sobota, 6 maja 2017
Od Midale do Deny, Cajsim, Arisa i Carey
Upadła na ziemię, bezwładna, cała we krwi. Stałem nad nią. Dalej nie docierało do mnie t co się stało. Byłem wyprany z prawie wszystkich emocji. Wzbierał we mnie gniew. Nienawidziłem tego przeklętego świata, zawsze coś się na nim musiało zawalić. Zawsze kiedy akurat zaczynałem być szczęśliwy. Zawsze, bez względu kim i kiedy byłem. Nagle usłyszałem czyjś krzyk, to była Cajsim, coś wrzeszczała o natychmiastowej pomocy, przeniesieniu do jaskini Alf i tak dalej. Nie słuchałem, nie interesowało mnie to zupełnie. Nienawiść wypełniała mnie, przelewała się. Traciłem powoli panowanie, nie nie teraz. Powoli stawałem się kimś innym, walczyłem, ale po pewnym czasie stało mi się to obojętne. W miarę jak upływał czas zaczynały wyostrzać mi się zmysły, nawet wzrok, co prawda słaby ale jednak zawsze coś. Rozejrzałem się po polu, wszędzie z ziemi wystawały kryształy a między nimi stał oszalały wilk toczący pianę z pyska. Kilka wilków próbowało go zaatakować ale bardzo skutecznie się bronił. Było to dosyć dziwne, szczególnie że był młody i niedoświadczony. Uśmiechnąłem się lekko, pomimo tego co się ze mną stało panowałem nad sobą. Ruszyłem w stronę wilka ciskającego kryształami i stanąłem naprzeciwko, o dziwo nie starał się atakować. Coś mnie uderzyło w jego wyglądzie, oczy, uśmiech, znałem je. To był on. W tym momencie młody skoczył na mnie i przygwoździł do ziemi. Zepchnąłem go z siebie i zraniłem w bok, ten jednak wydawał się nie odczuwać tego. Pełna kontrola, marionetka, był tylko lalką na sznurkach kierowanych przez pana nienawiści. Nie wiem ile trwała walka z nim ale po jednym z moich ataków upadł i się nie poruszył. Wszyscy stojący obok mnie patrzyli na niego, a raczej na to co z niego zostało z przerażeniem. Kątem oka dostrzegłem materializującą się sylwetkę czarnego wilka.
-Jesteś dokładnie taki jak dawniej- powiedział z niemałym zadowoleniem.
-Jeżeli chodziło ci tylko o mnie to czemu jej to zrobiłeś- warknąłem wściekle.
-To był tylko mały dodatek.
Skoczyłem na niego, jednak nic nie zdziałałem, był tylko widmem.
-Aris jednak miał rację co do ciebie, jesteś kretynem- powiedział chłodno- nie umiesz docenić tego co dla ciebie robię.
-Nie znam nikogo kto by dziękował za zniszczenie mu życia.
-Sam je sobie niszczysz- przerwał na chwilę- rozejrzyj się, oni ci nie ufają, nienawidzą cię, pragną tylko twojej śmierci. Niestety mają rację, za to co im zrobiłeś nie ma wybaczenia. Wszyscy którzy ci kiedykolwiek zaufali albo cierpią, albo są martwi. Jedyna osoba którą zdołałeś pokochać prawie zginęła próbując ci pomóc.
A co z Carey? Zapomniałeś o niej, a tyle dla ciebie zrobiła. A gdybyś tylko został po mojej stronie to wszystko nie miało by miejsca...
-Przestań- warknąłem.
-Midale, puki co zostawiam cię z twoim własnym bałaganem.
To powiedziawszy znikną. Nienawidziłem go, przyszedł tu, prawie zabił Denę i jeszcze wspominał o Carey.
Spojrzałem w stronę innych wilków, chciałem coś powiedzieć lecz oni natychmiast się rozeszli zostawiając mnie samego na środku polany. Powoli ruszyłem w kierunku jaskini Alf. Martwiłem się o Denę a wiedziałem że tam ją znajdę. Mój wzrok powoli zaczą znowu zanikać, jednak zanim go zupełnie straciłem zdążyłem już dobiec do celu mojej podróży. Usiadłem i czekałem, nie wiem do końca na co dokładnie ale czekałem. Płynęły godziny, a może tylko minuty? Nie wiem. W pewnym momencie usłyszałem czyjś szybki oddech jak o dużym wysiłku fizycznym i kroki. Równocześnie dotarł do moich nozdrzy zapach krwi, krwi Deny. Jednak ten ktoś kto wyszedł nie był nią. Znałem jej zapach ale nie mogłem sobie przypomnieć kim była. Stanęła w odległości jakiś dwóch metrów i dalej ciężko dysząc zapytała.
-Midale? Co ty tutaj robisz?
Ten głos, to była ona, jedyna osoba którą kiedykolwiek pokochałem tak ognistą miłością. Jednak jej głos wyrażał obrzydzenie i nienawiść.
-Caruś- wyszeptałem.
-Nie mów tak do mnie!!!- wydarła się wściekle- nie masz prawa.
-Ale...
-Żadnych ale, nienawidzę cię- zaśmiała się ironicznie- na twój widok mam ochotę cię rozszarpać, a mimo to gdzie się nie pojawię tam jesteś ty, zawsze ten sam, ze słodkimi zdrobnieniami i wzruszonym głosem.
-O co ci chodzi?- zapytałem zdziwiony- co ci takiego zrobiłem?
-Straciłeś pamięć?- powiedziała chłodno głosem badającego kogoś lekarza.
-Nie bardzo pamiętam...
-To wiele tłumaczy- usłyszałem jak ciężko siada.
-Co tłumaczy!?- zaczynałem tracić cierpliwość, Jednak ona postanowiła udać że nie usłyszała moje pytania.
-Biedna Dena, dalej wieży że możesz się zmienić.
-Bo MOGĘ- warknąłem,kolejny nieopatrzny ruch z mojej strony który zaowocował od razu. Wybuchła.
-Kiedy wreszcie zrozumiesz?!- zrobiła krótką pałze- wmawiasz sobie rzeczy których nigdy nie osiągniesz. NIGDY!!! Przyjmij wreszcie do wiadomości że wszyscy tylko przez ciebie cierpią, a najbardziej ci którzy są ci najbliżsi! Ranisz ich, niszczysz im wszystko a oni ci dalej wierzysz że kiedyś będziesz inny. Kiedyś jednak przyjdzie dzień że ona wreszcie też to zrozumie albo ty ją zabijesz wcześniej.
-Carey jak możesz tak o niej mówić- wydarłem się na nią- nie masz prawa.
Usłyszałem jak zaczyna cicho szlochać.
-Ja, ja przepraszam- podszedłem do niej i delikatnie przytuliłem. Natychmiast mnie odepchnęła i przy okazji mocno zadrapała zostawiając na mojej klatce piersiowej piekącą ranę.
-Zostaw mnie!!!- przerwała żeby trochę się opanować- podziwiam, że po tym wszystkim co mi zrobiłeś dalej masz śmiałość mnie dotykać.
Chciałem coś odpowiedzieć ale w tym momencie usłyszałem niedaleko wściekły głos Isil która niezbyt kulturalnie kazała nam zamknąć mordy i w********** z takimi kłótniami nieco dalej żeby nie zakłócać jej i Cajsim pracy. Carey odeszła cicho a ja zostałem. Cekałem chyba całą wieczność aż w końcu pojawiła się Caj. Jak tylko ją wyczułem poderwałem się na równe nogi i wręcz wykrzyczałem.
-Co znią?
-Przeżyje- odpowiedziała zmordowanym głosem po czym dodała- chyba...
-Co masz na myśli?- nie podobało mi się to jej ostatnie słowo.
-Udało nam się powstrzymać, ehh, zmniejszyć krwawienie i uleczyłyśmy narządy wewnętrzne ale rana jako taka pozostała. Podsumowując Dena ma dalej dziurę na wylot z w pełni sprawnymi organami.
-Mogę ją zobaczyć?- to zabrzmiało raczej jak rozkaz niż jak pytanie...
-Przypominam ci że dalej jesteś więźniem z wyrokiem śm....
-Tak wiem- wyminąłem ją i wkroczyłem do jaskini Alf, nie było trudno znaleźć sali w której leżała. Zapach jej krwi był bardzo mocny. Stanąłem obok niej, słyszałem jej ciężki oddech. Było to lekko niepokojące ale cieszyłem się że żyła. Nie byłem jednak sam, niedaleko mnie stała Isil, czułem ją. Podeszła bliżej mnie i przez chwile mi się przyglądała w milczeniu.
-MIdale na pewno nic ci nie jest?- zapytała z typową dla niej uprzejmą troską.
Dopiero teraz przypomniałem sobie o dosyć bolesnej ranie zadanej mi przez Car. Paliła jak ogień.
-Nie nic- uśmiechnąłem się nie szczerze.
-Skoro tak uważasz- odpowiedziała bez przekonania po czym wyszła.
Zostałem sam z Deną, było tak cicho że słyszałem bicie jej serca. Podszedłem nieco bliżej i położyłem się obok, przez chwilę wytężałem oczy próbując ją zobaczyć jednak pozostawałem nadal ślepy jak kret. Myślami przywołałem moment w którym przebił ją kryształ, a potem powróciłem do wydarzeń z samego rana żeby wreszcie przypomnieć sobie wszystkie wydarzenia w których uczestniczyła i ona i ja. nie wim ile to trwało ale moje oczy powoli się zamknęły i odpłynąłem.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz