piątek, 26 maja 2017

Uwaga!

Z wielką przykrością wtrącam dwa wilki do więźnia:


 Saito - za nie udzielanie się na blogu i niezgłoszenie nieobecności

 Akkarin - za wielokrotne łamanie regulaminu


Z przykrością podpisała
Młoda Alfa Hoki

wtorek, 23 maja 2017

Dobra...

Dobra... niespodzianka. Wracam. . Dawajcie mnie do aktywnych

Koniec!

Dobra wilczyska. Podsumujmy.

Wilki aktywne:
- Dena
- Yamis
- Valdo
- Aris
- Midale
- Carey
- Aditi
- Hoki
- Cajsim

Wilki zagrożone:
-...

Wilki nieobecne:
- Aidana
- Akkarin
- Aurelia
- Azrael
- Elenda
- Hriwe
- Leonardo
- Shaitan

Wilki wtrącone do więzienia:
- Saito

poniedziałek, 22 maja 2017

Od Deny i Yamis'a (typowe pierdzielenie głupot ale co tam)

Wzięła głęboki wdech ciesząc się wspaniałą wonią kwiatów. Mało kiedy była w stanie poczuć taką powalającą siłę. Zbliżał się wieczór i zabawa organizowana w watasze z okazji okrągłej rocznicy jej istnienia. Spojrzała na posłanie gdzie siedział z nosem w książkach jej starszy syn. Wyraźnie dał znać, że nie zamierza brać udziału w imprezie, wolał czytać i pogłębiać swoją wiedzę. Valdo natomiast dawno się ulotnił w tylko jemu znanych sprawach. Nie byli już szczeniakami, dojrzewali ale dla niej zawsze pozostawali tymi małymi kuleczkami. Dena niezbyt ochoczo podchodziła do strojenia się i dlatego z trudem pozwoliła na skromny wianek na jej skroniach.
-Mamo?
-Tak Yamis?
-Wychodzisz za dłuższą chwilę, prawda? Opowiesz coś o swojej rodzinie? Nigdy tego nie wspominałaś- upomniał się Yamis unosząc wzrok znad księgi. Uśmiechnęła się pod nosem siadając obok.
-Wiesz, nie ma o czym mówić. Twoi dziadkowie byli dobrymi wilkami. Mój ojciec często rzucał żartami, ponoć tak zdobył serce twojej babci. Co z tego, że później tym często ją denerwował, czego byłam świadkiem- słysząc to, Yamis parsknął śmiechem a nieczęsto mu to się zdarzało bowiem trzymał emocje na wodzach.
-Miałaś rodzeństwo mamo?
-Starszego brata, był bardzo opiekuńczy- dodała spoglądając na syna. Poklepała go po ramieniu.- Ja już nie będę ci przeszkadzać w nauce. Śpij dobrze.
-Dobrej zabawy mamo.
Wyszła z jaskini spoglądając na dorastającego syna. Gdy zaszła na wskazane wcześniej miejsce, reszta już była, poza szczeniętami ma się rozumieć. Z chwilą rozpoczynającą imprezę, ktoś wrzasnął aby zaczęły się tańce. Wielu z chęcią podchwyciło ten pomysł i zaraz wiele wilków wirowało czy szalało na prowizorycznym parkiecie. Póki na początku był taniec w grupie to jeszcze brała udział ale gdy już pojawiały się same pary, ochoczo zeszła. Zresztą zaraz leciały typowo wolne tańce, dlatego z innymi siedziała na rozmowy śmiejąc się co chwilę. Dopóki nie poczuła jego spojrzenia. Bezbłędnie spojrzała we właściwy kierunek. Jeszcze chwilę patrzyli na siebie zanim nie wstał i nie odszedł. Zastanawia się czy to dobry pomysł pójścia za nim, kiedy nagle młodsza wadera od niej lekko popchnęła ją. Posłała jej zwycięski uśmiech na co Dena wstała przewracając rozbawiona oczyma. Idąc w tamtym kierunku, co chwila spoglądała za sobą jak reszta się bawi. Nie zauważyli niczego. Ich widok znikł jej za krzakami, spojrzała wówczas przed siebie a tam była nieduża polana otoczona drzewami. Zadziwiające, że mało kiedy tu zaglądała, szczególnie, że teraz nadawało to magicznego klimatu. Światło księżyca delikatnie padało na gałęzie i kwiaty, naprawdę miało to swój urok. Westchnęła oczarowana.
-Jednak przyszłaś- odezwał się Midale lekko zaskoczony wychodząc zza drzewa.
-Czasem mi się zdarza- odparła trochę rozbawiona. Usłyszeli kolejny wolny utwór, raptem paręnaście metrów dalej. Spojrzeli na siebie.
-Zatańczysz?- Wyciągnął ku niej łapę jednak ona uciekła wzrokiem zażenowana.
-Dawno nie tańczyłam wolnego, nie pamiętam jak to się robiło- powiedziała zawstydzona. O dziwo, ten się roześmiał i złapawszy ją, pociągnął ją do siebie. Cóż, była w jego ramiona.
-Skoro nawet ja nauczyłem się tańczyć to ty sobie go spokojnie przypomnisz- szepnął jej do ucha. Powoli i ostrożnie stawiali kolejne kroki nie zdeptawszy się.- Widzisz? Panika nie była potrzebna.
-Masz rację.
-Kiedy ostatni raz go tańczyłaś?
-Jeszcze z Theo- mruknęła na co się basior zatrzymał.
-Przepra...
-Wiem, że to przeszłość- przerwała spoglądając na niego.- Dlatego w końcu chce się cieszyć tym co teraz, chwilą.
Uśmiechnął się delikatnie na co w odpowiedzi lekko oparła swoją głowę o jego tors.

Jak komuś chce się dokończyć to śmiało

Od Valdo, Arisa, Midale, Isil i Carey (równoległa rzeczywistość nie dziwić się że każdy jest tu kimś zupełnie innym)


Powoli otworzył oczy, miał wrażenie że zaraz ból mu rozsadzi głowę. Jedyne co go zmotywowało do zwleczenia się z łóżka to palące pragnienie. Wstał chwiejnie i rozejrzał się po pokoju. Wszędzie walały się puszki po piwie, puste butelki wódki i oczywiście zgniecione butelki po coli. Przeniósł spojrzenie na zegarek i z przerażeniem stwierdził że już 7: 20. Pędem pognał do łazienki i ochlapał twarz wodą. Zobaczył swoje odbicie w lustrze, miał ledwie zakrzepniętą długą ranę na twarzy. Spróbował sobie przypomnieć czemu ją zawdzięczał ale alkohol skutecznie wymazał mu większość wspomnień z niedzielnego wieczoru. Wziął szybki prysznic i w biegu zakładając ubranie wybił solidną szklankę kranówy. Zapomniał zawiązać krawatu, który bezwładnie dyndał mu na szyi i krzywo zapiął koszulę ale to nie było ważne, teraz liczyły się tylko kluczyki do samochodu. Znalazł je dosyć szybko, Aris był raczej porządnym człowiekiem i zawsze wszystko odkładał na miejsce. Wypadł z niewielkiej ale na bogato urządzonej kawalerki i ruszył do podziemnego parkingu. Wsiadł do swojego ukochanego Ferrari FF. Spojrzał w lusterko i poprawił krawat i koszulę. Wsadził kluczyki do stacyjki i ruszył. Ryk silnika spowodował nową falę rozdzierającego bólu. Przymkną oczy i zacisną zęby, musiał się zebrać w sobie. Może i jest prezesem ale mimo tego nie powinien się spóźniać. Wreszcie ruszył, po drodze zastanawiał się co go opętało żeby robić u siebie w domu taką zakrapianą imprezę ale nie znalazł żadnego dobrego wytłumaczenia. Zjechał do kolejnego parkingu podziemnego i zaparkował omal nie waląc w jakiś słup. Wygramolił się niezgrabnie z samochodu i ruszył do windy. Wcisną guzik i czekał, miał wrażenie że minęła cała wieczność kiedy metalowe drzwi otworzyły się przed nim. Wszedł do środka i wcisną przycisk z numerem 27. Po kilku minutach dojechał na swoje piętro i ruszył przez wielkie pomieszczenie z wieloma rzędami boksów przy których pracowali ludzie do drzwi z napisem " Biuro prezesa". Pchną lekko drzwi i wkroczył do środka, na biurku leżała sterta papierów. Nie zwracając na nią większej uwagi rzucił się na krzesło. Nie miał zielonego pojęcia co on na tak dokuczliwym kacu tu robił, mógł przecież wziąć jeden dzień urlopu ale nie, oczywiście nie pomyślał o tym. Do pokoju wszedł jakiś mężczyzna, nie był co prawda tak elegancko ubrany jak Aris ale widać było że nie jest zwykłym pracownikiem. Spojrzał na swojego wspólnika i przyjrzał się sznycie na jego twarzy.
- Zaciąłeś się przy goleniu czy co?- wyciągną dłoń na powitanie.
Aris dźwigną się z krzesła i uścisną podaną dłoń.
-Akk, stary, nie wiem.
-Miałeś wczoraj widać niezłą popijawę w domu i pewnie oberwałeś- powiedział pół żartem pół serio.
-Może, ale to teraz nie ważne. Lepiej mi wyjaśnij czego dotyczy ta makulatura- powiedział Aris wskazując na stertę papierów na biurku.
-Tym razem to ja nie wiem, może Car coś wie, to w końcu ona jest za to odpowiedzialna. Zawołam ją.
Akkarin znikną w drzwiach. Po chwili do pomieszczenia weszła atrakcyjna szatynka o błękitnych oczach. Spojrzała uważnie na prezesa i powiedziała z troską w głosie.
-Kiepsko wyglądasz.
-Tak samo się czuję- spojrzał na nią beznamiętnie i wskazał na stos papiurów- wiesz czego one dotyczą?
-Nie wiem- podeszła do niego i spojrzała mu w oczy- ale mogę się dowiedzieć.
Chciał coś odpowiedzieć ale ona pocałowała go delikatnie w policzek, wzięła papiery do ręki i ruszyła do wyjścia. Aris był tym zaskoczony, rzecz jasna pozytywnie, to była jego największa miłość, ale nigdy nie miał śmiałości żeby jej to powiedzieć. A teraz ona zrobiła to co zrobiła. Zapomniał od razu o całym kacu. Carey odwróciła się w drzwiach i puściła mu oczko. Nie czekał, nie miał czasu, i też jako dobry handlowiec nie zamierzał zmarnować okazji. Wybiegł za nią i zastąpił jej drogę.
-Ehh- zaczął lekko zakłopotany, zawsze trochę się wstydził kobiet- masz jakieś plany na wieczór?
Car uśmiechnęła się promiennie.
-Nie mam, a co więcej dam się zaprosić na kolację do jakiegoś uroczego miejsca.
Aris stał wmurowany w podłogę, nie wierzył w to co się właśnie działo. To było zbyt piękne żeby było prawdziwe. Car wyminęła go i ruszyła w swoim kierunku.
W tym samym czasie kilka przecznic dalej swoją kwiaciarnię otwierał niepozorny ogrodnik. Wszedł przez drzwi, podciągną żaluzje wpuszczając do środka promienie słońca i przetoczył wzrokiem po kwiatach. Wciągną powietrze zaciągając się ich zapachem jak dymem papierosowym po czym wszedł za ladę. Bardzo lubił to miejsce, to było jego największe osiągnięcie. Co prawda kiedyś chciał zostać ogrodnikiem, i też się do tego kształcił ale jak zwykle coś mu w życiu nie wyszło i został kwiaciarzem. Chociaż to nie była jedyna rzecz jaka mu w życie nie wyszła. Jego żona zginęła 7 lat temu w katastrofie samolotowej i pozostawiła mu na wychowanie swoich dwóch synów z poprzedniego małżeństwa. Yamis był wtedy nastolatkiem i zniósł to nieco lepiej od swojego młodszego brata, na nim się to strasznie odbiło. Wcześniej był wręcz idealnym dzieckiem, a po tym wydarzeniu zaczął powoli opadać na samo dno żeby wreszcie te sześć lat później dostać kuratora i trafić do zakładu poprawczego za kradzieże i pobicia. Yamis za to był jego zaprzeczeniem, wzorowy uczeń który powoli i wytrwale wdrapywał się na sam szczyt. Midale czół że zawiódł na całej linii, beznadziejnie zastępował im ojca. Z zamyślenia wyrwał go odgłos otwieranych drzwi, do środka wmaszerowała sztywnym krokiem pani kurator. Podeszła do lady i lodowatym głosem wręcz wykrzyczała.
- Dzisiaj pana podopieczny uciekł z zakładu poprawczego.
Midale spojrzał na nią zrezygnowany, naprawdę jej nie znosił. Isil była naprawdę nieprzyjemną kobietą.
-A co ja mam z tym wspólnego?- jękną.
-Jest pan jego opiekunem prawnym.
Dalsza rozmowa bardziej przypominała przesłuchanie na komisariacie. Kuratorka dopytywała się czy on czasem nie wie gdzie Valdo może teraz przebywać i o różne rzeczy tego typu. Ale on nie wiedział. Nie widział go od roku. Wreszcie ta cierpka baba po dwóch godzinach sobie poszła a Midale został sam w kwiaciarni. Wiedział że musi się wybrać do poprawczaka na rozmowę z dyrektorem, nie miał pojęcia po co ale tamtejszy dyr tak sobie wymyślił a on nie bardzo chciał wchodzić z nim w jakieś starcie. Wyszedł zza lady i z żalem zamkną kwiaciarnie. Po upływie pół godziny dojechał na miejsce i dowiedział się ze dyrektor wyszedł na obiad i że nie wiadomo kiedy wróci. Miał ochotę wracać ale wiedział że musi czekać. Usiadł na krześle przed gabinetem i znowu się zamyślił. Tym razem jednak myślał ile klientów może stracić siedząc tutaj. Wyszło mu coś około 10 i wtedy załamał się jeszcze bardziej. Wstał i już miał iść kiedy zobaczył idącą w jego kierunku nauczycielkę, na jej widok lekko się uśmiechną. Znał ją dosyć dobrze, w sumie bywał tu często i miał okazją poznać większość pracowników. Jednak ona był w przeciwieństwie do innych pogodna i miła.
-Dzień dobry pani Cajsim- powiedział kiedy zbliżyła się dostatecznie.
-Witam, zakładam że pan już wie o wszystkim?
-Chyba niestety tak- westchną głęboko- to już trzeci raz w tym miesiącu.
-Czasami zastanawiam się jak on to robi, puki co bije wszystkie rekordy ucieczek.
Rozmowę przerwało nadejście dyrektora. Caj dyskretnie się ulotniła.
-Proszę pana- Oron zaczął powoli -mam serdecznie dosyć tego że ten pański dzieciak co chwilę gdzieś ucieka! Same z nim problemy.
-Wiem.
Dalsza rozmowa była dosyć dziwna, Midale dostał niezłą naganę z ucieczkę Valdo. Zupełnie jakby miał na to jakiś wpływ, no ale cóż, wysłuchał z pokorą i poszedł. Do kwiaciarni wrócił około 17, miał sporo szczęścia. Przed jej wejściem właśnie stał jakiś elegancko ubrany jegomość i po raz kolejny czytał z nudą kartkę głoszącą "zaraz wracam".
-Dobry wieczór- przywitał się z nim.
Aris oderwał wzrok od kartki i się uśmiechną poznając kwiaciarza.
-Już się bałem że pan nie przyjdzie, a kwiaty są mi dziś szczególnie potrzebne.
-A jakie pan by chciał?- zapytał otwierają z znowu drzwi kwiaciarni.
Klient zamyślił się na chwilę.
-Chyba bym poprosił o jakiś wielki bukiet czerwonych róż...
-Oczywiście.
Wczoraj
, 19:39
Midale od razu zabrał się do pracy, co by o nim nie mówić umiał dobierać i komponować ze sobą kwiaty. wzią15 róż, dodał do nich trochę gipsówki i jakiegoś zielska którego nazwy nie pamiętał i zrobił z nich cudo.
Wziął za nie całkiem niezłą zapłatę i znowu zamkną kwiaciarnię. Do domu postanowił wrócić piechotą.
Tym czasem Aris wsiadł do swojego Ferrari i ruszył na umówioną kolację. Był szczęśliwy jak nigdy, wręcz rozkojarzony do tego stopnia że wysiadając z samochodu zostawił kluczyki w stacyjce i omal nie zapomniał bukietu po czym ruszył na najpiękniejszy wieczór swojego życia. Nawet nie zauważył jak ktoś uważnie obserwuje wszystkie jego ruchy po czym ostrożnie wsiada do jego samochodu i nim odjerzdża.
Valdo był bardzo podekscytowany swoim dokonaniem, co prawda nie pierwszy raz kradł samochód ale zawsze były to jakieś stare żęchy a tutaj nagle takie cudko i to jeszcze z kluczykami w stacyjce! Oczywiście niewiele sobie robił z tego że ledwie nad nim panował.
Midale szedł słabo oświetloną ulicą gdy nagle usłyszał za sobą ryk silnika. Odwrócił się i zobaczył snop światła, kierowca sportowego samochodu nie zdążył wychamować, zderzenie było na tyle mocne że właściwie przerwało ogrodnikowi kręgosłup. Valdo zaklą wściekle kiedy zobaczył jak potrąca jakiegoś przechodnia. Odwrócił się żeby spojrzeć na niego, nigdy nie powinien tego robić. Ferrari rozpędzone do 100km/h uderzyło w solidny słup na ogłoszenia.



Tak wiem że to było nieco dziwne, proszę mnie za to nie zabijać.

niedziela, 21 maja 2017

Od Aditi CD Hoki i reszty młodych waderek

Hoki była cała brudna od błota,doskwierał nam straszny głód,kompletnie zgubiłyśmy drogę i w dodatku zaczynało padać,a z oddali było słychać groźne odgłosy grzmienia.A w planach miałyśmy spacerek w słońcu i słuchanie śpiewu ptaków. No cóż...nigdy nie jest do końca tak jak sobie zaplanujemy.
-Co teraz zrobimy?-zapytała łamiącym się głosem Elenda.
-Trzeba znaleźć schronienie. Musimy przetrwać jakoś tą burzę.-rzekła Hoki,nie słyszałam jej jednak zbyt dobrze bo słowa zagłuszał wiatr.
-Co mówisz?
-Znajdźmy schronienie.
-Racja. Jakby to powiedziała moja mama:Bądźmy dobrej myśli.-uśmiechnęłam się.
-Łatwo powiedzieć,trudniej zrobić.-wtrąciła się Aidana.
-To fakt,ale trzeba mieć nadzieję.Szybko,wiatr się wzmaga.- Po słowach Hoki ruszyłyśmy w gęstwinę drzew szukając dużej nory,próżnego drzewa lub jaskini. Trudno było cokolwiek znaleźć. Deszcz rozpadał się na dobre. Krople deszczu bębniły w liście starych dębów i platanów. Wiatr świszczał i zawodził,targał drzewa i krzaki silnymi porywami. Biegłyśmy szybko przez puszczę nie zważając na kaprysy pogody.Nagle Niebo pokryte granatowymi chmurami rozdarła oślepiająco jasna błyskawica i usłyszałyśmy głośny trzask.Gdzieś niedaleko nas trafił piorun.Gnane strachem przed nieokiełznanymi siłami natury pobiegłyśmy jeszcze szybciej.
Po długiej wędrówce przez deszcze, wichry i błyskawice dotarłyśmy do wodospadu życia,a przynajmniej tak nam się wydawało.Bez długiego namysłu podeszłyśmy do wodospadu i przechodząc przez tarcze wody skryłyśmy się w skalnej jaskini. Po dokładnym otrzepaniu się z wody i doprowadzenia do porządku futerka wzięłam się za rozpalanie ogniska.Przy tej czynności  pomogła mi Hoki. Elenda i Aid otrzepywały się jeszcze z wody po czym zaczęła biadolić nad naszym losem:
-Mamy strasznego pecha.-zagaiła Aidana.
-Żebyś wiedziała.Ten piorun...on był przerażający!-odpowiedziała El z przerażeniem w głosie.
-A ten wiatr? Wiało tak od kilku dni to ten wiatr ściągnął na nas burzę.
-Zgadzam się z tobą.
-Wiedziałam że ten wiatr nie wróży dobrze,ale nie myślałam że będzie aż tak żle.
-Ej dziewczyny,przestańcie narzekać.Znalazłyśmy schronienie, to już coś.-powiedziała Hoki.
-Tak i deszcze zmył z ciebie całe błoto. Wreszcie przestałaś śmierdzieć,już myślałam że nie wytrzymam.-zażartowałam. Hoki rzuciła mi piorunujące spojrzenie i powiedziała:
-Ty też przestałaś śmierdzieć. Modliłam się o ten deszcz od wyjścia z domu. Smród był nie do zniesienia.-Hoki uśmiechnęła się złośliwie,a ja uderzyłam ją lekko z łokcia w bok.Za chwilę wszystkie śmiałyśmy się serdecznie.
Ogień wkrótce udało nam się rozpalić,a Aid i Hoki skoczyły po trochę drewna. Z początku nie chciało się palić z powodu wilgoci,ale po chwili zalśniły jasnym płomieniem.W jaskini wreszcie zrobiło się ciepło i każda rozgrzała się nie co,lecz nadal pozostawał problem z jedzeniem. Burza nie ustępowała,a my nie miałyśmy co jeść. Wyszłam więc ,choć nie chętnie,na deszcz i poszukałam mięty i rozmarynu.Znalazłam także jakieś ziemniako-podobne warzywa,które nawet pachniały dobrze. Hoki uznała że nie są trujące. Z rozmarynu i ziemniaków zrobiłyśmy zupę,a mięty - herbatę.
Smakowało dobrze,ale trochę skromnie. Po posiłku deszcz nadal nie ustawał. Pogadałyśmy jeszcze trochę siedząc przy ogniu,a potem poszłyśmy spać.Byłyśmy okropnie zmęczone. Zastanawiałam się co robi moja mama i czy się o nas martwi. Pewnie tak.Chciałabym jej powiedzieć że wszystko w porządku.Ciekawe co teraz się dzieje z mamą? Kiedyś jej o tym wszystkim opowiem i będziemy się razem z tego śmiały. Nigdy nie zapomnę tego dnia,ciekawe co stanie się jutro...?

<Hoki? Twoja kolej. ;)>


sobota, 20 maja 2017

Od Hoki CD Wszystkich młodych wader

Spacer był przepiękny! Ciepłe promienie słońca przeniosły przez gęste korony drzew. W powietrzu unosił się cudowny zapach kwitnących kwiatów. Wszędzie dookoła las budził się do życia. Co chwilę jakiś ptak rozpoczynał swoją arię i nagle milkł wtedy odpowiadał mu kolejny jakby chcąc zakończyć opowieść pierwszego. Przez ten nieustanny trel w lesie zrobiło się naprawdę gwarno. Poza naszymi opieżonymi przyjaciółmi wszędzie roiło się od kwiatów, drzew, trawy, saren, jeleni, dzików, królików i zajęcy. Czasem po pniu zbierała ruda wiewiórka. Szłyśmy raźno przed siebie nie przejmując się kąpletnie niczym. Nagle wpadłam w bagno. Rzuciłam się w przód Ale ono trzymało mocno. Wciągało mnie powoli i nieubłaganie. Pisnęłam z przerażenia. moje towarzyszki spojrzały na mnie i od razu podjęły akcję ratunkową. Po długich staraniach w końcu udało się nam wydostać mnie z tej cuchnącej brei. Byłam wystraszona, mokra, brudna i wyczerpana. Nie wspominając o głodzie jaki wszystkie odczuwałyśmy.

- Myślę, że powinniśmy wracać - zaproponowałam
- Zgadzam się z tobą - odparła Elenda
- Tylko, że jest mały problem... - wtrąciła się Aditi - nie mam pojęcia gdzie jesteśmy

No super. Zgubiłyśmy się. Nagle coś mokrego i ciężkiego spadło mi na nos. Deszcz. Nie, nie, jednak burza. Ups...

< Wybaczcie, że tak długo >

czwartek, 18 maja 2017

Ogłoszenia!

Drogie wilki!
Jako, że nieco tu deda ogłaszam ewent. A raczej obowiązek, KAŻDY Z WILKÓW musi napisać opowiadanie do PONIEDZIAŁKU! Dokładniej do godziny 22. Jeśli dany wilk tego nie zrobi zostanie umieszczony w wilkach zagrożonych. Oczywiście nie tyczy się to osób nieobecnych. Pamiętajcie, że nie powinno się zgłaszać nieobecności tylko dla tego, że brakuje wam weny. Na chwilę obecną macie tu listę, którą warto przejrzeć.

Wilki zagrożone:
- Saito (ostatnia szansa!)
- Isil
- Midale Rafe

Wilki z koniecznością napisania:
- Aditi
- Aris
- Carey
- Dena
- Elios
- Hoki
- Valdo
- Yamis

Wilki nieobecne:
- Aidana
- Akkarin
- Aurelia
- Azrael
- Elenda
- Hrívë
- Lenardo
- Shaitan


A teraz przyjemniejsza część. Wszyscy głosowali jaką chcą muzykę. I jak mogliście zobaczyć zdecydowanie wygrała muzyka filmowa. Proszę każdego wilka o podesłanie mi utworów lub paru utworów trwających ŁĄCZNIE nie więcej niż 7 minut!

Dziękuję za uwagę i miłego dnia!
Alfa Hoki

poniedziałek, 15 maja 2017

Od Cajsim CD Carey, Dena,Midale

Po ścianach jaskini odbiło się echo bezradnego płaczu. Nigdy nie widziałam Carey w takim stanie. Carey zawsze była silna, jak widać zbyt długo i coś ją przerosło. Bez dłuższego zastanowienia pobiegłam w jej kierunku.
-Car,co ci jest?-zapytałam serdecznym i ciepłym głosem.Długo się nie odzywała i próbowała jakby opanować płacz. Powiedziała jednak tylko tyle:
-Midale...Akkarin...wszyscy są tacy beznadziejni...-wyrzekła te słowa przez płacz,a potem znowu z jej twarzy pociekły łzy.
-Hej? Co ma do tego Akkarin?-zaskoczyło mnie to. Co Midale miał wspólnego z Akkarinem?
-On cię zostawił...
-To nie tak,on...
-Zostawił cię i tyle,poszedł w długą i zostawił cię na pastwę losu...
-On musiał odejść,to nie tak jak myślisz...
-Przestań to sobie wmawiać! Tylko się zaślepiasz,wszyscy faceci są beznadziejni.
-Co masz na myśli? Co takiego się stało?-sprawa była dosyć zagadkowa. Podejrzewałam że , Midale i Carey byli kiedyś parą,a potem coś musiało się stać...tylko czemu akurat TERAZ Carey się tym martwi? Wydaje mi się że to się stało dawno....
Carey nic nie odpowiedziała na moje rozmyślania,stwierdziłam więc,że nie ma sensu jej naciskać,jak będzie chciała to powie.Biedna Caruś...chciałam coś dla niej zrobić,ale mogłam jedynie ją pocieszać...
-Caruś,nie martw się...wszystko będzie dobrze...
-Nie...nie będzie dobrze, nic nie będzie dobrze puki ON tu jest...
-Razem coś wymyślimy,jestem pewna.Wiem że Midale...
-Nie wypowiadaj JEGO imienia!- przerwała mi Car wściekłym głosem.
Nie odzywałam się.Nie było sensu nic mówić.Carey musiała sama się uspokoić. Uśmiechnęłam się tylko do niej serdecznie i dałam znak żeby usiadła bliżej ognia. Posłuchała mnie,a ja dołożyłam kilka gałęzi do paleniska.Czerwone iskry skoczyły spod rozrzażonych drew pod sklepienie jaskini.Ogień przyjemnie grzał, a płomienie oświetlały ściany mojej jaskini.Podałam Carey gorący ziołowy napar,z początku ze wstrętem spojrzała na parujący kubek,jednak po chwili przekonała się i razem popijałyśmy herbatę z ziół.
Wkrótce Carey trochę się uspokoiła i przestała płakać. Zdobyła się nawet na lekki uśmiech.Wskazując na nocne niebo powiedziałam:
-Piękny jest dzisiaj księżyc prawda?
-Tak,zdaje się że dzisiaj pełnia...
-Chyba tak.
Przez dłuższy czas wpatrywałyśmy się w srebrną tarczę.W jaskini słychać było jedynie trzask ogniska i odległe pohukiwania sowy.Nagle Car odezwała się:
-Życie to wieczny labirynt, nigdy nie wiesz na co trafisz.
-Ta ,coś w tym jest.
-Czuję się zdecydowanie lepiej.
-Bardzo mnie to cieszy.
-Ale nadal pewna sprawa nie daje mi spokoju...
-Mów.
-No bo...ten...Midale i ja byliśmy kiedyś razem i naprawdę myślałam, że on mnie kocha i ja go kocham,ale przyszedł taki dzień...-przy tych słowach Carey posmutniała,jednak po chwili kontynuowała swoją opowieść-przyszedł taki dzień...było rano,a go ja nie znalazłam go przy mnie,znalazłam tylko list:" Wybacz mi Caruś, ale nie możemy się już dłużej oszukiwać że kiedyś będziemy razem szczęśliwi. Odchodzę, nie szukaj mnie. Ułóż sobie życie z kimś innym i postaraj się zapomnieć że kiedyś mnie znałaś." Tak ,dokładnie tak to brzmiało,pamiętam doskonale ten dzień. Czułam się wtedy okropnie,byłam smutna i wściekła na niego...a teraz po latach kiedy go spotkałam zwrócił się do mnie: "Caruś" tak jakby nic się nie stało,jakbyśmy byli zawsze razem...
-Przykro mi. Naprawdę,bardzo mi przykro.Nie wiedziałam o tym.
-Jak on mógł? Jak mógł mi to zrobić?
-Nie mam pojęcia.Zachował się podle.
-Masz rację Cajsim.Bardzo podle...
-Ale nie myśl już o tym. Nie zamartwiaj się...
-Łatwo ci mówić!-zdenerwowała się Carey,jednak po chwili powiedziała- Przepraszam...dziś mam bardzo stresujący dzień...wiem,że chcesz pomóc.
-Rozumiem, nie masz za co przpraszać.
-W sumie ty też masz ciężkie życie:Najpierw śmierć Yo,potem odejście Akkarina...
-Tak...każdy ma ciężko...ale wierzę,że on naprawdę wróci.On zawsze do mnie wraca.-mówiąc to uśmiechnęłam się lekko.
-Ta...do mnie też wraca...-powiedziała Car z ironicznym uśmieszkiem. Przez dłuższą chwilę panowało milczenie,jednak Car je przerwała:
-A ty...
-Tak?
-Ty...nadal chcesz zabić Midale?
-Wiesz...chyba jednak go oszczędzę. Niektóre wydarzenia dały mi trochę do myślenia i myślę że dam mu jeszcze jedną szansę...
-To dobrze.-Carey pokiwała głową ze zrozumieniem.
-No cóż...późno się zrobiło.Chodźmy spać,jutro poczujemy się lepiej.
-Cajsim?
-Tak?
-Mogę zostać u ciebie na noc? Jest tak późno, a ja nie chcę wracać do pustej i zimnej jaskini.
-Oczywiście.Tu masz wolne legowisko.Blisko ognia więc powinno być ciepło.-powiedziałam wskazując na pled leżący obok ogniska. Szybko się położyłyśmy. Rozmyślałam jeszcze chwilę o tym co się stało wpatrując się w srebrną tarczę księżyca,potem jednak szybko zmorzył mnie sen.

<Carey? Dena? Midale? Kto teraz? Przepraszam,że tyle musieliście czekać,nie miałam pomysłu.Mam nadzieję że wam się podoba.:)>











sobota, 13 maja 2017

Od Arisa i Valdo do Yamisa

Wybuchłem śmiechem, ta sytuacja była naprawdę dla mnie zabawna. Byłem strażnikiem więziennym za kratami, a w dotaku była to cela po Midale. Życie lubiło sobie ze mnie żartować. Jednak najbardziej mnie bawiło podejście Caj, była łatwowierna, z łatwością mogłem jej wmówić że chcę tutaj rządzić a ona mi wierzyła. To było naprawdę zabawne. Jedyną rzeczą na której mi tak naprawdę zależało to zabić Midale. Jednak jeszcze mi się to niestety nie udało. Nienawidziłem go z całego serca, zniszczył mi moją pozycję. Kiedyś to ja byłem tym którego Pagdumot szanował najbardziej, zależało mu na mnie do tego stopnia że pozwolił mi nie składać przysięgi byle bym tylko się przyłączył. A potem nagle zjawia się on, młody, zdolny, i pełny nienawiści i niszczy mi wszystko, po czym uznaje że źle zrobił i zdradza. Spojrzałem w stronę wyjścia z celi.
-Kiedyś cię dopadnę, a wtedy nawet Dena ci nie pomoże- warknąłem wściekle.
Tak, ale najpierw muszę się jakoś stąd wydostać. Gdyby nie te bariery było by to bardzo łatwe. Jednak były one dosyć silne, jedyny sposób w jaki można je było złamać to zwarcie, tylko w jaki sposób mam niby je osiągnąć?
Usłyszałem czyjeś ciche kroki, szedł w moją stronę. Podszedłem do krat i zobaczyłem jak z pomiędzy nich wyłania się szczeniak Deny. Miał spore nietoperze skrzydła i był fioletowo-biały, zauważyłem też niewielkie rogi. Podszedł do mojej celi i się zatrzymał. Przez chwilę patrzył na mnie lodowatym wzrokiem, po czym usiadł i wreszcie się odezwał.
- Kim jesteś?
-Kimś na pewno- uśmiechnąłem się lekko- a co ty tu robisz?
-Nie odpowiedziałeś na moje pytanie- powiedział surowo dziecinnym głosem.
-Ty też mi nie odpowiedziałeś więc jesteśmy kwita.
-Kim jesteś?- znowu zapytał- widziałem cię już, ale nie wiem kim jesteś.
Spojrzałem na niego dziwnie, po co on przylazł do więzienia pytać o tak nudne rzeczy przecież mógł zapytać pierwszego lepszego wilka o więźniów.
-Jestem jedynym więźniem osadzonym tutaj słusznie- odpowiedziałem po chwili.
-Jak masz na imię?- zapytał.
-Jak długo będziesz mnie zasypywać pytaniami?- warknąłem zniecierpliwiony.
-Aż mi się nie znudzi- odparł bez zastanowienia.
-Nie masz nic do roboty dzieciaku? Idź się pobawić.
-Nie lubię.
Przyjrzałem mu się dokładniej, był dziwny, inny niż wszystkie szczeniaki tej watahy.
-Co z tobą nie tak?- zapytałem półgłosem
-Nie wiem, ale podoba mi się to- powiedział z wręcz chorym uśmiechem.
-Czego ty ode mnie chcesz-westchnąłem.
-Chcę wiedzieć kim jesteś.
-Aris- odparłem krótko.
Młody się znowu uśmiechną, tym razem jednak radośnie.
-Wiedziałem!!!
-To po co pytałeś?
-Chciałem się upewnić.
-To pójdziesz już sobie?-zapytałem z nadzieją w głosie
-Nie.
Spojrzałem na niego wściekle. Ten dzieciak dział mi na nerwy coraz bardziej. Miałem tyle ważnych rzeczy do obmyślenia. Zemsta na Midale, a przede wszystkim musiałem się wydostać zza krat i kilku mocnych barier. Kraty co prawda nie stanowiły dla mnie żadnego problemu ale bariery owszem. Jedyne co mogło mnie zza nich uwolnić to bardzo mocne zwarcie umysłów albo takie zwyczajne za pomocą elektryczności. Spojrzałem na szczeniaka i wtedy coś mnie uderzyło.




***

Stałem i w milczeniu patrzyłem na Arisa. Ten był wyraźnie na czymś skupiony. W pewnym momencie spojrzał na mnie dziwnie i powiedział.
-Podejdziesz trochę bliżej?- zapytał.
Poczułem jak pod moimi łapami przebiegło coś, jakby delikatne wyładowanie elektryczne. Pomimo tego zrobiłem to o co mnie prosił. Wtedy stało się coś niesamowitego. Suchy trzask był cichy, po nim nastąpiło coś czego nie umiem opisać. To było jak wielka fala energii która cisnęła mną i nim o ścianę. Szybko się zerwałem i zobaczyłem jak on powoli wstaje i zamienia kraty w szkło po czym je po prostu stłukł wbiegając na nie. Kawałki szkła powbijały się w jego skrzydła. Wzbił się w powietrze i ruszył w kierunku jedynego źródła światła w tym lochu. W kierunku świetlika w suficie i wyleciał przez niego. Usłyszałem w swoim umyśle jeszcze jego głos.
-Dziękuję młody, kiedyś się odwdzięczę.
Nie wiem czemu ale poczułem nagły przypływ podziwu dla Arisa.
Wtedy do więzienia wpadł Midale z moim bratem.

Yamis?

Od Midale do Carey, Cajsim, Arisa, Yamisa i Valdo

Delikatnie wysunąłem łapę spod jej głowy i powoli wstałem. Znowu zasnęła, była taka piękna. Nie widziałem jej ale pamiętałem doskonale jak wyglądała. Ruszyłem w kierunku wyjścia. Kiedy stanąłem na zewnątrz usłyszałem delikatny szelest i znajomy głos.
-Co z moją mamą?- zapytał Yamis smutnym głosem.
Westchnąłem, wahałem się pomiędzy prawdą a delikatnym jej przebarwieniem. Jednak wiedziałem że on by mnie rozgryzł i uznał za kłamcę.
-Chyba z tego wyjdzie- odpowiedziałem.
Odpowiedziało mi ciche westchnienie. Jednak zdziwiło mnie coś. On przyszedł tu sam, nie nie to było dziwne. Gdzie w takim razie podziewał się jego brat? Postanowiłem o to zapytać jednak on mnie wyprzedził. Odpowiedział mi zanim zdążyłem coś powiedzieć.
-Valdo nie chciał iść ze mną, poszedł do więzienia.
-Co?- wręcz wykrzyknąłem, zawsze był dziwny ale tym razem przeszedł sam siebie- po co?
-Powiedział że chce poznać Arisa.
-Co?!- teraz już wrzasnąłem- musimy tam iść, natychmiast.
Ruszyłem szybko w stronę lochów a Yamis ruszył za mną.
Kiedy tam dotarłem usłyszałem tylko suchy trzask i a potem dźwięk tłuczonego szkła. Przyśpieszyłem, Aris był wolny, czułem to. Kiedy dotarłem przed jego celę usłyszałem głos Valdo.
-On jest niesamowity- powiedział z zachwytem.

kto teraz?

Od Deny CD Midale, Cajsin, Arisa i Carey

Ciemność. Jedyne co jest poza nią, to wszechobecny ból. To nie była śmierć, jeszcze nie, wiedziałam o tym.
Zaczynałam odzyskiwać pozostałe zmysły ale gdy chciałam otworzyć oczy czy się nawet poruszyć, zwyczajnie coś mnie powstrzymywało. W końcu jednak lekko otworzyłam oczy jednak zamiast kolorów, widziałam jedynie wszystko rozmyte i to w czerwieni. Och, to chyba krew, chyba za dużo jej straciłam i dlatego jest w moich oczach. Próba ruchu zakończyła się jękiem bólu i wówczas ktoś się poruszył gdzieś obok.
-Obudziłaś się- Midale westchnął tuż nad moją głową. Powoli spojrzałam nad siebie, chociaż leżał unosił głowę nad ziemią i próbował chyba mnie namierzyć. Czyli znowu stracił wzrok. Posmutniałam z tego powodu.
-Co się stało?
-Jakiś opętany wilk zaatakował nas jak poszłaś za mną, zostałaś przebita na wylot kryształem. Cajsim z resztą przeniosły cię i zaczęły próbować ratować ci życie. Udało im się ale jest mała luka...
-Więc byłam szaszłykiem- próba parsknięcia śmiechem skończyła się na okropnym bólu.- Co to za luka?
-W środku wszystko masz uleczone... Ale nie udało im się załatać dziury- powiedział z oporami.
-Czyli mam dziurę i widać mi wszystko?- Zapytałam się słabo nie patrząc na siebie. Przytaknął. Przez chwilę panowała cisza zanim nie położył się z powrotem ale nieco bliżej mnie wystawiając łapy. Wówczas przyszła Beta.
-Midale, wiesz co wkrótce będzie- powiedziała na dzień dobry. Spojrzałam na nią.
-Cajsim, zrobisz coś dla mnie? Proszę?
-Wiem, że nigdy nie prosiłaś o coś mnie- westchnęła.- Co mogę dla ciebie zrobić?
-Czy... Czy mogłabyś wstrzymać się z wyrokiem na Midale aż wyzdrowieję? Proszę, to mój najcenniejszy przyjaciel- wymigałam jej z błaganiem w oczach. Była w szoku.
-Czemu tego chcesz?- Pokazałam jej, że wyjaśnię to później bo potrzebowałam jeszcze paru informacji dla siebie aby mieć wszystko czarno na białym. Westchnęła w odpowiedzi i niechętnie się zgodziła. Zbierała się do wyjścia kiedy rzuciła jeszcze na odchodnym- tylko następnym razem musisz mi to powiedzieć.
Lekko kiwnęłam głową na znak zgody i wyszła. Znowu zostaliśmy sami.
-O co prosiłaś?- Spytał się szeptem.
-Cii, zostawmy to.- Jego łapa drżąc przysunęła się bliżej mojej, rozczuliło mnie to. Delikatnym ruchem zakryłam swoją łapą jego.
-Mogłaś zginąć- jęknął.
-Heh, jestem uparta mój drogi Midale. Tak śpieszno nie wybieram się na drugą stronę- uśmiechnęłam się lekko i ostrożnie przesunęłam ku jemu głowę. Czyżby to był jakiś odruch, że wolną łapą przysunął się bliżej, podkładając mi ją pod głowę? Nie wiem ale chciałam go jakoś pocieszyć. Był bardzo ciepły, tak, że wkrótce zaczęłam przysypiać...

Midale czy ktuś inny?

wtorek, 9 maja 2017

od Carey do Cajsim


Byłam wściekła, jak on śmiał? Faktycznie, może i stracił pamięć ale to nie zmieniało wcale faktu że byłam na niego wściekła. Trochę mnie poniosło i go zraniłam ale zasłużył sobie na to. Powoli szłam przez las za Cajsim. Nie miałam ochoty spędzić tego wieczoru samotnie, szczególnie po tych wydarzeniach. Powoli zeszła ze mnie cala złość a na jej miejsce wszedł nieopisany smutek. Przypomniałam go sobie kiedy stał na skarpie i patrzył w dół na niewielki wodospad, obok stałam ja.
-Obiecasz mi coś?-spytałam
-Wszystko co zechcesz- odpowiedział z uśmiechem.
Pamiętam jak mi obiecywał. Oszukał mnie, nie pierwszy raz, ale ja głupia dalej mu ufałam i wierzyłam że się zmieni. Przeliczyłam się, pomimo tego co dla niego zrobiłam on i tak pewnego dnia znikną. Zostawił mi tylko karteczkę na której napisał " Wybacz mi Caruś, ale nie możemy się już dłużej oszukiwać że kiedyś będziemy razem szczęśliwi. Odchodzę, nie szukaj mnie. Ułóż sobie życie z kimś innym i postaraj się zapomnieć że kiedyś mnie znałaś."
Wtedy dopiero zrozumiałam jak byłam głupia przez ten cały czas. jednak było już a za późno, jedyne co mi pozostało to łzy. Przyśpieszyłam, próbowałam zapomnieć ale to było niemożliwe. A teraz on się zjawia i wita się ze mną w taki sposób jakby nigdy nie zrobił tego wszystkiego. Poczułam jak łzy napływają mi do oczu.
Nie płacz głupia- skarciłam się w myślach.
Weszłam na niewielką polankę i udałam się w stronę jaskini Cajsim. Po niedługim czasie dotarłam. Stanęłam na progu, Caj od razu mnie zobaczyła.
-Mogę wejść?- zapytałam nieśmiało
-Oczywiście- odpowiedziała z ciepłym uśmiechem.
Weszłam i usiadłam niedaleko niej. Kątem ok zobaczyłam jak mi się przygląda.
-Wszystko w porządku Carey?
-Nic nie jest w porządku!- spojrzałam na nią i wybuchłam płaczem.


Cajsim?

niedziela, 7 maja 2017

Uwaga!

Witam wszystkich po majówce,mam nadzieję że dobrze ją spędziliście. Mam do was kilka spraw:

Po pierwsze:
Sprawa ta dotyczy wilków zagrożonych. Hoki wiele razy upominała zagrożonych o zgłoszenie nieobecności,albo najlepiej napisanie opowiadania. Zrobiłam przegląd zagrożonych i wynika z niego że:
 -Saito ostatnio napisał opowiadanie 12 marca, czyli prawie 2 miesiące temu.Ma on jedno upomnienie za złamanie regulaminu,ale niedługo może się pojawić więcej konsekwencji.

Proszę po raz OSTATNI napiszcie opowiadanie DO KOŃCA TEGO TYGODNIA (do 14.05.17r). Lub zgłoście nieobecność również DO KOŃCA TEGO TYGODNIA.
Jeśli tego nie zrobicie traficie do więzienia (patrz regulamin) i mogą być także inne konsekwencje ustalone przez alfy.
Po drugie:
Wiele wilków nie odzywało się od więcej niż dwóch tygodni. Mam na myśli na przykład Carey i Isil.
Proszę was wszystkich o przejrzenie opowiadań waszego wilka i sprawdzenie kiedy ostatnio się odzywaliście. Napiszcie opowiadania lub jeśli nie możecie zgłoście nieobecność alfom.Myślę że  wiecie jakie są konsekwencje jeśli tego nie zrobicie.
Po trzecie:
Mam tutaj pytanie do Orona: Co z loterią i konkursami? Przypominam że był konkurs na wymyślenie historii "Skąd wzięła się mistyczna świątynia?" oraz loteria. Jakie są wyniki?
Proszę o odpowiedź w komentarzu pod postem lub na howrse.
Po czwarte:
 Przypominam o Questach!

Dziękuje serdecznie za uwagę!
Beta Cajsim



sobota, 6 maja 2017

Od Hrívë CD Noe ,,Jak byłem odrobinę młodszy... Czyli nadrabiam zaległości. XD’’

Otworzyłem oczy i od razu zerwałem się na nogi gotowy do zabawy. Rozejrzałem się. W jaskini nikogo nie było. Zaskomlałem. Gdzie Hoki? Gdzie mama? Gdzie te dwie młodsze waderki? Trzeba będzie je znaleźć! Szybko wybiegłem na dwór. To wielkie żółte coś na niebie raziło mnie w oczy. Było ciepło. Dziwne. Zawsze było zimniej... Pobiegłem szukać jakichś wilków. 
Szedłem przez las. Nagle zobaczyłem coś, co się poruszało. W jedną, w drugą, w jedną, w drugą stronę. 
-,,Pobawmy się!’’
Nie zastanawiając się długo skoczyłem i złapałem to coś w zęby. 
To coś niestety okazało się kimś.
Ten ktoś przygniótł mnie do ziemi.
Nie mogłem się ruszać.
Zacząłem znów skomlić. Wilk, którego ugryzłem spojrzał na mnie i... Puścił!? 
-Patrz na drugi raz, co chcesz ugryźć, bo za którymś razem możesz stracić życie, młody -odezwał się nieznajomy.
Patrzyłem na niego nieśmiało. Po chwili odwróciłem się i szybko pobiegłem w krzaki. Udało się. Zgubił mnie. Poleciałem do jaskini. Byłem zmęczony.
<Ehchem... Jak by to... Ech... No wybaczcie mi, no... Nie mam się nawet jak tłumaczyć, więc lepiej już skończę... Taa, wiem, że to nie ja powinienem być tu Alfą, bo się nie nadaję, nie musicie mówić.>

Od Midale do Deny, Cajsim, Arisa i Carey


Upadła na ziemię, bezwładna, cała we krwi. Stałem nad nią. Dalej nie docierało do mnie t co się stało. Byłem wyprany z prawie wszystkich emocji. Wzbierał we mnie gniew. Nienawidziłem tego przeklętego świata, zawsze coś się na nim musiało zawalić. Zawsze kiedy akurat zaczynałem być szczęśliwy. Zawsze, bez względu kim i kiedy byłem. Nagle usłyszałem czyjś krzyk, to była Cajsim, coś wrzeszczała o natychmiastowej pomocy, przeniesieniu do jaskini Alf i tak dalej. Nie słuchałem, nie interesowało mnie to zupełnie. Nienawiść wypełniała mnie, przelewała się. Traciłem powoli panowanie, nie nie teraz. Powoli stawałem się kimś innym, walczyłem, ale po pewnym czasie stało mi się to obojętne. W miarę jak upływał czas zaczynały wyostrzać mi się zmysły, nawet wzrok, co prawda słaby ale jednak zawsze coś. Rozejrzałem się po polu, wszędzie z ziemi wystawały kryształy a między nimi stał oszalały wilk toczący pianę z pyska. Kilka wilków próbowało go zaatakować ale bardzo skutecznie się bronił. Było to dosyć dziwne, szczególnie że był młody i niedoświadczony. Uśmiechnąłem się lekko, pomimo tego co się ze mną stało panowałem nad sobą. Ruszyłem w stronę wilka ciskającego kryształami i stanąłem naprzeciwko, o dziwo nie starał się atakować. Coś mnie uderzyło w jego wyglądzie, oczy, uśmiech, znałem je. To był on. W tym momencie młody skoczył na mnie i przygwoździł do ziemi. Zepchnąłem go z siebie i zraniłem w bok, ten jednak wydawał się nie odczuwać tego. Pełna kontrola, marionetka, był tylko lalką na sznurkach kierowanych przez pana nienawiści. Nie wiem ile trwała walka z nim ale po jednym z moich ataków upadł i się nie poruszył. Wszyscy stojący obok mnie patrzyli na niego, a raczej na to co z niego zostało z przerażeniem. Kątem oka dostrzegłem materializującą się sylwetkę czarnego wilka.
-Jesteś dokładnie taki jak dawniej- powiedział z niemałym zadowoleniem.
-Jeżeli chodziło ci tylko o mnie to czemu jej to zrobiłeś- warknąłem wściekle.
-To był tylko mały dodatek.
Skoczyłem na niego, jednak nic nie zdziałałem, był tylko widmem.
-Aris jednak miał rację co do ciebie, jesteś kretynem- powiedział chłodno- nie umiesz docenić tego co dla ciebie robię.
-Nie znam nikogo kto by dziękował za zniszczenie mu życia.
-Sam je sobie niszczysz- przerwał na chwilę- rozejrzyj się, oni ci nie ufają, nienawidzą cię, pragną tylko twojej śmierci. Niestety mają rację, za to co im zrobiłeś nie ma wybaczenia. Wszyscy którzy ci kiedykolwiek zaufali albo cierpią, albo są martwi. Jedyna osoba którą zdołałeś pokochać prawie zginęła próbując ci pomóc.
A co z Carey? Zapomniałeś o niej, a tyle dla ciebie zrobiła. A gdybyś tylko został po mojej stronie to wszystko nie miało by miejsca...
-Przestań- warknąłem.
-Midale, puki co zostawiam cię z twoim własnym bałaganem.
To powiedziawszy znikną. Nienawidziłem go, przyszedł tu, prawie zabił Denę i jeszcze wspominał o Carey.
Spojrzałem w stronę innych wilków, chciałem coś powiedzieć lecz oni natychmiast się rozeszli zostawiając mnie samego na środku polany. Powoli ruszyłem w kierunku jaskini Alf. Martwiłem się o Denę a wiedziałem że tam ją znajdę. Mój wzrok powoli zaczą znowu zanikać, jednak zanim go zupełnie straciłem zdążyłem już dobiec do celu mojej podróży. Usiadłem i czekałem, nie wiem do końca na co dokładnie ale czekałem. Płynęły godziny, a może tylko minuty? Nie wiem. W pewnym momencie usłyszałem czyjś szybki oddech jak o dużym wysiłku fizycznym i kroki. Równocześnie dotarł do moich nozdrzy zapach krwi, krwi Deny. Jednak ten ktoś kto wyszedł nie był nią. Znałem jej zapach ale nie mogłem sobie przypomnieć kim była. Stanęła w odległości jakiś dwóch metrów i dalej ciężko dysząc zapytała.
-Midale? Co ty tutaj robisz?
Ten głos, to była ona, jedyna osoba którą kiedykolwiek pokochałem tak ognistą miłością. Jednak jej głos wyrażał obrzydzenie i nienawiść.
-Caruś- wyszeptałem.
-Nie mów tak do mnie!!!- wydarła się wściekle- nie masz prawa.
-Ale...
-Żadnych ale, nienawidzę cię- zaśmiała się ironicznie- na twój widok mam ochotę cię rozszarpać, a mimo to gdzie się nie pojawię tam jesteś ty, zawsze ten sam, ze słodkimi zdrobnieniami i wzruszonym głosem.
-O co ci chodzi?- zapytałem zdziwiony- co ci takiego zrobiłem?
-Straciłeś pamięć?- powiedziała chłodno głosem badającego kogoś lekarza.
-Nie bardzo pamiętam...
-To wiele tłumaczy- usłyszałem jak ciężko siada.
-Co tłumaczy!?- zaczynałem tracić cierpliwość, Jednak ona postanowiła udać że nie usłyszała moje pytania.
-Biedna Dena, dalej wieży że możesz się zmienić.
-Bo MOGĘ- warknąłem,kolejny nieopatrzny ruch z mojej strony który zaowocował od razu. Wybuchła.
-Kiedy wreszcie zrozumiesz?!- zrobiła krótką pałze- wmawiasz sobie rzeczy których nigdy nie osiągniesz. NIGDY!!! Przyjmij wreszcie do wiadomości że wszyscy tylko przez ciebie cierpią, a najbardziej ci którzy są ci najbliżsi! Ranisz ich, niszczysz im wszystko a oni ci dalej wierzysz że kiedyś będziesz inny. Kiedyś jednak przyjdzie dzień że ona wreszcie też to zrozumie albo ty ją zabijesz wcześniej.
-Carey jak możesz tak o niej mówić- wydarłem się na nią- nie masz prawa.
Usłyszałem jak zaczyna cicho szlochać.
-Ja, ja przepraszam- podszedłem do niej i delikatnie przytuliłem. Natychmiast mnie odepchnęła i przy okazji mocno zadrapała zostawiając na mojej klatce piersiowej piekącą ranę.
-Zostaw mnie!!!- przerwała żeby trochę się opanować- podziwiam, że po tym wszystkim co mi zrobiłeś dalej masz śmiałość mnie dotykać.
Chciałem coś odpowiedzieć ale w tym momencie usłyszałem niedaleko wściekły głos Isil która niezbyt kulturalnie kazała nam zamknąć mordy i w********** z takimi kłótniami nieco dalej żeby nie zakłócać jej i Cajsim pracy. Carey odeszła cicho a ja zostałem. Cekałem chyba całą wieczność aż w końcu pojawiła się Caj. Jak tylko ją wyczułem poderwałem się na równe nogi i wręcz wykrzyczałem.
-Co znią?
-Przeżyje- odpowiedziała zmordowanym głosem po czym dodała- chyba...
-Co masz na myśli?- nie podobało mi się to jej ostatnie słowo.
-Udało nam się powstrzymać, ehh, zmniejszyć krwawienie i uleczyłyśmy narządy wewnętrzne ale rana jako taka pozostała. Podsumowując Dena ma dalej dziurę na wylot z w pełni sprawnymi organami.
-Mogę ją zobaczyć?- to zabrzmiało raczej jak rozkaz niż jak pytanie...
-Przypominam ci że dalej jesteś więźniem z wyrokiem śm....
-Tak wiem- wyminąłem ją i wkroczyłem do jaskini Alf, nie było trudno znaleźć sali w której leżała. Zapach jej krwi był bardzo mocny. Stanąłem obok niej, słyszałem jej ciężki oddech. Było to lekko niepokojące ale cieszyłem się że żyła. Nie byłem jednak sam, niedaleko mnie stała Isil, czułem ją. Podeszła bliżej mnie i przez chwile mi się przyglądała w milczeniu.
-MIdale na pewno nic ci nie jest?- zapytała z typową dla niej uprzejmą troską.
Dopiero teraz przypomniałem sobie o dosyć bolesnej ranie zadanej mi przez Car. Paliła jak ogień.
-Nie nic- uśmiechnąłem się nie szczerze.
-Skoro tak uważasz- odpowiedziała bez przekonania po czym wyszła.
Zostałem sam z Deną, było tak cicho że słyszałem bicie jej serca. Podszedłem nieco bliżej i położyłem się obok, przez chwilę wytężałem oczy próbując ją zobaczyć jednak pozostawałem nadal ślepy jak kret. Myślami przywołałem moment w którym przebił ją kryształ, a potem powróciłem do wydarzeń z samego rana żeby wreszcie przypomnieć sobie wszystkie wydarzenia w których uczestniczyła i ona i ja. nie wim ile to trwało ale moje oczy powoli się zamknęły i odpłynąłem.