskawicznie cisną we mnie kulą ognia.
Zrobiłem unik i znalazłem się za plecami Orona.
-Uspokój się, nie przychodzę tutaj żeby walczyć.
Basior błyskawicznie się odwrócił w moją stronę.
-To niby po co?
-Lepiej usiądź żebyś nie upadł, chcę dołączyć.
-Chyba śnisz- warkną - przyjmę wszystkich, ale ciebie nie.
-A Midale został przyjęty, po mimo tego że był taki sam jak ja.
-Był ale nie jest, on się zmienił a tacy jak ty się nie zmieniają.
Spojrzałem na drzewo.
-Masz rację, ja się nie zmieniłem, on też nie, jest taką samą szumowiną jaką był tylko po prostu ma wyrzuty sumienia. Ja po prostu nie lubię samotnego trybu życia więc chcę dołączyć.

Powitajmy nową młodą waderę! -Aidannę

,,Zależy mi ale już nie walczę. Dlaczego? Bo już dawno tę walkę przegrałam''


Imię: Aidana ( pozdrawiam tych którzy czytali Spirit animals  Ja też!  ~Oron)
Pseudonim: Aid (Adidas XD )
Pełny Formularz

Od Cajsim do Akkarina

Wataha cz 20 ( w sumie powinniśmy zacząć nowy wątek, bo wojna się skończyła, chociaż w sumie życie to jeden długi wątek...;)

Obrona słabła. Krew, krew, krew... kurz i martwe wilki. "Co się dzieje z Akkarinem? Jaki ma plan? Głęboko wierze że nie jest zdrajcą, ja to czuje...Jestem tego pewna..."
Walka dłużyła się w nieskończoność. Yogani i Isil miały ręce pełne roboty. Co chwilę ktoś z naszych potrzebował pomocy. Unikałam zabójczych ciosów i w ułamku sekundy wyrzucałam dziesiątki strzał. "Kiedy ta wojna się skończy? Ile jeszcze dni będzie opierało się na morderczej walce całymi godzinami, spaniu godzinę dziennie i jedzeniu jednej zatęchłej myszy, albo niejedzeniu w cale? Długo tak nie pociągnę. Ale nie można się martwić na zapas." -Pomyślałam. I wtedy, jakby za sprawą wspaniałej mocy Devada, napastnicy przestali uderzać na prawo i lewo. Rozejrzeli się dookoła i zaczęli się wycofywać. Coś musiało się stać. Ja też odczułam nagle, jakby cała pozytywna, duchowa energia patronów wróciła...Nagle coś przyszło mi do głowy..."Czy to w ogóle możliwe? Czy to możliwe żeby Pagdumot odszedł...?"
Oron rozglądał się po polu walki z zaskoczeniem. Wszyscy zastanawiali się  o co właściwie chodzi?
Walka się skończyła, ale ranni zostali ranni. Yogani potrzebowała jakiś uzdrowicielskich ziół z Zaczarowanej puszczy, więc pobiegłam w tamtą stronę...
W zamyśleniu zbierałam zioła... Zastanawiałam się co się stało? Gdy nagle zauważyłam wilczy ogon wystający zza drzewa. Podkradłam się by to sprawdzić...
- Akkarin?!
-Cajsim?!
-Skąd ty się tu wziąłeś? Co się właściwie stało?Dobrze cię widzieć.
-Ciebie też dobrze widzieć, nawet nie wiesz jak bardzo. No cóż... Nie owijając w bawełnę...Odesłałem Pagdumota do krainy patronów.-Powiedział Akkarin, nie wiedziałam co odrzec. Jak on to zrobił? Byłam pewna,że nas nie zdradzi! Czułam tyle uczuć na raz: dumę, radość, niepewność, niedowierzanie, zaskoczenie...powiedziałam po prostu:
-Chodź do domu Akkarinie.
-Wiesz...
-O co chodzi?
-Ja nie mam już domu...
-Ależ oczywiście że masz! Masz pełne prawo do mieszkania na ternie watahy.
-Ale Oron się nie zgodzi...
-Mam gdzieś Orona! Akkarin, zrozum, jesteś bohaterem. Dzięki tobie ta wojna jest skończona. I jesteś także moim mężem i nie pozwolę ci szwendać się po świecie w poszukiwaniu nowego domu, bo twój dom jest w skalnym wąwozie, na terenie watahy śnieżnych szczytów, A ja jestem betą i powiem Oronowi...- Chciałam powiedzieć coś jeszcze jednak nie zdążyłam bo Akkarin mnie pocałował... i powiedział. "Masz rację, chodźmy do domu..."

<Akkarin? Wracajmy do watahy. :) >


sobota, 18 marca 2017

Od Akkarina

Wataha cz.19 Jak dla mnie o wiele dalsza, no ale ok... ~Oron

Było już po północy. Szedłem korytarzem Wielkiej Groty. Pagdumot nauczył mnie czytać myśli, bez zgody właściciela i kontrolować cudzy umysł. Dopiero teraz zrozumiałem, dlaczego nikt z jego armii nigdy nie uciekał z pola walku, dlaczego zawsze trzymali szyk. Pagdumot kontrolował ich umysły... Nagle przy wejściu do groty usłyszałem głos...Cajsim?! Ona może przecież wszystko popsuć! No sama widzisz Cajsim! On Cię nie kocha i nie potrzebuje!   Nie no, żart, rzecz jasna. XD ~Oron, kto inny? Wysłałem sygnał myślowy:
~Odejdź  stąd. Nic mi nie jest. Mam plan.
~Akkarin?To ty to naprawdę ty! Tak się ciesze. Jaki plan? - odpowiedziała.
~Niedługo wszystkiego się dowiesz. Wracaj. Błagam cię.
~Niechętnie się zgadzam, ale dobrze.
~Kocham cię.
~Ja ciebie też.
Odeszła. Całe szczęście. Jaki kochany mąż... ~Oron Tęskniłem za nią, ale nic nie mogłem zrobić. Nie miałem wyboru. Muszę zrealizować mój plan. I tak wataha pewnie już mnie uznała za zdrajcę i wygnała...
***
Rozpoczęła się narada wojenna. Po mojej lewej stronie stał Biały Demon - Aris. Patrzył na mnie krzywo w przeciwieństwie do Pagdumota, który rozglądał się z kamienną twarzą. W orginale było: ,,przyjacielsko się rozglądał''. *patrzy zdegustowany* ~Oron 
- Witajcie. Pozwólcie, że przedstawię wam nowego   -Akkarina. 
Po sali przeszedł pomruk... W sumie...czego?
- Przejdźmy zatem do istotniejszych spraw. Skupiamy się na ataku, lecz musimy kontrolować ofensywę na północnym krańcu...- nawet go nie słuchałem. Myślałem o czymś dużo ważniejszym. O moim planie. Nikt nie może się o nim dowiedzieć. Moja intryga ma jednak swoją cenę. Zostanę na zawsze sługą Pagdumota, będę zdrajcą i... Mogę JĄ stracić. Narada się skończyła. Ostateczne uderzenie mieliśmy zadać jutro. W zamyśleniu udałem się do mojego domu.
***
Staliśmy na wzgórzu. Obserwowałem razem z Arisem i Pagdumotem jak oddziały walczą z moją... zaiste byłą watahą. Przegrywali. I to zdecydowanie. Nic nie mówiliśmy, a na twarzy dowódcy malował się zmęczenie i skupienie. Muszę działać szybko...
Nagle wbiłem pradawny sztylet w sam środek głowy Pagdumota. Bo Pagdumot jest głupi i się tego nie spodziewał. ~Oron Bo był zbyt skupiony. ~Akkarin Zamienił się w pył, który odleciał w stronę krainy patronów. Nie mogłem go zabić, ale odesłałem go tam skąd przybył. Wojska znieruchomiały. Wtedy poczułem uderzenie myślowe. Demon próbował się wkraść do mojego umysłu. Dobrze, że Pagdumot nauczył mnie jak walczyć psychicznie. Nagle, coś przerwało połączenie i odepchnęło nas z wielką siłą. Ujrzałem jak Aris odchodzi na północ... Ja poszedłem na południe.

Cz. 20 wkrótce.
(340 słów)
<Tak, tak... Wiem. Znowu wywołam poruszenie. Może być?> Nie... Wybacz te komentarze i delikatme zmiany, ale nie mogłem się powstrzymać... Jak coś, to mogę je pousuwać... ~Oron