-Kim jesteś i co tu robisz?- To właśnie było.Pierwsze pytanie zadane Denie przeze mnie.
-Szukam schronienia. Moją watahę zaatakowano, straciłam bliskich- odparła
Rozumiałam ją doskonale.Wiedziałam, że teraz potrzebuje kogoś kto jej pomoże.
-Potrzebujesz pomocy, chodź ze mną do naszej watahy, pomożemy ci. Dasz radę wstać?- Zapytałam - Jestem Yogani.
-Ja Dena. Chyba tak, wstanę- odpowiedziała dźwigając się do pionu. Zaskoczyło mnie to, że waders była w dość zaawansowanej ciąży. Ten stres spowodowany wojną i ucieczką mógł źle wpłynąć na jej potomstwo. W głowie już zaczęłam układać plan zażywania uspokajających naparów dla nowo przybyłej.
-Spodziewasz się potomstwa- powiedziałam spoglądając na jej brzuch
-Połowa oczekiwania za mną.
To nie były dobre wieści. To mogło zadecydować o tym czy jej szczenięta przeżyją. A jeśli tak czy będą zdrowe. Podeszłam do niej bliżej i pozwoliłam się jej oprzeć o mój bark.
Po wielu trudach wreszcie dotarłyśmy do jaskini alf w której jednocześnie była siedziba uzdrowicielki. Pomogłam położyć się Denie na zwierzęcej skórze, po czym zabrałam się do parzenia naparu kojącego.
Dwie szczypty melisy, miseczka wrzątku, wyciąg z liści aloesu… - mruczałam cicho pod nosem składniki lekarstwa.
Po chwili skończyłam naparu i napoiłam nim wadere.
Nagle usłyszałam krzyki Orona i wybiegłam mu pomóc przy kolejnej rannej. Nie wyglądała dobrze. Zrobiłam co mogłam po czym popędziłam do Cajsim, by opowiedzieć jej o wszystkim.
<Sorry, kompletnie nie miałam pomysłu>
(217 słów)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz