wtorek, 28 marca 2017

Od Midale i Arisa do całej watahy

Powoli przestawało padać, wstałem i spojrzałem na Denę.
-Będę już iść- uśmiechnąłem się lekko.
-Szkoda, ale nie będę cię zatrzymywać- przerwała na chwilę. -Do zobaczenie.
Nie odpowiedziałem, po prostu wyszedłem. Kiedy tylko ucichły za mną głosy jej licznej dzieciarni zatrzymałem się. Jeszcze niedawno tutaj nie było nic oprócz krwi i trupów a teraz świat wyglądał tak jakby nic takiego nie miało tu miejsca. Pagdumot odszedł i zostawił tę ziemię w spokoju, ale on nigdy nic za darmo nie robił, zabrał życie Orona. Teraz po Pagdumocie po tym świecie snuły się jeszcze dwie marne pozostałości. Ja i Aris. Byliśmy siebie warci. On jednak był ode mnie w jednej rzeczy zawsze lepszy nigdy nie robił tego co robiłem ja, on nie zabijał dla czystej przyjemności patrzenia na cudze cierpienie. 
Znowu przed oczami stanęło mi moje krwawe dzieło, słyszałem krzyki, błaganie o śmierć, nie chciałem tego pamiętać. Nienawidziłem siebie za to co zrobiłem. Nie byłem godny patrzeć komukolwiek z tej watahy w oczy, oni o tym doskonale wiedzieli a mimo tego przyjęli mnie z otwartymi ramionami.
Teraz jednak byłem kimś innym, nie przypominałem tego dawnego mnie. Pieczęć odebrała mi wszystko co miałem. 
Ruszyłem powoli w pierwszym lepszym kierunku. Nie miałem pojęcia gdzie dojdę ani po co to robię. 
Byłem jednym wielkim kłębkiem wyrzutów sumienia. Zapomnieć. Jedyne czego chciałem od życia to zapomnieć. Czy to naprawdę tak wiele? Przecież to nie było nic niemożliwego, nie żądałem boskiej mocy, nie chciałem władzy ani bogactwa. Po prostu zapomnieć.
Zatrzymałem się przed jakimś nie wielkim źródełkiem.
-Źródło zapomnienia- przeczytałem powoli napis wyryty na kamieniu. Uśmiechnąłem się nieznacznie- mogę wszystko zmienić.
Wskoczyłem do wody rozpryskując ją na wszystkie kierunki.

****

Pieczęć zostanie złamana, kiedy z woli swego pana dawny umysł opuści ciało. Po wieczność z nim potęga pozostanie i pokażę mu nowe oblicze świta. Da mu ona wszystko czego będzie żądał, moc, władzę, bogactwo. Jednak ma ona cenę wysoką, wierność i oddanie Panu nienawiści.


****
Otworzyłem oczy, byłem pod wodą. Zacząłem płynąć w kierunku powierzchni. Wyszedłem na brzeg i rozejrzałem się. Gdzie ja byłem? I kim ja jestem? Nagle poczułem palący ból w boku. Spojrzałem na niego i zobaczyłem że mam na nim wycięty jakiś symbol. To był symbol mojego Pana.
Spojrzałem na idealnie równe lustro wody.

WolfRoad
Ciekawie było widzieć całego siebie po raz pierwszy w życiu. Ruszyłem. nie miałem zamiaru czekać na to aż ktoś tu do mnie przyjdzie. Biegłem, czułem w sobie rozpierającą mnie żądze krwi. Poczułem jakiś zapach, wadera, to była wadera. Podążyłem za tropem, szybko doprowadził mnie do właścicielki. Siedziała pod drzewem, po jej pysku ciekły łzy. Podszedłem do niej.
- Czemu płaczesz?
Wadera spojrzała na mnie zaskoczona jednak szybko z powrotem wbiła wzrok w ziemię.
-Wiesz przecież.
Zachowywała się tak jakby mnie znała, to było dosyć dziwne ale może warto to było wykorzystać?
-Moim zdaniem, mała, to nie jest dobry powód do płaczu.
-No co ty nie powiesz...
-Moim zdaniem- przyszykowałem się do zadania ciosu- dużo lepszym powodem jest to.
Zadałem jej cios najboleśniejszy jaki umiałem ale nie śmiertelny, tym razem nie zależało mi na zabiciu tylko na dobrej zabawie. Upadła, jednak szybko się podniosła. 
-Wiedziałam że nie można ci ufać- warknęła, w moją stronę poszybowały powietrzne strzały
Nie unikałem żadnej, wszystkie trafiły do celu. Czułem lekki ból, czułem jak spływa po mnie moja krew.
-Nie mogłaś się bardziej postarać z tymi szpileczkami?- spojrzałem na nią z zawiedzioną miną- ledwie co poczułem- wadera szykowała się do kolejnego ataku- a a a, teraz moja kolej.
Zaatakowałem, wadera była dla mnie zbyt wolna, rozdarłem jej kark. Pisnęła, jednak jej wola walki nie pozwalała jej się zatrzymać nad swoimi ranami i atakowała dalej.
Z każdą minutą walki wyglądała coraz gorzej, zwisały na niej postrzępione kawałki zakrwawionego mięsa i skóry, w jednym miejscu było widać kość. Stanąłem kilka kroków od niej.
-Wyglądasz na bardzo zmęczoną- uśmiechnąłem się podle- niestety nie udało się, szkoda. Nie załamuj się i pamiętaj że najważniejsze jest to że się starałaś. Pora odpocząć.
Złapałem ją za kark i cisnąłem nią o drzewo. Zsunęła się po pniu zostawiając za sobą krwawą smugę. Stałem jeszcze przez chwilę czekając czy może jeszcze wstanie ale nie podniosła się już.
-Słodkich snów mała, masz niesamowitą wolę walki, mam nadzieję że twoja wola życia jest tak samo silna bo inaczej twój sen może być wieczny. 
Odwróciłem się do niej plecami i ruszyłem dalej. Biegłem przez las, był taki piękny i groźny zarazem. Wiosenne drzewa bez liści wyglądały jak upiory zawieszone nad przypadkowym przechodniem. Natomiast zielona trawka i mech u ich stup były takie świeże i młode, razem dawało to naprawdę niesamowite połączenie. Nagle wpadłem wręcz na jakąś waderę, jednak nie była ona sama tak ja poprzednia. Ta była w towarzystwie drugiej wadery i gromadki szczeniąt. Przez chwilę wydawało mi się że kiedyś już ją widziałem.
Spojrzała na mnie zaniepokojona.
-Wszystko dobrze Midale?
-Oczywiście.
Skoczyłem na nią z obnażonymi kłami i przygwoździłem ją do ziemi. 
-Kto to jest Midale skarbie? - wyszczerzyłem się drapieżnie.
Nie zdążyła odpowiedzieć, druga wadera skoczyła na mnie i zwaliła z niedoszłej ofiary. Przez chwilkę razem turlaliśmy się po ziemi. Wstałem jako pierwszy i spojrzałem na nią z niezadowoleniem.
-Uważaj złotko, prawie mi nadepnęłaś na ogon.
Biała wadera spojrzała na mnie jak na ciężki przypadek wariata i zaatakowało ponownie. Tym czasem wadera z młodymi uciekła. Ta walka była nieco krótsza od poprzedniej, zabawa z waderami troszeczkę mnie już nudziła więc zakończyłem to jak najszybciej umiałem.
Po skończonej walce ruszyłem nowym tropem, to był basior ale nie byle jaki, to był demon.
Nie wiedziałem jak był mocny ani co umiał ale perspektywa walki z nim poprawiła mi humor, jeszcze bardziej niż zrobiły to o tej pory wszystkie wadery.



***

Stałem na polance przed więzieniem, nic ciekawego się nie działo mój jedyny więzień siedział spokojnie i od czasu do czasu pytał się o godzinę dzień i takie tam. Ciekawie było zakosztować nowego stylu życia jednak walkę uważałem dalej za ciekawszą czynność.
Nagle na polanę wpadł jakiś wilk, przyjrzałem mu się. To był Midale. Był taki jak wtedy, zanim go został związany pieczęcią, tak samo wściekły i żądny krwi.
-Midale, trochę się zmieniłeś odkąd cię ostatnio widziałem- powiedziałem chłodno.
Basior patrzył na mnie przez chwilę jakby próbując ustalić czy to do niego mówiłem.
-Midale? To jest moje imię?- spojrzał na mnie przeszywająco- za to ja ciebie nigdy wcześniej nie widziałem.
Czyżby stracił pamięć?- pomyślałem- to by nie oznaczało nic dobrego, ponoć ci o takiej pieczęci mający czysty umysł są jeszcze bardziej niebezpieczni niż przed złożeniem przysięgi.
Naprawdę? Nie wiedziałem- usłyszałem w swojej głowie jego głos.
Spojrzałem na niego jednak było za późno, basior skoczył na mnie i przygwoździł mnie do ziemi.
Szybko stworzyłem barierę która go odrzuciła. Obok mnie leżała jakaś gałązka, zamieniłem ją w szkło i zlikwidowałem barierę. Midale znowu zaatakował, tym razem jednak to mi się coś udało zdziałać. Basior nadział się na moją szklaną gałązkę. Poczułem jak ścieka na mnie jego ciepła krew. Trafiłem go w klatkę piersiową.
-No i po co ci to było?- zapytałem z drwiną.
Midale uśmiechnął się lekko, wyjął z siebie okrwawiony szklany patyk.
-Hmm, to było orzeźwiające- uśmiechnął się promiennie.
-Ale jak?- byłem zaskoczony i przerażony- powinieneś już nie żyć...
Wilk przekrzywił głowę jak mały szczeniak.
-Naprawdę? ja sądzę że ty powinieneś nie żyć.
Zaatakował, tym razem nie miałem szansy się obronić, był zbyt szybki.





<Wszyscy?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz