Walka się skończyła.
Wszyscy zaczęli się wzajemnie szukać i krzyczeć ,,czy nic mu nie jest?'', ,,czy ona przeżyje?''
Nie, nie zdziwiło mnie to że nikt na mnie nie zwrócił uwagi. Zdecydowanie byłem zbyt podobny do armii Pagdumota. Przynajmniej nikt przez przypadek mnie nie zaatakował.
Zdecydowanie nie szukałem towarzystwa więc postanowiłem się wycofać z pola walki zanim ktokolwiek mnie zauważy.
Zacząłem biec, byle dale od tego wszystkiego.
Zatrzymałem się dopiero kiedy wszystko ucichło.
Złamałem przysięgę, wiedziałem co mnie czeka, wiedziałem, że oni postarają się to zrobić jak najszybciej. Wiedziałem o nich zbyt wiele, znałem na wylot plany ich ataków. Oni się mnie bali tak samo mocno jak ja ich.
Był na świecie tylko jeden wilk zdolny do wtargnięcia do mojego umysłu, nawet nie wiedziałem jak ma na imię. Pamiętałem tylko jak go nazywali. Biały demon, prawa ręka Pagdumota. Nienawidził mnie nawet wtedy kiedy jeszcze byłem po ich stronie, a teraz kiedy zdradziłem...
Odegnałem od siebie te myśli, wolałem puki co nie myśleć co on dla mnie szykuje. Miałem pewność że to będzie prawdopodobnie ostatnie wydarzenie w moim życiu.
Wstałem, niedługo będę musiał patrolować teren wraz z Saito.
Powoli ruszyłem w stronę obozu, może coś mi się uda przed tym wszystkim zjeść?
Byłem na skraju lasu kiedy usłyszałem gdzieś bardzo dobrze znany mi głos.
-Midale, co ty robisz?- zapytał niewidzialny ktoś jadowitym głosem. -Pamiętaj, przysięga, jesteś jednym z nas, w twoich żyłach płynie taka sama krew jak w naszych i cokolwiek byś nie zrobił na zawsze pozostaniesz naszym bratem.
-Zamilcz!- warknąłem na głos- nie jestem jednym z was, zmieniłem się!
Usłyszałem złośliwy śmiech.
-Och, Midale, ile ty jeszcze będziesz się okłamywać? Przysięga nie jest wypaplanym słowem, ona ma na sobie pieczęć naszego pana, ona wiąże cię do śmierci, nigdy się od niej nie wyzwolisz.
Wiedziałem że mówi prawdę, zawsze, cokolwiek by się nie stało zawsze pozostanę jednym z członków czarnego bractwa. Przed oczami stanęły mi wydarzenie sprzed dwóch lat. Płonące tereny watahy ziemi, niewinne wilki ginące na rozkaz mojego pana, przerażone oczy jakiejś wadery, szczeniaki zamordowane obok swojej matki. Tak, ja to zrobiłem, to ja wtedy dowodziłem, to wszystko było moją winą.
Nie wiem kim jestem że po tym co zrobiłem mam śmiałość prosić kogokolwiek o przyjęcie mnie do watahy, i jeszcze ten Akkarin. On był jednym z tych którym udało się uciec.
Teraz kiedy próbowałem naprawić całe zło które wyrządziłem światu. Wszyscy patrzyli na mnie jak na trędowatego, znamię Pagdumota było widoczne doskonale.
Pędem ruszyłem w stronę obozu, biegłem tak jakbym miał nadzieję że wiatr wywieje moje wspomnienia ale to było niemożliwe.
Po kilku minutach byłem w obozie, ciężko dyszałem.
Położyłem się w cieniu zamknąłem oczy.
Nagle usłyszałem nad sobą czyjś głos.
-Jesteś głodny?
Otworzyłem oczy, pierwsze co zobaczyłem był sporawy kawałek jelenia leżący przede mną.
Powędrowałem wzrokiem do góry i zobaczyłem jaką uśmiechniętą waderę, była w zaawansowanej ciąży.
Wstałem i dokładniej jej się przyjrzałem. Była piękna, wyglądała na kogoś o wielkim sercu.
-Dziękuje- wziąłem mięso, odwróciłem się i ruszyłem przed siebie.
-Poczekaj!- zawołała wadera.
Odwróciłem się w jej stronę i spojrzałem pytająco.
-Chciałam zapytać kim jesteś, nigdy cię wcześniej tutaj nie widziałam. - Wlepiła wzrok w symbol na moim boku.
Odłożyłem kawałek mięsa.
-Midale, jestem kapłanem- odwróciłem się tak żeby nie widziała mojego prawego boku- a to na co tak upojnie patrzyłaś to pamiątka z młodości.
-Każdy popełnia jakieś błędy...- spuściła głowę
-Nie wszyscy tymi błędami doprowadzają do śmierci setki wilków- uciąłem i zacząłem jeść.
Wszystko jakoś szybko minęło, miałem wrażenie że po kilku minutach już patroluję wraz z Saito teren.
Był młody i niezbyt doświadczony ale radził sobie zadziwiająco dobrze. To on głównie dziś się przykładał do węszenia a ja jak jakiś małolat chodziłem zamyślony i kilka razy już wpadłem na towarzysza.
W pewnym momencie coś poczułem i spojrzałem na Saito. On najwyraźniej też to wyczuł.
Gdzieś w okolicy były wilki, co najmniej piętnaście.
-Rozdzielmy się- powiedziałem- łatwiej nam będzie cokolwiek znaleźć.
Tak też się stało, nie nie zrobiłem tego bo chciałem czegoś szukać, po prostu wiedziałem czego oni szukają.
Szukali mnie a nie chciałem w to mieszać Małego.
-Nadszedł czas spłacić swój dług- usłyszałem ten sam nienawistny głos co kilka godzin wcześniej.
Odwróciłem się, za mną stał Biały Demon. Spojrzał na mnie z udawanym politowaniem.
-Ja zawsze wiedziałem że ty kiedyś wszystko zepsujesz- powiedział głosem naburmuszonego chłopca któremu ktoś właśnie rozwalił zamek z piasku.
-To trzeba było coś z tym zrobić wcześniej a nie teraz po czasie wygłaszać swoje mądrości- powiedziałem aż nadto spokojnie.
Zza okolicznych drzew wyłoniły się wilki, stanęły w ciasnym kręgu zostawiając w środku mnie z Białym.
Wiedziałem co to oznacza.
-Czas spłacić swój dług- syknął niczym wąż.
-Poważasz się.
Skoczyłem na niego, wiedziałem że nie mam żadnych szans w walce ale przynajmniej zginę ze świadomością że walczyłem do upadłego.
Biały uśmiechnął się lekko i potężnym ciosem powalił mnie na ziemię.
Uderzyłem plecami o drzewo, zabrakło mi powietrza.
Nawet nie próbowałem wstać.
Wilki skoczyły w moją stronę.
-Zostawcie go!- biały warknął na nich- nasz Pan chciał go żywego.
Biały podszedł do mnie i jednym błyskawicznym ruchem łapy rozdarł mi bok.
Poczułem jak moje futro nasiąka krwią, ale oprócz tego było coś co nie pasowało do tego.
Nie umiem tego opisać, nigdy nie umiałem opisać tego uczucia.
Biały demon... on miał zawsze trujące pazury, a teraz ja od niego dostałem.
Wszystko mi się rozmazało zapadłem w ciemność.
***
Nie wiem ile to trwało, nie wiedziałem też gdzie byłem. Czułem palący ból w boku. Niestety znamię pozostało nienaruszone. Powoli otworzyłem oczy, nic nie miało ostrych konturów. Spróbowałem wstać.
Poczułem się jak szczeniak który już się do wszystkiego rwie ale nogi dalej mu odmawiają posłuszeństwa.
Udało mi się tylko chwiejnie usiąść.
Ponownie się rozejrzałem, byłem w jakiejś ciemnej, yyy, właśnie co to było? Chyba grota podziemna. To by w sumie pasowało do czarnego bractwa.
Byłem sam nie licząc jakiś kości, zacząłem się zastanawiać jak mnie zabiją.
Nagle usłyszałem jakieś kroki. Do ,,celi" wszedł Biały. Podszedł do mnie i jeszcze raz zadał mi cios w to samo miejsce.
Krzyknąłem z bólu i upadłem.
-Panie, to go powinno uciszyć na zawsze- pokłonił się w stronę kogoś stojącego w wejściu.
Spojrzałem w tamtym kierunku i zobaczyłem postać czarnego basiora z bliną przez oko i złotym amuletem na szyi. Z trudem dotarło do mnie kogo zobaczyłem. To był Pagdumot.
-To dobrze- powiedział głosem wypranym z emocji- pamiętaj Aris, chcę żeby do ostatniej minuty zachował świadomość.
- Oczywiście- ukłonił się nisko i poczekał aż Pagdumod odszedł. Po czym odwrócił się w moją stronę- skoro i tak już jesteś martwy to chyba można cię puścić.
Jakiś napakowany wilk chwycił mnie zębami raniąc przy okazji i wyciągną z celi.
Biegł cały czasz szorując mną po ziemi. Trwało to co najmniej kilka godzin. Przez cały czas modliłem się żeby stracić świadomość choćby na minutę, niestety, nie było mi to dane.
W końcu poczułem znajomy zapach i zobaczyłem z daleka ciepły blask ogniska. Byłem niedaleko obozu mojej watahy. Tymczasem basior który do tej pory trzymał mnie w zębach cisną mną o ziemię i odbiegł.
Usłyszałem jakieś głosy i kroki.
Ktoś biegł w moją stronę i coś krzyczał, to była ta sama osoba którą spotkałem wtedy w obozie, Nawet nie wiedziałem jak miała na imię.
Powoli mój umysł ogarnęła błoga cisza i pustka, nic nie czułem i nic nie słyszałem. Jedyne co zobaczyłem to rozmazane łapy jakiegoś wilka stojącego koło mnie.
<Dena?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz