W końcu zdecydowałem co mam zrobić. Wybiegłem z jaskini do lasu. Stanąłem w miejscu. Czułem delikatną woń sarny. Z której strony? Ze wschodu. To dobrze bo będę się podkradał pod wiatr i mnie nie wyczuje. Zbliżałem się powoli. Byłem coraz bliżej... Nagle ją dojrzałem. Pasła się spokojnie na małej polance. Nie zdawała sobie sprawy z mojej obecności. Wyskoczyłem z krzaków i złapałem ją. Zawsze trochę mi żal niewinnego zwierzęcia, ale byłem głodny. I ja i moja narzeczona, jeśli już wstała. Ale no cóż... Kiedy ja umrę, moje ciało zasili glebę, na której wyrośnie trawa dla innych saren. Krąg życia...
Zaniosłem martwe zwierzę do naszej jaskini. Kiedy wszedłem, zobaczyłem, że Yogani już nie spała. Siedziała na środku jaskini i wpatrywała się we mnie.
-Śniadanie, dla Pani! -uśmiechnąłem się.
<Yogani? Może być? XD W razie czego usunę. Śmiesznie się pisze tym basiorem...>
(201 słów)
