Hoki była cała brudna od błota,doskwierał nam straszny głód,kompletnie zgubiłyśmy drogę i w dodatku zaczynało padać,a z oddali było słychać groźne odgłosy grzmienia.A w planach miałyśmy spacerek w słońcu i słuchanie śpiewu ptaków. No cóż...nigdy nie jest do końca tak jak sobie zaplanujemy.
-Co teraz zrobimy?-zapytała łamiącym się głosem Elenda.
-Trzeba znaleźć schronienie. Musimy przetrwać jakoś tą burzę.-rzekła Hoki,nie słyszałam jej jednak zbyt dobrze bo słowa zagłuszał wiatr.
-Co mówisz?
-Znajdźmy schronienie.
-Racja. Jakby to powiedziała moja mama:Bądźmy dobrej myśli.-uśmiechnęłam się.
-Łatwo powiedzieć,trudniej zrobić.-wtrąciła się Aidana.
-To fakt,ale trzeba mieć nadzieję.Szybko,wiatr się wzmaga.- Po słowach Hoki ruszyłyśmy w gęstwinę drzew szukając dużej nory,próżnego drzewa lub jaskini. Trudno było cokolwiek znaleźć. Deszcz rozpadał się na dobre. Krople deszczu bębniły w liście starych dębów i platanów. Wiatr świszczał i zawodził,targał drzewa i krzaki silnymi porywami. Biegłyśmy szybko przez puszczę nie zważając na kaprysy pogody.Nagle Niebo pokryte granatowymi chmurami rozdarła oślepiająco jasna błyskawica i usłyszałyśmy głośny trzask.Gdzieś niedaleko nas trafił piorun.Gnane strachem przed nieokiełznanymi siłami natury pobiegłyśmy jeszcze szybciej.
Po długiej wędrówce przez deszcze, wichry i błyskawice dotarłyśmy do wodospadu życia,a przynajmniej tak nam się wydawało.Bez długiego namysłu podeszłyśmy do wodospadu i przechodząc przez tarcze wody skryłyśmy się w skalnej jaskini. Po dokładnym otrzepaniu się z wody i doprowadzenia do porządku futerka wzięłam się za rozpalanie ogniska.Przy tej czynności pomogła mi Hoki. Elenda i Aid otrzepywały się jeszcze z wody po czym zaczęła biadolić nad naszym losem:
-Mamy strasznego pecha.-zagaiła Aidana.
-Żebyś wiedziała.Ten piorun...on był przerażający!-odpowiedziała El z przerażeniem w głosie.
-A ten wiatr? Wiało tak od kilku dni to ten wiatr ściągnął na nas burzę.
-Zgadzam się z tobą.
-Wiedziałam że ten wiatr nie wróży dobrze,ale nie myślałam że będzie aż tak żle.
-Ej dziewczyny,przestańcie narzekać.Znalazłyśmy schronienie, to już coś.-powiedziała Hoki.
-Tak i deszcze zmył z ciebie całe błoto. Wreszcie przestałaś śmierdzieć,już myślałam że nie wytrzymam.-zażartowałam. Hoki rzuciła mi piorunujące spojrzenie i powiedziała:
-Ty też przestałaś śmierdzieć. Modliłam się o ten deszcz od wyjścia z domu. Smród był nie do zniesienia.-Hoki uśmiechnęła się złośliwie,a ja uderzyłam ją lekko z łokcia w bok.Za chwilę wszystkie śmiałyśmy się serdecznie.
Ogień wkrótce udało nam się rozpalić,a Aid i Hoki skoczyły po trochę drewna. Z początku nie chciało się palić z powodu wilgoci,ale po chwili zalśniły jasnym płomieniem.W jaskini wreszcie zrobiło się ciepło i każda rozgrzała się nie co,lecz nadal pozostawał problem z jedzeniem. Burza nie ustępowała,a my nie miałyśmy co jeść. Wyszłam więc ,choć nie chętnie,na deszcz i poszukałam mięty i rozmarynu.Znalazłam także jakieś ziemniako-podobne warzywa,które nawet pachniały dobrze. Hoki uznała że nie są trujące. Z rozmarynu i ziemniaków zrobiłyśmy zupę,a mięty - herbatę.
Smakowało dobrze,ale trochę skromnie. Po posiłku deszcz nadal nie ustawał. Pogadałyśmy jeszcze trochę siedząc przy ogniu,a potem poszłyśmy spać.Byłyśmy okropnie zmęczone. Zastanawiałam się co robi moja mama i czy się o nas martwi. Pewnie tak.Chciałabym jej powiedzieć że wszystko w porządku.Ciekawe co teraz się dzieje z mamą? Kiedyś jej o tym wszystkim opowiem i będziemy się razem z tego śmiały. Nigdy nie zapomnę tego dnia,ciekawe co stanie się jutro...?
<Hoki? Twoja kolej. ;)>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz