-Boję się, że nie będę dobrym rodzicem, że nie dam rady- szepnęła unikając kontaktu wzrokowego.
Spojrzałem w stronę wyjście, od świata odgradzała mnie pionowa ściana deszczu.
-Poradzisz sobie, jesteś silniejsza niż myślisz.
Wadera spojrzała na mnie zdziwiona. Miała szkliste oczy.
-Co masz na myśli?
-Nie znam nikogo kto w zaawansowanej ciąży pchał się na pole walki nie ginąc przy okazji i w dodatku ratując innych.
Nie odpowiedziała, położyła głowę na ziemi i spojrzała na szczenięta.
-Teraz są takie niewinne- powiedziała- ale kto wie co będzie potem? Morze to przyszli bratobójcy?
-Dramatyzujesz- uciąłem jej bo wyraźnie zamierzała kontynuować swój wywód na temat czarnej przyszłości- póki co żyjemy tu i teraz a co nam zaplanuje przyszłość kiedyś się dowiemy.
-Kiedyś...- powtórzyła powoli- kiedyś to ja nie byłam sama.
Znowu odwróciła głowę.
-Nie ma co rozgrzebywać starych ran Dena ja też chętnie cofną bym czas i powstrzymał to co się przeze mnie stało. Wiesz ile ja narobiłem zła w życiu? Kiedyś byłem inny, to co ty teraz widzisz jest wrakiem prawdziwego mnie. To kim byłem zatrzymała w sobie pieczęć.- zauważyłem że Dena patrzy na mnie zdziwiona.- Ta pieczęć to nie tylko pusty symbol, to pieczęć która w razie twojej zdrady osłabia cię wielokrotnie. Akkarina spotka to samo, od tego przeklętego znaku nie ma wyzwolenia. To jeden z powodów dla których Biały nie składał przysięgi. On jest wolny a ja nie.
Dena patrzyła na mnie zdziwiona.
Deszcz trochę zelżał i wiatr się uspokoił.
-To ja już pójdę.
Dena? znowu przepraszam za długość
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz