Tak, teraz przyszła kolej na mnie.Odchodzę.Wielu z was to zapewne zaskoczy,bo zawsze bardzo optymistycznie patrzyłam na przyszłość dla tej watahy i całkiem możliwe że przyszłość tego miejsca będzie dobra,ale zdecydowanie bez mojego udziału. Pośród was będą pewnie też tacy których ucieszy moje odejście.Jestem nieco zawiedziona,bo zawsze starałam się być pokojowa i nie wchodzić w konflikty,no,ale cóż,nie udało się.Nielicznych zapewne zmartwi moje odejście i bardzo im za to dziękuję.Chciałabym być osobą dobrze wspominaną,bo ja dobrze będę wspominać to miejsce. Zapytacie pewnie o powód.Już spieszę z odpowiedzią: Po prostu to miejsce przestało być dla mnie czymś czym było kiedyś,nie czuję już swojskiej, domowej atmosfery, tylko wieczne kłótnie i pretensje zaprzątają mój spokój. Krótko mówiąc wataha śnieżnych szczytów przestała spełniać swoją dawną rolę w moim życiu. Po dłuższych przemyśleniach postanowiłam odejść. Przykro mi tylko że tak wielu z was nie zdążyłam dokładniej poznać,bo na pewno jesteście wspaniałymi ludźmi. I proszę was nie mówcie że się nad sobą użalam,bo wiem że niektórzy z was są na tym punkcie przewrażliwieni,a ja się wcale nie użalam,tylko po prostu jestem wobec wasz szczera,a zresztą jest moja przemyślana decyzja,którą podjęłam z własnej nieprzymuszonej woli.
Ale dosyć o mnie,co będzie z wami?
A więc tak: Mianuję Akkarina alfą tej watahy i proszę was postarajcie się z nim dogadać,możecie tworzyć zgrany zespół jeśli tylko zechcecie. Elenda zostaje betą,a Aditi jak wiadomo,również odchodzi. Jakiekolwiek decyzje pozostawiam Akkarinowi,teraz on ma całkowitą władzę tutaj.
Nie napiszę już opowiadania,za co was przepraszam,bo wiem że powinnam napisać opowiadanie w którym moje wilki odeszły ,bądź umarły.Mogę wam powiedzieć tylko tyle,że Cajsim wiecznie wpatrzona w horyzont,postanowiła podążać dalej,za tereny watahy i poznawać dalsze zakątki świata. Aditi nie czuła się dobrze otoczona gwarem i tłumem więc postanowiła towarzyszyć swojej matce w dalszej wędrówce.Moje postacie raczej nie są do adopcji,po prostu odeszły i tyle...
Dziękuję wam za poświęcony mi czas i uwagę oraz za wspólne pisanie,nigdy nie zapomnę przeżytych tutaj, wspaniałych chwil.
Jeśli macie do mnie jakąś sprawę możecie pisać do mnie na howrse (Ribana).
Żegnam i pozdrawiam serdecznie was wszystkich!
Życzę wam miłego pisania i nieustającej weny twórczej!
Do zobaczenia!
Wasza była beta lub alfa,a zresztą jak tam chcecie,
Cajsim
I młoda beta,
Aditi
niedziela, 18 czerwca 2017
piątek, 2 czerwca 2017
piątek, 26 maja 2017
Uwaga!
Z wielką przykrością wtrącam dwa wilki do więźnia:
Saito - za nie udzielanie się na blogu i niezgłoszenie nieobecności
Akkarin - za wielokrotne łamanie regulaminu
Z przykrością podpisała
Młoda Alfa Hoki
wtorek, 23 maja 2017
Koniec!
Dobra wilczyska. Podsumujmy.
Wilki aktywne:
- Dena
- Yamis
- Valdo
- Aris
- Midale
- Carey
- Aditi
- Hoki
- Cajsim
Wilki zagrożone:
-...
Wilki nieobecne:
- Aidana
- Akkarin
- Aurelia
- Azrael
- Elenda
- Hriwe
- Leonardo
- Shaitan
Wilki wtrącone do więzienia:
- Saito
Wilki aktywne:
- Dena
- Yamis
- Valdo
- Aris
- Midale
- Carey
- Aditi
- Hoki
- Cajsim
Wilki zagrożone:
-...
Wilki nieobecne:
- Aidana
- Akkarin
- Aurelia
- Azrael
- Elenda
- Hriwe
- Leonardo
- Shaitan
Wilki wtrącone do więzienia:
- Saito
poniedziałek, 22 maja 2017
Od Deny i Yamis'a (typowe pierdzielenie głupot ale co tam)
Wzięła głęboki wdech ciesząc się wspaniałą wonią kwiatów. Mało kiedy była w stanie poczuć taką powalającą siłę. Zbliżał się wieczór i zabawa organizowana w watasze z okazji okrągłej rocznicy jej istnienia. Spojrzała na posłanie gdzie siedział z nosem w książkach jej starszy syn. Wyraźnie dał znać, że nie zamierza brać udziału w imprezie, wolał czytać i pogłębiać swoją wiedzę. Valdo natomiast dawno się ulotnił w tylko jemu znanych sprawach. Nie byli już szczeniakami, dojrzewali ale dla niej zawsze pozostawali tymi małymi kuleczkami. Dena niezbyt ochoczo podchodziła do strojenia się i dlatego z trudem pozwoliła na skromny wianek na jej skroniach.
-Mamo?
-Tak Yamis?
-Wychodzisz za dłuższą chwilę, prawda? Opowiesz coś o swojej rodzinie? Nigdy tego nie wspominałaś- upomniał się Yamis unosząc wzrok znad księgi. Uśmiechnęła się pod nosem siadając obok.
-Wiesz, nie ma o czym mówić. Twoi dziadkowie byli dobrymi wilkami. Mój ojciec często rzucał żartami, ponoć tak zdobył serce twojej babci. Co z tego, że później tym często ją denerwował, czego byłam świadkiem- słysząc to, Yamis parsknął śmiechem a nieczęsto mu to się zdarzało bowiem trzymał emocje na wodzach.
-Miałaś rodzeństwo mamo?
-Starszego brata, był bardzo opiekuńczy- dodała spoglądając na syna. Poklepała go po ramieniu.- Ja już nie będę ci przeszkadzać w nauce. Śpij dobrze.
-Dobrej zabawy mamo.
Wyszła z jaskini spoglądając na dorastającego syna. Gdy zaszła na wskazane wcześniej miejsce, reszta już była, poza szczeniętami ma się rozumieć. Z chwilą rozpoczynającą imprezę, ktoś wrzasnął aby zaczęły się tańce. Wielu z chęcią podchwyciło ten pomysł i zaraz wiele wilków wirowało czy szalało na prowizorycznym parkiecie. Póki na początku był taniec w grupie to jeszcze brała udział ale gdy już pojawiały się same pary, ochoczo zeszła. Zresztą zaraz leciały typowo wolne tańce, dlatego z innymi siedziała na rozmowy śmiejąc się co chwilę. Dopóki nie poczuła jego spojrzenia. Bezbłędnie spojrzała we właściwy kierunek. Jeszcze chwilę patrzyli na siebie zanim nie wstał i nie odszedł. Zastanawia się czy to dobry pomysł pójścia za nim, kiedy nagle młodsza wadera od niej lekko popchnęła ją. Posłała jej zwycięski uśmiech na co Dena wstała przewracając rozbawiona oczyma. Idąc w tamtym kierunku, co chwila spoglądała za sobą jak reszta się bawi. Nie zauważyli niczego. Ich widok znikł jej za krzakami, spojrzała wówczas przed siebie a tam była nieduża polana otoczona drzewami. Zadziwiające, że mało kiedy tu zaglądała, szczególnie, że teraz nadawało to magicznego klimatu. Światło księżyca delikatnie padało na gałęzie i kwiaty, naprawdę miało to swój urok. Westchnęła oczarowana.
-Jednak przyszłaś- odezwał się Midale lekko zaskoczony wychodząc zza drzewa.
-Czasem mi się zdarza- odparła trochę rozbawiona. Usłyszeli kolejny wolny utwór, raptem paręnaście metrów dalej. Spojrzeli na siebie.
-Zatańczysz?- Wyciągnął ku niej łapę jednak ona uciekła wzrokiem zażenowana.
-Dawno nie tańczyłam wolnego, nie pamiętam jak to się robiło- powiedziała zawstydzona. O dziwo, ten się roześmiał i złapawszy ją, pociągnął ją do siebie. Cóż, była w jego ramiona.
-Skoro nawet ja nauczyłem się tańczyć to ty sobie go spokojnie przypomnisz- szepnął jej do ucha. Powoli i ostrożnie stawiali kolejne kroki nie zdeptawszy się.- Widzisz? Panika nie była potrzebna.
-Masz rację.
-Kiedy ostatni raz go tańczyłaś?
-Jeszcze z Theo- mruknęła na co się basior zatrzymał.
-Przepra...
-Wiem, że to przeszłość- przerwała spoglądając na niego.- Dlatego w końcu chce się cieszyć tym co teraz, chwilą.
Uśmiechnął się delikatnie na co w odpowiedzi lekko oparła swoją głowę o jego tors.
Jak komuś chce się dokończyć to śmiało
-Mamo?
-Tak Yamis?
-Wychodzisz za dłuższą chwilę, prawda? Opowiesz coś o swojej rodzinie? Nigdy tego nie wspominałaś- upomniał się Yamis unosząc wzrok znad księgi. Uśmiechnęła się pod nosem siadając obok.
-Wiesz, nie ma o czym mówić. Twoi dziadkowie byli dobrymi wilkami. Mój ojciec często rzucał żartami, ponoć tak zdobył serce twojej babci. Co z tego, że później tym często ją denerwował, czego byłam świadkiem- słysząc to, Yamis parsknął śmiechem a nieczęsto mu to się zdarzało bowiem trzymał emocje na wodzach.
-Miałaś rodzeństwo mamo?
-Starszego brata, był bardzo opiekuńczy- dodała spoglądając na syna. Poklepała go po ramieniu.- Ja już nie będę ci przeszkadzać w nauce. Śpij dobrze.
-Dobrej zabawy mamo.
Wyszła z jaskini spoglądając na dorastającego syna. Gdy zaszła na wskazane wcześniej miejsce, reszta już była, poza szczeniętami ma się rozumieć. Z chwilą rozpoczynającą imprezę, ktoś wrzasnął aby zaczęły się tańce. Wielu z chęcią podchwyciło ten pomysł i zaraz wiele wilków wirowało czy szalało na prowizorycznym parkiecie. Póki na początku był taniec w grupie to jeszcze brała udział ale gdy już pojawiały się same pary, ochoczo zeszła. Zresztą zaraz leciały typowo wolne tańce, dlatego z innymi siedziała na rozmowy śmiejąc się co chwilę. Dopóki nie poczuła jego spojrzenia. Bezbłędnie spojrzała we właściwy kierunek. Jeszcze chwilę patrzyli na siebie zanim nie wstał i nie odszedł. Zastanawia się czy to dobry pomysł pójścia za nim, kiedy nagle młodsza wadera od niej lekko popchnęła ją. Posłała jej zwycięski uśmiech na co Dena wstała przewracając rozbawiona oczyma. Idąc w tamtym kierunku, co chwila spoglądała za sobą jak reszta się bawi. Nie zauważyli niczego. Ich widok znikł jej za krzakami, spojrzała wówczas przed siebie a tam była nieduża polana otoczona drzewami. Zadziwiające, że mało kiedy tu zaglądała, szczególnie, że teraz nadawało to magicznego klimatu. Światło księżyca delikatnie padało na gałęzie i kwiaty, naprawdę miało to swój urok. Westchnęła oczarowana.
-Jednak przyszłaś- odezwał się Midale lekko zaskoczony wychodząc zza drzewa.
-Czasem mi się zdarza- odparła trochę rozbawiona. Usłyszeli kolejny wolny utwór, raptem paręnaście metrów dalej. Spojrzeli na siebie.
-Zatańczysz?- Wyciągnął ku niej łapę jednak ona uciekła wzrokiem zażenowana.
-Dawno nie tańczyłam wolnego, nie pamiętam jak to się robiło- powiedziała zawstydzona. O dziwo, ten się roześmiał i złapawszy ją, pociągnął ją do siebie. Cóż, była w jego ramiona.
-Skoro nawet ja nauczyłem się tańczyć to ty sobie go spokojnie przypomnisz- szepnął jej do ucha. Powoli i ostrożnie stawiali kolejne kroki nie zdeptawszy się.- Widzisz? Panika nie była potrzebna.
-Masz rację.
-Kiedy ostatni raz go tańczyłaś?
-Jeszcze z Theo- mruknęła na co się basior zatrzymał.
-Przepra...
-Wiem, że to przeszłość- przerwała spoglądając na niego.- Dlatego w końcu chce się cieszyć tym co teraz, chwilą.
Uśmiechnął się delikatnie na co w odpowiedzi lekko oparła swoją głowę o jego tors.
Jak komuś chce się dokończyć to śmiało
Od Valdo, Arisa, Midale, Isil i Carey (równoległa rzeczywistość nie dziwić się że każdy jest tu kimś zupełnie innym)
Powoli otworzył oczy, miał wrażenie że zaraz ból mu rozsadzi głowę. Jedyne co go zmotywowało do zwleczenia się z łóżka to palące pragnienie. Wstał chwiejnie i rozejrzał się po pokoju. Wszędzie walały się puszki po piwie, puste butelki wódki i oczywiście zgniecione butelki po coli. Przeniósł spojrzenie na zegarek i z przerażeniem stwierdził że już 7: 20. Pędem pognał do łazienki i ochlapał twarz wodą. Zobaczył swoje odbicie w lustrze, miał ledwie zakrzepniętą długą ranę na twarzy. Spróbował sobie przypomnieć czemu ją zawdzięczał ale alkohol skutecznie wymazał mu większość wspomnień z niedzielnego wieczoru. Wziął szybki prysznic i w biegu zakładając ubranie wybił solidną szklankę kranówy. Zapomniał zawiązać krawatu, który bezwładnie dyndał mu na szyi i krzywo zapiął koszulę ale to nie było ważne, teraz liczyły się tylko kluczyki do samochodu. Znalazł je dosyć szybko, Aris był raczej porządnym człowiekiem i zawsze wszystko odkładał na miejsce. Wypadł z niewielkiej ale na bogato urządzonej kawalerki i ruszył do podziemnego parkingu. Wsiadł do swojego ukochanego Ferrari FF. Spojrzał w lusterko i poprawił krawat i koszulę. Wsadził kluczyki do stacyjki i ruszył. Ryk silnika spowodował nową falę rozdzierającego bólu. Przymkną oczy i zacisną zęby, musiał się zebrać w sobie. Może i jest prezesem ale mimo tego nie powinien się spóźniać. Wreszcie ruszył, po drodze zastanawiał się co go opętało żeby robić u siebie w domu taką zakrapianą imprezę ale nie znalazł żadnego dobrego wytłumaczenia. Zjechał do kolejnego parkingu podziemnego i zaparkował omal nie waląc w jakiś słup. Wygramolił się niezgrabnie z samochodu i ruszył do windy. Wcisną guzik i czekał, miał wrażenie że minęła cała wieczność kiedy metalowe drzwi otworzyły się przed nim. Wszedł do środka i wcisną przycisk z numerem 27. Po kilku minutach dojechał na swoje piętro i ruszył przez wielkie pomieszczenie z wieloma rzędami boksów przy których pracowali ludzie do drzwi z napisem " Biuro prezesa". Pchną lekko drzwi i wkroczył do środka, na biurku leżała sterta papierów. Nie zwracając na nią większej uwagi rzucił się na krzesło. Nie miał zielonego pojęcia co on na tak dokuczliwym kacu tu robił, mógł przecież wziąć jeden dzień urlopu ale nie, oczywiście nie pomyślał o tym. Do pokoju wszedł jakiś mężczyzna, nie był co prawda tak elegancko ubrany jak Aris ale widać było że nie jest zwykłym pracownikiem. Spojrzał na swojego wspólnika i przyjrzał się sznycie na jego twarzy.
- Zaciąłeś się przy goleniu czy co?- wyciągną dłoń na powitanie.
Aris dźwigną się z krzesła i uścisną podaną dłoń.
-Akk, stary, nie wiem.
-Miałeś wczoraj widać niezłą popijawę w domu i pewnie oberwałeś- powiedział pół żartem pół serio.
-Może, ale to teraz nie ważne. Lepiej mi wyjaśnij czego dotyczy ta makulatura- powiedział Aris wskazując na stertę papierów na biurku.
-Tym razem to ja nie wiem, może Car coś wie, to w końcu ona jest za to odpowiedzialna. Zawołam ją.
Akkarin znikną w drzwiach. Po chwili do pomieszczenia weszła atrakcyjna szatynka o błękitnych oczach. Spojrzała uważnie na prezesa i powiedziała z troską w głosie.
-Kiepsko wyglądasz.
-Tak samo się czuję- spojrzał na nią beznamiętnie i wskazał na stos papiurów- wiesz czego one dotyczą?
-Nie wiem- podeszła do niego i spojrzała mu w oczy- ale mogę się dowiedzieć.
Chciał coś odpowiedzieć ale ona pocałowała go delikatnie w policzek, wzięła papiery do ręki i ruszyła do wyjścia. Aris był tym zaskoczony, rzecz jasna pozytywnie, to była jego największa miłość, ale nigdy nie miał śmiałości żeby jej to powiedzieć. A teraz ona zrobiła to co zrobiła. Zapomniał od razu o całym kacu. Carey odwróciła się w drzwiach i puściła mu oczko. Nie czekał, nie miał czasu, i też jako dobry handlowiec nie zamierzał zmarnować okazji. Wybiegł za nią i zastąpił jej drogę.
-Ehh- zaczął lekko zakłopotany, zawsze trochę się wstydził kobiet- masz jakieś plany na wieczór?
Car uśmiechnęła się promiennie.
-Nie mam, a co więcej dam się zaprosić na kolację do jakiegoś uroczego miejsca.
Aris stał wmurowany w podłogę, nie wierzył w to co się właśnie działo. To było zbyt piękne żeby było prawdziwe. Car wyminęła go i ruszyła w swoim kierunku.
W tym samym czasie kilka przecznic dalej swoją kwiaciarnię otwierał niepozorny ogrodnik. Wszedł przez drzwi, podciągną żaluzje wpuszczając do środka promienie słońca i przetoczył wzrokiem po kwiatach. Wciągną powietrze zaciągając się ich zapachem jak dymem papierosowym po czym wszedł za ladę. Bardzo lubił to miejsce, to było jego największe osiągnięcie. Co prawda kiedyś chciał zostać ogrodnikiem, i też się do tego kształcił ale jak zwykle coś mu w życiu nie wyszło i został kwiaciarzem. Chociaż to nie była jedyna rzecz jaka mu w życie nie wyszła. Jego żona zginęła 7 lat temu w katastrofie samolotowej i pozostawiła mu na wychowanie swoich dwóch synów z poprzedniego małżeństwa. Yamis był wtedy nastolatkiem i zniósł to nieco lepiej od swojego młodszego brata, na nim się to strasznie odbiło. Wcześniej był wręcz idealnym dzieckiem, a po tym wydarzeniu zaczął powoli opadać na samo dno żeby wreszcie te sześć lat później dostać kuratora i trafić do zakładu poprawczego za kradzieże i pobicia. Yamis za to był jego zaprzeczeniem, wzorowy uczeń który powoli i wytrwale wdrapywał się na sam szczyt. Midale czół że zawiódł na całej linii, beznadziejnie zastępował im ojca. Z zamyślenia wyrwał go odgłos otwieranych drzwi, do środka wmaszerowała sztywnym krokiem pani kurator. Podeszła do lady i lodowatym głosem wręcz wykrzyczała.
- Dzisiaj pana podopieczny uciekł z zakładu poprawczego.
Midale spojrzał na nią zrezygnowany, naprawdę jej nie znosił. Isil była naprawdę nieprzyjemną kobietą.
-A co ja mam z tym wspólnego?- jękną.
-Jest pan jego opiekunem prawnym.
Dalsza rozmowa bardziej przypominała przesłuchanie na komisariacie. Kuratorka dopytywała się czy on czasem nie wie gdzie Valdo może teraz przebywać i o różne rzeczy tego typu. Ale on nie wiedział. Nie widział go od roku. Wreszcie ta cierpka baba po dwóch godzinach sobie poszła a Midale został sam w kwiaciarni. Wiedział że musi się wybrać do poprawczaka na rozmowę z dyrektorem, nie miał pojęcia po co ale tamtejszy dyr tak sobie wymyślił a on nie bardzo chciał wchodzić z nim w jakieś starcie. Wyszedł zza lady i z żalem zamkną kwiaciarnie. Po upływie pół godziny dojechał na miejsce i dowiedział się ze dyrektor wyszedł na obiad i że nie wiadomo kiedy wróci. Miał ochotę wracać ale wiedział że musi czekać. Usiadł na krześle przed gabinetem i znowu się zamyślił. Tym razem jednak myślał ile klientów może stracić siedząc tutaj. Wyszło mu coś około 10 i wtedy załamał się jeszcze bardziej. Wstał i już miał iść kiedy zobaczył idącą w jego kierunku nauczycielkę, na jej widok lekko się uśmiechną. Znał ją dosyć dobrze, w sumie bywał tu często i miał okazją poznać większość pracowników. Jednak ona był w przeciwieństwie do innych pogodna i miła.
-Dzień dobry pani Cajsim- powiedział kiedy zbliżyła się dostatecznie.
-Witam, zakładam że pan już wie o wszystkim?
-Chyba niestety tak- westchną głęboko- to już trzeci raz w tym miesiącu.
-Czasami zastanawiam się jak on to robi, puki co bije wszystkie rekordy ucieczek.
Rozmowę przerwało nadejście dyrektora. Caj dyskretnie się ulotniła.
-Proszę pana- Oron zaczął powoli -mam serdecznie dosyć tego że ten pański dzieciak co chwilę gdzieś ucieka! Same z nim problemy.
-Wiem.
Dalsza rozmowa była dosyć dziwna, Midale dostał niezłą naganę z ucieczkę Valdo. Zupełnie jakby miał na to jakiś wpływ, no ale cóż, wysłuchał z pokorą i poszedł. Do kwiaciarni wrócił około 17, miał sporo szczęścia. Przed jej wejściem właśnie stał jakiś elegancko ubrany jegomość i po raz kolejny czytał z nudą kartkę głoszącą "zaraz wracam".
-Dobry wieczór- przywitał się z nim.
Aris oderwał wzrok od kartki i się uśmiechną poznając kwiaciarza.
-Już się bałem że pan nie przyjdzie, a kwiaty są mi dziś szczególnie potrzebne.
-A jakie pan by chciał?- zapytał otwierają z znowu drzwi kwiaciarni.
Klient zamyślił się na chwilę.
-Chyba bym poprosił o jakiś wielki bukiet czerwonych róż...
-Oczywiście.
Wczoraj
, 19:39
, 19:39
Midale od razu zabrał się do pracy, co by
o nim nie mówić umiał dobierać i komponować ze sobą kwiaty. wzią15 róż,
dodał do nich trochę gipsówki i jakiegoś zielska którego nazwy nie
pamiętał i zrobił z nich cudo.
Wziął za nie całkiem niezłą zapłatę i znowu zamkną kwiaciarnię. Do domu postanowił wrócić piechotą.
Tym czasem Aris wsiadł do swojego Ferrari i ruszył na umówioną kolację. Był szczęśliwy jak nigdy, wręcz rozkojarzony do tego stopnia że wysiadając z samochodu zostawił kluczyki w stacyjce i omal nie zapomniał bukietu po czym ruszył na najpiękniejszy wieczór swojego życia. Nawet nie zauważył jak ktoś uważnie obserwuje wszystkie jego ruchy po czym ostrożnie wsiada do jego samochodu i nim odjerzdża.
Valdo był bardzo podekscytowany swoim dokonaniem, co prawda nie pierwszy raz kradł samochód ale zawsze były to jakieś stare żęchy a tutaj nagle takie cudko i to jeszcze z kluczykami w stacyjce! Oczywiście niewiele sobie robił z tego że ledwie nad nim panował.
Midale szedł słabo oświetloną ulicą gdy nagle usłyszał za sobą ryk silnika. Odwrócił się i zobaczył snop światła, kierowca sportowego samochodu nie zdążył wychamować, zderzenie było na tyle mocne że właściwie przerwało ogrodnikowi kręgosłup. Valdo zaklą wściekle kiedy zobaczył jak potrąca jakiegoś przechodnia. Odwrócił się żeby spojrzeć na niego, nigdy nie powinien tego robić. Ferrari rozpędzone do 100km/h uderzyło w solidny słup na ogłoszenia.
Tak wiem że to było nieco dziwne, proszę mnie za to nie zabijać.
Wziął za nie całkiem niezłą zapłatę i znowu zamkną kwiaciarnię. Do domu postanowił wrócić piechotą.
Tym czasem Aris wsiadł do swojego Ferrari i ruszył na umówioną kolację. Był szczęśliwy jak nigdy, wręcz rozkojarzony do tego stopnia że wysiadając z samochodu zostawił kluczyki w stacyjce i omal nie zapomniał bukietu po czym ruszył na najpiękniejszy wieczór swojego życia. Nawet nie zauważył jak ktoś uważnie obserwuje wszystkie jego ruchy po czym ostrożnie wsiada do jego samochodu i nim odjerzdża.
Valdo był bardzo podekscytowany swoim dokonaniem, co prawda nie pierwszy raz kradł samochód ale zawsze były to jakieś stare żęchy a tutaj nagle takie cudko i to jeszcze z kluczykami w stacyjce! Oczywiście niewiele sobie robił z tego że ledwie nad nim panował.
Midale szedł słabo oświetloną ulicą gdy nagle usłyszał za sobą ryk silnika. Odwrócił się i zobaczył snop światła, kierowca sportowego samochodu nie zdążył wychamować, zderzenie było na tyle mocne że właściwie przerwało ogrodnikowi kręgosłup. Valdo zaklą wściekle kiedy zobaczył jak potrąca jakiegoś przechodnia. Odwrócił się żeby spojrzeć na niego, nigdy nie powinien tego robić. Ferrari rozpędzone do 100km/h uderzyło w solidny słup na ogłoszenia.
Tak wiem że to było nieco dziwne, proszę mnie za to nie zabijać.
niedziela, 21 maja 2017
Od Aditi CD Hoki i reszty młodych waderek
Hoki była cała brudna od błota,doskwierał nam straszny głód,kompletnie zgubiłyśmy drogę i w dodatku zaczynało padać,a z oddali było słychać groźne odgłosy grzmienia.A w planach miałyśmy spacerek w słońcu i słuchanie śpiewu ptaków. No cóż...nigdy nie jest do końca tak jak sobie zaplanujemy.
-Co teraz zrobimy?-zapytała łamiącym się głosem Elenda.
-Trzeba znaleźć schronienie. Musimy przetrwać jakoś tą burzę.-rzekła Hoki,nie słyszałam jej jednak zbyt dobrze bo słowa zagłuszał wiatr.
-Co mówisz?
-Znajdźmy schronienie.
-Racja. Jakby to powiedziała moja mama:Bądźmy dobrej myśli.-uśmiechnęłam się.
-Łatwo powiedzieć,trudniej zrobić.-wtrąciła się Aidana.
-To fakt,ale trzeba mieć nadzieję.Szybko,wiatr się wzmaga.- Po słowach Hoki ruszyłyśmy w gęstwinę drzew szukając dużej nory,próżnego drzewa lub jaskini. Trudno było cokolwiek znaleźć. Deszcz rozpadał się na dobre. Krople deszczu bębniły w liście starych dębów i platanów. Wiatr świszczał i zawodził,targał drzewa i krzaki silnymi porywami. Biegłyśmy szybko przez puszczę nie zważając na kaprysy pogody.Nagle Niebo pokryte granatowymi chmurami rozdarła oślepiająco jasna błyskawica i usłyszałyśmy głośny trzask.Gdzieś niedaleko nas trafił piorun.Gnane strachem przed nieokiełznanymi siłami natury pobiegłyśmy jeszcze szybciej.
Po długiej wędrówce przez deszcze, wichry i błyskawice dotarłyśmy do wodospadu życia,a przynajmniej tak nam się wydawało.Bez długiego namysłu podeszłyśmy do wodospadu i przechodząc przez tarcze wody skryłyśmy się w skalnej jaskini. Po dokładnym otrzepaniu się z wody i doprowadzenia do porządku futerka wzięłam się za rozpalanie ogniska.Przy tej czynności pomogła mi Hoki. Elenda i Aid otrzepywały się jeszcze z wody po czym zaczęła biadolić nad naszym losem:
-Mamy strasznego pecha.-zagaiła Aidana.
-Żebyś wiedziała.Ten piorun...on był przerażający!-odpowiedziała El z przerażeniem w głosie.
-A ten wiatr? Wiało tak od kilku dni to ten wiatr ściągnął na nas burzę.
-Zgadzam się z tobą.
-Wiedziałam że ten wiatr nie wróży dobrze,ale nie myślałam że będzie aż tak żle.
-Ej dziewczyny,przestańcie narzekać.Znalazłyśmy schronienie, to już coś.-powiedziała Hoki.
-Tak i deszcze zmył z ciebie całe błoto. Wreszcie przestałaś śmierdzieć,już myślałam że nie wytrzymam.-zażartowałam. Hoki rzuciła mi piorunujące spojrzenie i powiedziała:
-Ty też przestałaś śmierdzieć. Modliłam się o ten deszcz od wyjścia z domu. Smród był nie do zniesienia.-Hoki uśmiechnęła się złośliwie,a ja uderzyłam ją lekko z łokcia w bok.Za chwilę wszystkie śmiałyśmy się serdecznie.
Ogień wkrótce udało nam się rozpalić,a Aid i Hoki skoczyły po trochę drewna. Z początku nie chciało się palić z powodu wilgoci,ale po chwili zalśniły jasnym płomieniem.W jaskini wreszcie zrobiło się ciepło i każda rozgrzała się nie co,lecz nadal pozostawał problem z jedzeniem. Burza nie ustępowała,a my nie miałyśmy co jeść. Wyszłam więc ,choć nie chętnie,na deszcz i poszukałam mięty i rozmarynu.Znalazłam także jakieś ziemniako-podobne warzywa,które nawet pachniały dobrze. Hoki uznała że nie są trujące. Z rozmarynu i ziemniaków zrobiłyśmy zupę,a mięty - herbatę.
Smakowało dobrze,ale trochę skromnie. Po posiłku deszcz nadal nie ustawał. Pogadałyśmy jeszcze trochę siedząc przy ogniu,a potem poszłyśmy spać.Byłyśmy okropnie zmęczone. Zastanawiałam się co robi moja mama i czy się o nas martwi. Pewnie tak.Chciałabym jej powiedzieć że wszystko w porządku.Ciekawe co teraz się dzieje z mamą? Kiedyś jej o tym wszystkim opowiem i będziemy się razem z tego śmiały. Nigdy nie zapomnę tego dnia,ciekawe co stanie się jutro...?
<Hoki? Twoja kolej. ;)>
-Co teraz zrobimy?-zapytała łamiącym się głosem Elenda.
-Trzeba znaleźć schronienie. Musimy przetrwać jakoś tą burzę.-rzekła Hoki,nie słyszałam jej jednak zbyt dobrze bo słowa zagłuszał wiatr.
-Co mówisz?
-Znajdźmy schronienie.
-Racja. Jakby to powiedziała moja mama:Bądźmy dobrej myśli.-uśmiechnęłam się.
-Łatwo powiedzieć,trudniej zrobić.-wtrąciła się Aidana.
-To fakt,ale trzeba mieć nadzieję.Szybko,wiatr się wzmaga.- Po słowach Hoki ruszyłyśmy w gęstwinę drzew szukając dużej nory,próżnego drzewa lub jaskini. Trudno było cokolwiek znaleźć. Deszcz rozpadał się na dobre. Krople deszczu bębniły w liście starych dębów i platanów. Wiatr świszczał i zawodził,targał drzewa i krzaki silnymi porywami. Biegłyśmy szybko przez puszczę nie zważając na kaprysy pogody.Nagle Niebo pokryte granatowymi chmurami rozdarła oślepiająco jasna błyskawica i usłyszałyśmy głośny trzask.Gdzieś niedaleko nas trafił piorun.Gnane strachem przed nieokiełznanymi siłami natury pobiegłyśmy jeszcze szybciej.
Po długiej wędrówce przez deszcze, wichry i błyskawice dotarłyśmy do wodospadu życia,a przynajmniej tak nam się wydawało.Bez długiego namysłu podeszłyśmy do wodospadu i przechodząc przez tarcze wody skryłyśmy się w skalnej jaskini. Po dokładnym otrzepaniu się z wody i doprowadzenia do porządku futerka wzięłam się za rozpalanie ogniska.Przy tej czynności pomogła mi Hoki. Elenda i Aid otrzepywały się jeszcze z wody po czym zaczęła biadolić nad naszym losem:
-Mamy strasznego pecha.-zagaiła Aidana.
-Żebyś wiedziała.Ten piorun...on był przerażający!-odpowiedziała El z przerażeniem w głosie.
-A ten wiatr? Wiało tak od kilku dni to ten wiatr ściągnął na nas burzę.
-Zgadzam się z tobą.
-Wiedziałam że ten wiatr nie wróży dobrze,ale nie myślałam że będzie aż tak żle.
-Ej dziewczyny,przestańcie narzekać.Znalazłyśmy schronienie, to już coś.-powiedziała Hoki.
-Tak i deszcze zmył z ciebie całe błoto. Wreszcie przestałaś śmierdzieć,już myślałam że nie wytrzymam.-zażartowałam. Hoki rzuciła mi piorunujące spojrzenie i powiedziała:
-Ty też przestałaś śmierdzieć. Modliłam się o ten deszcz od wyjścia z domu. Smród był nie do zniesienia.-Hoki uśmiechnęła się złośliwie,a ja uderzyłam ją lekko z łokcia w bok.Za chwilę wszystkie śmiałyśmy się serdecznie.
Ogień wkrótce udało nam się rozpalić,a Aid i Hoki skoczyły po trochę drewna. Z początku nie chciało się palić z powodu wilgoci,ale po chwili zalśniły jasnym płomieniem.W jaskini wreszcie zrobiło się ciepło i każda rozgrzała się nie co,lecz nadal pozostawał problem z jedzeniem. Burza nie ustępowała,a my nie miałyśmy co jeść. Wyszłam więc ,choć nie chętnie,na deszcz i poszukałam mięty i rozmarynu.Znalazłam także jakieś ziemniako-podobne warzywa,które nawet pachniały dobrze. Hoki uznała że nie są trujące. Z rozmarynu i ziemniaków zrobiłyśmy zupę,a mięty - herbatę.
Smakowało dobrze,ale trochę skromnie. Po posiłku deszcz nadal nie ustawał. Pogadałyśmy jeszcze trochę siedząc przy ogniu,a potem poszłyśmy spać.Byłyśmy okropnie zmęczone. Zastanawiałam się co robi moja mama i czy się o nas martwi. Pewnie tak.Chciałabym jej powiedzieć że wszystko w porządku.Ciekawe co teraz się dzieje z mamą? Kiedyś jej o tym wszystkim opowiem i będziemy się razem z tego śmiały. Nigdy nie zapomnę tego dnia,ciekawe co stanie się jutro...?
<Hoki? Twoja kolej. ;)>
sobota, 20 maja 2017
Od Hoki CD Wszystkich młodych wader
Spacer był przepiękny! Ciepłe promienie słońca przeniosły przez gęste korony drzew. W powietrzu unosił się cudowny zapach kwitnących kwiatów. Wszędzie dookoła las budził się do życia. Co chwilę jakiś ptak rozpoczynał swoją arię i nagle milkł wtedy odpowiadał mu kolejny jakby chcąc zakończyć opowieść pierwszego. Przez ten nieustanny trel w lesie zrobiło się naprawdę gwarno. Poza naszymi opieżonymi przyjaciółmi wszędzie roiło się od kwiatów, drzew, trawy, saren, jeleni, dzików, królików i zajęcy. Czasem po pniu zbierała ruda wiewiórka. Szłyśmy raźno przed siebie nie przejmując się kąpletnie niczym. Nagle wpadłam w bagno. Rzuciłam się w przód Ale ono trzymało mocno. Wciągało mnie powoli i nieubłaganie. Pisnęłam z przerażenia. moje towarzyszki spojrzały na mnie i od razu podjęły akcję ratunkową. Po długich staraniach w końcu udało się nam wydostać mnie z tej cuchnącej brei. Byłam wystraszona, mokra, brudna i wyczerpana. Nie wspominając o głodzie jaki wszystkie odczuwałyśmy.
- Myślę, że powinniśmy wracać - zaproponowałam
- Zgadzam się z tobą - odparła Elenda
- Tylko, że jest mały problem... - wtrąciła się Aditi - nie mam pojęcia gdzie jesteśmy
No super. Zgubiłyśmy się. Nagle coś mokrego i ciężkiego spadło mi na nos. Deszcz. Nie, nie, jednak burza. Ups...
< Wybaczcie, że tak długo >
- Myślę, że powinniśmy wracać - zaproponowałam
- Zgadzam się z tobą - odparła Elenda
- Tylko, że jest mały problem... - wtrąciła się Aditi - nie mam pojęcia gdzie jesteśmy
No super. Zgubiłyśmy się. Nagle coś mokrego i ciężkiego spadło mi na nos. Deszcz. Nie, nie, jednak burza. Ups...
< Wybaczcie, że tak długo >
czwartek, 18 maja 2017
Ogłoszenia!
Drogie wilki!
Jako, że nieco tu deda ogłaszam ewent. A raczej obowiązek, KAŻDY Z WILKÓW musi napisać opowiadanie do PONIEDZIAŁKU! Dokładniej do godziny 22. Jeśli dany wilk tego nie zrobi zostanie umieszczony w wilkach zagrożonych. Oczywiście nie tyczy się to osób nieobecnych. Pamiętajcie, że nie powinno się zgłaszać nieobecności tylko dla tego, że brakuje wam weny. Na chwilę obecną macie tu listę, którą warto przejrzeć.
Wilki zagrożone:
- Saito (ostatnia szansa!)
- Isil
- Midale Rafe
Wilki z koniecznością napisania:
- Aditi
- Aris
- Carey
- Dena
- Elios
- Hoki
- Valdo
- Yamis
Wilki nieobecne:
- Aidana
- Akkarin
- Aurelia
- Azrael
- Elenda
- Hrívë
- Lenardo
- Shaitan
A teraz przyjemniejsza część. Wszyscy głosowali jaką chcą muzykę. I jak mogliście zobaczyć zdecydowanie wygrała muzyka filmowa. Proszę każdego wilka o podesłanie mi utworów lub paru utworów trwających ŁĄCZNIE nie więcej niż 7 minut!
Dziękuję za uwagę i miłego dnia!
Alfa Hoki
Jako, że nieco tu deda ogłaszam ewent. A raczej obowiązek, KAŻDY Z WILKÓW musi napisać opowiadanie do PONIEDZIAŁKU! Dokładniej do godziny 22. Jeśli dany wilk tego nie zrobi zostanie umieszczony w wilkach zagrożonych. Oczywiście nie tyczy się to osób nieobecnych. Pamiętajcie, że nie powinno się zgłaszać nieobecności tylko dla tego, że brakuje wam weny. Na chwilę obecną macie tu listę, którą warto przejrzeć.
Wilki zagrożone:
- Saito (ostatnia szansa!)
- Isil
- Midale Rafe
Wilki z koniecznością napisania:
- Aditi
- Aris
- Carey
- Dena
- Elios
- Hoki
- Valdo
- Yamis
Wilki nieobecne:
- Aidana
- Akkarin
- Aurelia
- Azrael
- Elenda
- Hrívë
- Lenardo
- Shaitan
A teraz przyjemniejsza część. Wszyscy głosowali jaką chcą muzykę. I jak mogliście zobaczyć zdecydowanie wygrała muzyka filmowa. Proszę każdego wilka o podesłanie mi utworów lub paru utworów trwających ŁĄCZNIE nie więcej niż 7 minut!
Dziękuję za uwagę i miłego dnia!
Alfa Hoki
poniedziałek, 15 maja 2017
Od Cajsim CD Carey, Dena,Midale
Po ścianach jaskini odbiło się echo bezradnego płaczu. Nigdy nie widziałam Carey w takim stanie. Carey zawsze była silna, jak widać zbyt długo i coś ją przerosło. Bez dłuższego zastanowienia pobiegłam w jej kierunku.
-Car,co ci jest?-zapytałam serdecznym i ciepłym głosem.Długo się nie odzywała i próbowała jakby opanować płacz. Powiedziała jednak tylko tyle:
-Midale...Akkarin...wszyscy są tacy beznadziejni...-wyrzekła te słowa przez płacz,a potem znowu z jej twarzy pociekły łzy.
-Hej? Co ma do tego Akkarin?-zaskoczyło mnie to. Co Midale miał wspólnego z Akkarinem?
-On cię zostawił...
-To nie tak,on...
-Zostawił cię i tyle,poszedł w długą i zostawił cię na pastwę losu...
-On musiał odejść,to nie tak jak myślisz...
-Przestań to sobie wmawiać! Tylko się zaślepiasz,wszyscy faceci są beznadziejni.
-Co masz na myśli? Co takiego się stało?-sprawa była dosyć zagadkowa. Podejrzewałam że , Midale i Carey byli kiedyś parą,a potem coś musiało się stać...tylko czemu akurat TERAZ Carey się tym martwi? Wydaje mi się że to się stało dawno....
Carey nic nie odpowiedziała na moje rozmyślania,stwierdziłam więc,że nie ma sensu jej naciskać,jak będzie chciała to powie.Biedna Caruś...chciałam coś dla niej zrobić,ale mogłam jedynie ją pocieszać...
-Caruś,nie martw się...wszystko będzie dobrze...
-Nie...nie będzie dobrze, nic nie będzie dobrze puki ON tu jest...
-Razem coś wymyślimy,jestem pewna.Wiem że Midale...
-Nie wypowiadaj JEGO imienia!- przerwała mi Car wściekłym głosem.
Nie odzywałam się.Nie było sensu nic mówić.Carey musiała sama się uspokoić. Uśmiechnęłam się tylko do niej serdecznie i dałam znak żeby usiadła bliżej ognia. Posłuchała mnie,a ja dołożyłam kilka gałęzi do paleniska.Czerwone iskry skoczyły spod rozrzażonych drew pod sklepienie jaskini.Ogień przyjemnie grzał, a płomienie oświetlały ściany mojej jaskini.Podałam Carey gorący ziołowy napar,z początku ze wstrętem spojrzała na parujący kubek,jednak po chwili przekonała się i razem popijałyśmy herbatę z ziół.
Wkrótce Carey trochę się uspokoiła i przestała płakać. Zdobyła się nawet na lekki uśmiech.Wskazując na nocne niebo powiedziałam:
-Piękny jest dzisiaj księżyc prawda?
-Tak,zdaje się że dzisiaj pełnia...
-Chyba tak.
Przez dłuższy czas wpatrywałyśmy się w srebrną tarczę.W jaskini słychać było jedynie trzask ogniska i odległe pohukiwania sowy.Nagle Car odezwała się:
-Życie to wieczny labirynt, nigdy nie wiesz na co trafisz.
-Ta ,coś w tym jest.
-Czuję się zdecydowanie lepiej.
-Bardzo mnie to cieszy.
-Ale nadal pewna sprawa nie daje mi spokoju...
-Mów.
-No bo...ten...Midale i ja byliśmy kiedyś razem i naprawdę myślałam, że on mnie kocha i ja go kocham,ale przyszedł taki dzień...-przy tych słowach Carey posmutniała,jednak po chwili kontynuowała swoją opowieść-przyszedł taki dzień...było rano,a go ja nie znalazłam go przy mnie,znalazłam tylko list:" Wybacz mi Caruś, ale nie możemy się już dłużej oszukiwać że kiedyś będziemy razem szczęśliwi. Odchodzę, nie szukaj mnie. Ułóż sobie życie z kimś innym i postaraj się zapomnieć że kiedyś mnie znałaś." Tak ,dokładnie tak to brzmiało,pamiętam doskonale ten dzień. Czułam się wtedy okropnie,byłam smutna i wściekła na niego...a teraz po latach kiedy go spotkałam zwrócił się do mnie: "Caruś" tak jakby nic się nie stało,jakbyśmy byli zawsze razem...
-Przykro mi. Naprawdę,bardzo mi przykro.Nie wiedziałam o tym.
-Jak on mógł? Jak mógł mi to zrobić?
-Nie mam pojęcia.Zachował się podle.
-Masz rację Cajsim.Bardzo podle...
-Ale nie myśl już o tym. Nie zamartwiaj się...
-Łatwo ci mówić!-zdenerwowała się Carey,jednak po chwili powiedziała- Przepraszam...dziś mam bardzo stresujący dzień...wiem,że chcesz pomóc.
-Rozumiem, nie masz za co przpraszać.
-W sumie ty też masz ciężkie życie:Najpierw śmierć Yo,potem odejście Akkarina...
-Tak...każdy ma ciężko...ale wierzę,że on naprawdę wróci.On zawsze do mnie wraca.-mówiąc to uśmiechnęłam się lekko.
-Ta...do mnie też wraca...-powiedziała Car z ironicznym uśmieszkiem. Przez dłuższą chwilę panowało milczenie,jednak Car je przerwała:
-A ty...
-Tak?
-Ty...nadal chcesz zabić Midale?
-Wiesz...chyba jednak go oszczędzę. Niektóre wydarzenia dały mi trochę do myślenia i myślę że dam mu jeszcze jedną szansę...
-To dobrze.-Carey pokiwała głową ze zrozumieniem.
-No cóż...późno się zrobiło.Chodźmy spać,jutro poczujemy się lepiej.
-Cajsim?
-Tak?
-Mogę zostać u ciebie na noc? Jest tak późno, a ja nie chcę wracać do pustej i zimnej jaskini.
-Oczywiście.Tu masz wolne legowisko.Blisko ognia więc powinno być ciepło.-powiedziałam wskazując na pled leżący obok ogniska. Szybko się położyłyśmy. Rozmyślałam jeszcze chwilę o tym co się stało wpatrując się w srebrną tarczę księżyca,potem jednak szybko zmorzył mnie sen.
<Carey? Dena? Midale? Kto teraz? Przepraszam,że tyle musieliście czekać,nie miałam pomysłu.Mam nadzieję że wam się podoba.:)>
-Car,co ci jest?-zapytałam serdecznym i ciepłym głosem.Długo się nie odzywała i próbowała jakby opanować płacz. Powiedziała jednak tylko tyle:
-Midale...Akkarin...wszyscy są tacy beznadziejni...-wyrzekła te słowa przez płacz,a potem znowu z jej twarzy pociekły łzy.
-Hej? Co ma do tego Akkarin?-zaskoczyło mnie to. Co Midale miał wspólnego z Akkarinem?
-On cię zostawił...
-To nie tak,on...
-Zostawił cię i tyle,poszedł w długą i zostawił cię na pastwę losu...
-On musiał odejść,to nie tak jak myślisz...
-Przestań to sobie wmawiać! Tylko się zaślepiasz,wszyscy faceci są beznadziejni.
-Co masz na myśli? Co takiego się stało?-sprawa była dosyć zagadkowa. Podejrzewałam że , Midale i Carey byli kiedyś parą,a potem coś musiało się stać...tylko czemu akurat TERAZ Carey się tym martwi? Wydaje mi się że to się stało dawno....
Carey nic nie odpowiedziała na moje rozmyślania,stwierdziłam więc,że nie ma sensu jej naciskać,jak będzie chciała to powie.Biedna Caruś...chciałam coś dla niej zrobić,ale mogłam jedynie ją pocieszać...
-Caruś,nie martw się...wszystko będzie dobrze...
-Nie...nie będzie dobrze, nic nie będzie dobrze puki ON tu jest...
-Razem coś wymyślimy,jestem pewna.Wiem że Midale...
-Nie wypowiadaj JEGO imienia!- przerwała mi Car wściekłym głosem.
Nie odzywałam się.Nie było sensu nic mówić.Carey musiała sama się uspokoić. Uśmiechnęłam się tylko do niej serdecznie i dałam znak żeby usiadła bliżej ognia. Posłuchała mnie,a ja dołożyłam kilka gałęzi do paleniska.Czerwone iskry skoczyły spod rozrzażonych drew pod sklepienie jaskini.Ogień przyjemnie grzał, a płomienie oświetlały ściany mojej jaskini.Podałam Carey gorący ziołowy napar,z początku ze wstrętem spojrzała na parujący kubek,jednak po chwili przekonała się i razem popijałyśmy herbatę z ziół.
Wkrótce Carey trochę się uspokoiła i przestała płakać. Zdobyła się nawet na lekki uśmiech.Wskazując na nocne niebo powiedziałam:
-Piękny jest dzisiaj księżyc prawda?
-Tak,zdaje się że dzisiaj pełnia...
-Chyba tak.
Przez dłuższy czas wpatrywałyśmy się w srebrną tarczę.W jaskini słychać było jedynie trzask ogniska i odległe pohukiwania sowy.Nagle Car odezwała się:
-Życie to wieczny labirynt, nigdy nie wiesz na co trafisz.
-Ta ,coś w tym jest.
-Czuję się zdecydowanie lepiej.
-Bardzo mnie to cieszy.
-Ale nadal pewna sprawa nie daje mi spokoju...
-Mów.
-No bo...ten...Midale i ja byliśmy kiedyś razem i naprawdę myślałam, że on mnie kocha i ja go kocham,ale przyszedł taki dzień...-przy tych słowach Carey posmutniała,jednak po chwili kontynuowała swoją opowieść-przyszedł taki dzień...było rano,a go ja nie znalazłam go przy mnie,znalazłam tylko list:" Wybacz mi Caruś, ale nie możemy się już dłużej oszukiwać że kiedyś będziemy razem szczęśliwi. Odchodzę, nie szukaj mnie. Ułóż sobie życie z kimś innym i postaraj się zapomnieć że kiedyś mnie znałaś." Tak ,dokładnie tak to brzmiało,pamiętam doskonale ten dzień. Czułam się wtedy okropnie,byłam smutna i wściekła na niego...a teraz po latach kiedy go spotkałam zwrócił się do mnie: "Caruś" tak jakby nic się nie stało,jakbyśmy byli zawsze razem...
-Przykro mi. Naprawdę,bardzo mi przykro.Nie wiedziałam o tym.
-Jak on mógł? Jak mógł mi to zrobić?
-Nie mam pojęcia.Zachował się podle.
-Masz rację Cajsim.Bardzo podle...
-Ale nie myśl już o tym. Nie zamartwiaj się...
-Łatwo ci mówić!-zdenerwowała się Carey,jednak po chwili powiedziała- Przepraszam...dziś mam bardzo stresujący dzień...wiem,że chcesz pomóc.
-Rozumiem, nie masz za co przpraszać.
-W sumie ty też masz ciężkie życie:Najpierw śmierć Yo,potem odejście Akkarina...
-Tak...każdy ma ciężko...ale wierzę,że on naprawdę wróci.On zawsze do mnie wraca.-mówiąc to uśmiechnęłam się lekko.
-Ta...do mnie też wraca...-powiedziała Car z ironicznym uśmieszkiem. Przez dłuższą chwilę panowało milczenie,jednak Car je przerwała:
-A ty...
-Tak?
-Ty...nadal chcesz zabić Midale?
-Wiesz...chyba jednak go oszczędzę. Niektóre wydarzenia dały mi trochę do myślenia i myślę że dam mu jeszcze jedną szansę...
-To dobrze.-Carey pokiwała głową ze zrozumieniem.
-No cóż...późno się zrobiło.Chodźmy spać,jutro poczujemy się lepiej.
-Cajsim?
-Tak?
-Mogę zostać u ciebie na noc? Jest tak późno, a ja nie chcę wracać do pustej i zimnej jaskini.
-Oczywiście.Tu masz wolne legowisko.Blisko ognia więc powinno być ciepło.-powiedziałam wskazując na pled leżący obok ogniska. Szybko się położyłyśmy. Rozmyślałam jeszcze chwilę o tym co się stało wpatrując się w srebrną tarczę księżyca,potem jednak szybko zmorzył mnie sen.
<Carey? Dena? Midale? Kto teraz? Przepraszam,że tyle musieliście czekać,nie miałam pomysłu.Mam nadzieję że wam się podoba.:)>
sobota, 13 maja 2017
Od Arisa i Valdo do Yamisa
Wybuchłem śmiechem, ta sytuacja była naprawdę dla mnie zabawna. Byłem strażnikiem więziennym za kratami, a w dotaku była to cela po Midale. Życie lubiło sobie ze mnie żartować. Jednak najbardziej mnie bawiło podejście Caj, była łatwowierna, z łatwością mogłem jej wmówić że chcę tutaj rządzić a ona mi wierzyła. To było naprawdę zabawne. Jedyną rzeczą na której mi tak naprawdę zależało to zabić Midale. Jednak jeszcze mi się to niestety nie udało. Nienawidziłem go z całego serca, zniszczył mi moją pozycję. Kiedyś to ja byłem tym którego Pagdumot szanował najbardziej, zależało mu na mnie do tego stopnia że pozwolił mi nie składać przysięgi byle bym tylko się przyłączył. A potem nagle zjawia się on, młody, zdolny, i pełny nienawiści i niszczy mi wszystko, po czym uznaje że źle zrobił i zdradza. Spojrzałem w stronę wyjścia z celi.
-Kiedyś cię dopadnę, a wtedy nawet Dena ci nie pomoże- warknąłem wściekle.
Tak, ale najpierw muszę się jakoś stąd wydostać. Gdyby nie te bariery było by to bardzo łatwe. Jednak były one dosyć silne, jedyny sposób w jaki można je było złamać to zwarcie, tylko w jaki sposób mam niby je osiągnąć?
Usłyszałem czyjeś ciche kroki, szedł w moją stronę. Podszedłem do krat i zobaczyłem jak z pomiędzy nich wyłania się szczeniak Deny. Miał spore nietoperze skrzydła i był fioletowo-biały, zauważyłem też niewielkie rogi. Podszedł do mojej celi i się zatrzymał. Przez chwilę patrzył na mnie lodowatym wzrokiem, po czym usiadł i wreszcie się odezwał.
- Kim jesteś?
-Kimś na pewno- uśmiechnąłem się lekko- a co ty tu robisz?
-Nie odpowiedziałeś na moje pytanie- powiedział surowo dziecinnym głosem.
-Ty też mi nie odpowiedziałeś więc jesteśmy kwita.
-Kim jesteś?- znowu zapytał- widziałem cię już, ale nie wiem kim jesteś.
Spojrzałem na niego dziwnie, po co on przylazł do więzienia pytać o tak nudne rzeczy przecież mógł zapytać pierwszego lepszego wilka o więźniów.
-Jestem jedynym więźniem osadzonym tutaj słusznie- odpowiedziałem po chwili.
-Jak masz na imię?- zapytał.
-Jak długo będziesz mnie zasypywać pytaniami?- warknąłem zniecierpliwiony.
-Aż mi się nie znudzi- odparł bez zastanowienia.
-Nie masz nic do roboty dzieciaku? Idź się pobawić.
-Nie lubię.
Przyjrzałem mu się dokładniej, był dziwny, inny niż wszystkie szczeniaki tej watahy.
-Co z tobą nie tak?- zapytałem półgłosem
-Nie wiem, ale podoba mi się to- powiedział z wręcz chorym uśmiechem.
-Czego ty ode mnie chcesz-westchnąłem.
-Chcę wiedzieć kim jesteś.
-Aris- odparłem krótko.
Młody się znowu uśmiechną, tym razem jednak radośnie.
-Wiedziałem!!!
-To po co pytałeś?
-Chciałem się upewnić.
-To pójdziesz już sobie?-zapytałem z nadzieją w głosie
-Nie.
Spojrzałem na niego wściekle. Ten dzieciak dział mi na nerwy coraz bardziej. Miałem tyle ważnych rzeczy do obmyślenia. Zemsta na Midale, a przede wszystkim musiałem się wydostać zza krat i kilku mocnych barier. Kraty co prawda nie stanowiły dla mnie żadnego problemu ale bariery owszem. Jedyne co mogło mnie zza nich uwolnić to bardzo mocne zwarcie umysłów albo takie zwyczajne za pomocą elektryczności. Spojrzałem na szczeniaka i wtedy coś mnie uderzyło.
***
Stałem i w milczeniu patrzyłem na Arisa. Ten był wyraźnie na czymś skupiony. W pewnym momencie spojrzał na mnie dziwnie i powiedział.
-Podejdziesz trochę bliżej?- zapytał.
Poczułem jak pod moimi łapami przebiegło coś, jakby delikatne wyładowanie elektryczne. Pomimo tego zrobiłem to o co mnie prosił. Wtedy stało się coś niesamowitego. Suchy trzask był cichy, po nim nastąpiło coś czego nie umiem opisać. To było jak wielka fala energii która cisnęła mną i nim o ścianę. Szybko się zerwałem i zobaczyłem jak on powoli wstaje i zamienia kraty w szkło po czym je po prostu stłukł wbiegając na nie. Kawałki szkła powbijały się w jego skrzydła. Wzbił się w powietrze i ruszył w kierunku jedynego źródła światła w tym lochu. W kierunku świetlika w suficie i wyleciał przez niego. Usłyszałem w swoim umyśle jeszcze jego głos.
-Dziękuję młody, kiedyś się odwdzięczę.
Nie wiem czemu ale poczułem nagły przypływ podziwu dla Arisa.
Wtedy do więzienia wpadł Midale z moim bratem.
Yamis?
-Kiedyś cię dopadnę, a wtedy nawet Dena ci nie pomoże- warknąłem wściekle.
Tak, ale najpierw muszę się jakoś stąd wydostać. Gdyby nie te bariery było by to bardzo łatwe. Jednak były one dosyć silne, jedyny sposób w jaki można je było złamać to zwarcie, tylko w jaki sposób mam niby je osiągnąć?
Usłyszałem czyjeś ciche kroki, szedł w moją stronę. Podszedłem do krat i zobaczyłem jak z pomiędzy nich wyłania się szczeniak Deny. Miał spore nietoperze skrzydła i był fioletowo-biały, zauważyłem też niewielkie rogi. Podszedł do mojej celi i się zatrzymał. Przez chwilę patrzył na mnie lodowatym wzrokiem, po czym usiadł i wreszcie się odezwał.
- Kim jesteś?
-Kimś na pewno- uśmiechnąłem się lekko- a co ty tu robisz?
-Nie odpowiedziałeś na moje pytanie- powiedział surowo dziecinnym głosem.
-Ty też mi nie odpowiedziałeś więc jesteśmy kwita.
-Kim jesteś?- znowu zapytał- widziałem cię już, ale nie wiem kim jesteś.
Spojrzałem na niego dziwnie, po co on przylazł do więzienia pytać o tak nudne rzeczy przecież mógł zapytać pierwszego lepszego wilka o więźniów.
-Jestem jedynym więźniem osadzonym tutaj słusznie- odpowiedziałem po chwili.
-Jak masz na imię?- zapytał.
-Jak długo będziesz mnie zasypywać pytaniami?- warknąłem zniecierpliwiony.
-Aż mi się nie znudzi- odparł bez zastanowienia.
-Nie masz nic do roboty dzieciaku? Idź się pobawić.
-Nie lubię.
Przyjrzałem mu się dokładniej, był dziwny, inny niż wszystkie szczeniaki tej watahy.
-Co z tobą nie tak?- zapytałem półgłosem
-Nie wiem, ale podoba mi się to- powiedział z wręcz chorym uśmiechem.
-Czego ty ode mnie chcesz-westchnąłem.
-Chcę wiedzieć kim jesteś.
-Aris- odparłem krótko.
Młody się znowu uśmiechną, tym razem jednak radośnie.
-Wiedziałem!!!
-To po co pytałeś?
-Chciałem się upewnić.
-To pójdziesz już sobie?-zapytałem z nadzieją w głosie
-Nie.
Spojrzałem na niego wściekle. Ten dzieciak dział mi na nerwy coraz bardziej. Miałem tyle ważnych rzeczy do obmyślenia. Zemsta na Midale, a przede wszystkim musiałem się wydostać zza krat i kilku mocnych barier. Kraty co prawda nie stanowiły dla mnie żadnego problemu ale bariery owszem. Jedyne co mogło mnie zza nich uwolnić to bardzo mocne zwarcie umysłów albo takie zwyczajne za pomocą elektryczności. Spojrzałem na szczeniaka i wtedy coś mnie uderzyło.
***
Stałem i w milczeniu patrzyłem na Arisa. Ten był wyraźnie na czymś skupiony. W pewnym momencie spojrzał na mnie dziwnie i powiedział.
-Podejdziesz trochę bliżej?- zapytał.
Poczułem jak pod moimi łapami przebiegło coś, jakby delikatne wyładowanie elektryczne. Pomimo tego zrobiłem to o co mnie prosił. Wtedy stało się coś niesamowitego. Suchy trzask był cichy, po nim nastąpiło coś czego nie umiem opisać. To było jak wielka fala energii która cisnęła mną i nim o ścianę. Szybko się zerwałem i zobaczyłem jak on powoli wstaje i zamienia kraty w szkło po czym je po prostu stłukł wbiegając na nie. Kawałki szkła powbijały się w jego skrzydła. Wzbił się w powietrze i ruszył w kierunku jedynego źródła światła w tym lochu. W kierunku świetlika w suficie i wyleciał przez niego. Usłyszałem w swoim umyśle jeszcze jego głos.
-Dziękuję młody, kiedyś się odwdzięczę.
Nie wiem czemu ale poczułem nagły przypływ podziwu dla Arisa.
Wtedy do więzienia wpadł Midale z moim bratem.
Yamis?
Od Midale do Carey, Cajsim, Arisa, Yamisa i Valdo
Delikatnie wysunąłem łapę spod jej głowy i powoli wstałem. Znowu zasnęła, była taka piękna. Nie widziałem jej ale pamiętałem doskonale jak wyglądała. Ruszyłem w kierunku wyjścia. Kiedy stanąłem na zewnątrz usłyszałem delikatny szelest i znajomy głos.
-Co z moją mamą?- zapytał Yamis smutnym głosem.
Westchnąłem, wahałem się pomiędzy prawdą a delikatnym jej przebarwieniem. Jednak wiedziałem że on by mnie rozgryzł i uznał za kłamcę.
-Chyba z tego wyjdzie- odpowiedziałem.
Odpowiedziało mi ciche westchnienie. Jednak zdziwiło mnie coś. On przyszedł tu sam, nie nie to było dziwne. Gdzie w takim razie podziewał się jego brat? Postanowiłem o to zapytać jednak on mnie wyprzedził. Odpowiedział mi zanim zdążyłem coś powiedzieć.
-Valdo nie chciał iść ze mną, poszedł do więzienia.
-Co?- wręcz wykrzyknąłem, zawsze był dziwny ale tym razem przeszedł sam siebie- po co?
-Powiedział że chce poznać Arisa.
-Co?!- teraz już wrzasnąłem- musimy tam iść, natychmiast.
Ruszyłem szybko w stronę lochów a Yamis ruszył za mną.
Kiedy tam dotarłem usłyszałem tylko suchy trzask i a potem dźwięk tłuczonego szkła. Przyśpieszyłem, Aris był wolny, czułem to. Kiedy dotarłem przed jego celę usłyszałem głos Valdo.
-On jest niesamowity- powiedział z zachwytem.
kto teraz?
-Co z moją mamą?- zapytał Yamis smutnym głosem.
Westchnąłem, wahałem się pomiędzy prawdą a delikatnym jej przebarwieniem. Jednak wiedziałem że on by mnie rozgryzł i uznał za kłamcę.
-Chyba z tego wyjdzie- odpowiedziałem.
Odpowiedziało mi ciche westchnienie. Jednak zdziwiło mnie coś. On przyszedł tu sam, nie nie to było dziwne. Gdzie w takim razie podziewał się jego brat? Postanowiłem o to zapytać jednak on mnie wyprzedził. Odpowiedział mi zanim zdążyłem coś powiedzieć.
-Valdo nie chciał iść ze mną, poszedł do więzienia.
-Co?- wręcz wykrzyknąłem, zawsze był dziwny ale tym razem przeszedł sam siebie- po co?
-Powiedział że chce poznać Arisa.
-Co?!- teraz już wrzasnąłem- musimy tam iść, natychmiast.
Ruszyłem szybko w stronę lochów a Yamis ruszył za mną.
Kiedy tam dotarłem usłyszałem tylko suchy trzask i a potem dźwięk tłuczonego szkła. Przyśpieszyłem, Aris był wolny, czułem to. Kiedy dotarłem przed jego celę usłyszałem głos Valdo.
-On jest niesamowity- powiedział z zachwytem.
kto teraz?
Od Deny CD Midale, Cajsin, Arisa i Carey
Ciemność. Jedyne co jest poza nią, to wszechobecny ból. To nie była śmierć, jeszcze nie, wiedziałam o tym.
Zaczynałam odzyskiwać pozostałe zmysły ale gdy chciałam otworzyć oczy czy się nawet poruszyć, zwyczajnie coś mnie powstrzymywało. W końcu jednak lekko otworzyłam oczy jednak zamiast kolorów, widziałam jedynie wszystko rozmyte i to w czerwieni. Och, to chyba krew, chyba za dużo jej straciłam i dlatego jest w moich oczach. Próba ruchu zakończyła się jękiem bólu i wówczas ktoś się poruszył gdzieś obok.
-Obudziłaś się- Midale westchnął tuż nad moją głową. Powoli spojrzałam nad siebie, chociaż leżał unosił głowę nad ziemią i próbował chyba mnie namierzyć. Czyli znowu stracił wzrok. Posmutniałam z tego powodu.
-Co się stało?
-Jakiś opętany wilk zaatakował nas jak poszłaś za mną, zostałaś przebita na wylot kryształem. Cajsim z resztą przeniosły cię i zaczęły próbować ratować ci życie. Udało im się ale jest mała luka...
-Więc byłam szaszłykiem- próba parsknięcia śmiechem skończyła się na okropnym bólu.- Co to za luka?
-W środku wszystko masz uleczone... Ale nie udało im się załatać dziury- powiedział z oporami.
-Czyli mam dziurę i widać mi wszystko?- Zapytałam się słabo nie patrząc na siebie. Przytaknął. Przez chwilę panowała cisza zanim nie położył się z powrotem ale nieco bliżej mnie wystawiając łapy. Wówczas przyszła Beta.
-Midale, wiesz co wkrótce będzie- powiedziała na dzień dobry. Spojrzałam na nią.
-Cajsim, zrobisz coś dla mnie? Proszę?
-Wiem, że nigdy nie prosiłaś o coś mnie- westchnęła.- Co mogę dla ciebie zrobić?
-Czy... Czy mogłabyś wstrzymać się z wyrokiem na Midale aż wyzdrowieję? Proszę, to mój najcenniejszy przyjaciel- wymigałam jej z błaganiem w oczach. Była w szoku.
-Czemu tego chcesz?- Pokazałam jej, że wyjaśnię to później bo potrzebowałam jeszcze paru informacji dla siebie aby mieć wszystko czarno na białym. Westchnęła w odpowiedzi i niechętnie się zgodziła. Zbierała się do wyjścia kiedy rzuciła jeszcze na odchodnym- tylko następnym razem musisz mi to powiedzieć.
Lekko kiwnęłam głową na znak zgody i wyszła. Znowu zostaliśmy sami.
-O co prosiłaś?- Spytał się szeptem.
-Cii, zostawmy to.- Jego łapa drżąc przysunęła się bliżej mojej, rozczuliło mnie to. Delikatnym ruchem zakryłam swoją łapą jego.
-Mogłaś zginąć- jęknął.
-Heh, jestem uparta mój drogi Midale. Tak śpieszno nie wybieram się na drugą stronę- uśmiechnęłam się lekko i ostrożnie przesunęłam ku jemu głowę. Czyżby to był jakiś odruch, że wolną łapą przysunął się bliżej, podkładając mi ją pod głowę? Nie wiem ale chciałam go jakoś pocieszyć. Był bardzo ciepły, tak, że wkrótce zaczęłam przysypiać...
Midale czy ktuś inny?
Zaczynałam odzyskiwać pozostałe zmysły ale gdy chciałam otworzyć oczy czy się nawet poruszyć, zwyczajnie coś mnie powstrzymywało. W końcu jednak lekko otworzyłam oczy jednak zamiast kolorów, widziałam jedynie wszystko rozmyte i to w czerwieni. Och, to chyba krew, chyba za dużo jej straciłam i dlatego jest w moich oczach. Próba ruchu zakończyła się jękiem bólu i wówczas ktoś się poruszył gdzieś obok.
-Obudziłaś się- Midale westchnął tuż nad moją głową. Powoli spojrzałam nad siebie, chociaż leżał unosił głowę nad ziemią i próbował chyba mnie namierzyć. Czyli znowu stracił wzrok. Posmutniałam z tego powodu.
-Co się stało?
-Jakiś opętany wilk zaatakował nas jak poszłaś za mną, zostałaś przebita na wylot kryształem. Cajsim z resztą przeniosły cię i zaczęły próbować ratować ci życie. Udało im się ale jest mała luka...
-Więc byłam szaszłykiem- próba parsknięcia śmiechem skończyła się na okropnym bólu.- Co to za luka?
-W środku wszystko masz uleczone... Ale nie udało im się załatać dziury- powiedział z oporami.
-Czyli mam dziurę i widać mi wszystko?- Zapytałam się słabo nie patrząc na siebie. Przytaknął. Przez chwilę panowała cisza zanim nie położył się z powrotem ale nieco bliżej mnie wystawiając łapy. Wówczas przyszła Beta.
-Midale, wiesz co wkrótce będzie- powiedziała na dzień dobry. Spojrzałam na nią.
-Cajsim, zrobisz coś dla mnie? Proszę?
-Wiem, że nigdy nie prosiłaś o coś mnie- westchnęła.- Co mogę dla ciebie zrobić?
-Czy... Czy mogłabyś wstrzymać się z wyrokiem na Midale aż wyzdrowieję? Proszę, to mój najcenniejszy przyjaciel- wymigałam jej z błaganiem w oczach. Była w szoku.
-Czemu tego chcesz?- Pokazałam jej, że wyjaśnię to później bo potrzebowałam jeszcze paru informacji dla siebie aby mieć wszystko czarno na białym. Westchnęła w odpowiedzi i niechętnie się zgodziła. Zbierała się do wyjścia kiedy rzuciła jeszcze na odchodnym- tylko następnym razem musisz mi to powiedzieć.
Lekko kiwnęłam głową na znak zgody i wyszła. Znowu zostaliśmy sami.
-O co prosiłaś?- Spytał się szeptem.
-Cii, zostawmy to.- Jego łapa drżąc przysunęła się bliżej mojej, rozczuliło mnie to. Delikatnym ruchem zakryłam swoją łapą jego.
-Mogłaś zginąć- jęknął.
-Heh, jestem uparta mój drogi Midale. Tak śpieszno nie wybieram się na drugą stronę- uśmiechnęłam się lekko i ostrożnie przesunęłam ku jemu głowę. Czyżby to był jakiś odruch, że wolną łapą przysunął się bliżej, podkładając mi ją pod głowę? Nie wiem ale chciałam go jakoś pocieszyć. Był bardzo ciepły, tak, że wkrótce zaczęłam przysypiać...
Midale czy ktuś inny?
wtorek, 9 maja 2017
od Carey do Cajsim
Byłam wściekła, jak on śmiał? Faktycznie, może i stracił pamięć ale to nie zmieniało wcale faktu że byłam na niego wściekła. Trochę mnie poniosło i go zraniłam ale zasłużył sobie na to. Powoli szłam przez las za Cajsim. Nie miałam ochoty spędzić tego wieczoru samotnie, szczególnie po tych wydarzeniach. Powoli zeszła ze mnie cala złość a na jej miejsce wszedł nieopisany smutek. Przypomniałam go sobie kiedy stał na skarpie i patrzył w dół na niewielki wodospad, obok stałam ja.
-Obiecasz mi coś?-spytałam
-Wszystko co zechcesz- odpowiedział z uśmiechem.
Pamiętam jak mi obiecywał. Oszukał mnie, nie pierwszy raz, ale ja głupia dalej mu ufałam i wierzyłam że się zmieni. Przeliczyłam się, pomimo tego co dla niego zrobiłam on i tak pewnego dnia znikną. Zostawił mi tylko karteczkę na której napisał " Wybacz mi Caruś, ale nie możemy się już dłużej oszukiwać że kiedyś będziemy razem szczęśliwi. Odchodzę, nie szukaj mnie. Ułóż sobie życie z kimś innym i postaraj się zapomnieć że kiedyś mnie znałaś."
Wtedy dopiero zrozumiałam jak byłam głupia przez ten cały czas. jednak było już a za późno, jedyne co mi pozostało to łzy. Przyśpieszyłam, próbowałam zapomnieć ale to było niemożliwe. A teraz on się zjawia i wita się ze mną w taki sposób jakby nigdy nie zrobił tego wszystkiego. Poczułam jak łzy napływają mi do oczu.
Nie płacz głupia- skarciłam się w myślach.
Weszłam na niewielką polankę i udałam się w stronę jaskini Cajsim. Po niedługim czasie dotarłam. Stanęłam na progu, Caj od razu mnie zobaczyła.
-Mogę wejść?- zapytałam nieśmiało
-Oczywiście- odpowiedziała z ciepłym uśmiechem.
Weszłam i usiadłam niedaleko niej. Kątem ok zobaczyłam jak mi się przygląda.
-Wszystko w porządku Carey?
-Nic nie jest w porządku!- spojrzałam na nią i wybuchłam płaczem.
Cajsim?
niedziela, 7 maja 2017
Uwaga!
Witam wszystkich po majówce,mam nadzieję że dobrze ją spędziliście. Mam do was kilka spraw:
Po pierwsze:
Sprawa ta dotyczy wilków zagrożonych. Hoki wiele razy upominała zagrożonych o zgłoszenie nieobecności,albo najlepiej napisanie opowiadania. Zrobiłam przegląd zagrożonych i wynika z niego że:
-Saito ostatnio napisał opowiadanie 12 marca, czyli prawie 2 miesiące temu.Ma on jedno upomnienie za złamanie regulaminu,ale niedługo może się pojawić więcej konsekwencji.
Proszę po raz OSTATNI napiszcie opowiadanie DO KOŃCA TEGO TYGODNIA (do 14.05.17r). Lub zgłoście nieobecność również DO KOŃCA TEGO TYGODNIA.
Jeśli tego nie zrobicie traficie do więzienia (patrz regulamin) i mogą być także inne konsekwencje ustalone przez alfy.
Po drugie:
Wiele wilków nie odzywało się od więcej niż dwóch tygodni. Mam na myśli na przykład Carey i Isil.
Proszę was wszystkich o przejrzenie opowiadań waszego wilka i sprawdzenie kiedy ostatnio się odzywaliście. Napiszcie opowiadania lub jeśli nie możecie zgłoście nieobecność alfom.Myślę że wiecie jakie są konsekwencje jeśli tego nie zrobicie.
Po trzecie:
Mam tutaj pytanie do Orona: Co z loterią i konkursami? Przypominam że był konkurs na wymyślenie historii "Skąd wzięła się mistyczna świątynia?" oraz loteria. Jakie są wyniki?
Proszę o odpowiedź w komentarzu pod postem lub na howrse.
Po czwarte:
Przypominam o Questach!
Dziękuje serdecznie za uwagę!
Po pierwsze:
Sprawa ta dotyczy wilków zagrożonych. Hoki wiele razy upominała zagrożonych o zgłoszenie nieobecności,albo najlepiej napisanie opowiadania. Zrobiłam przegląd zagrożonych i wynika z niego że:
-Saito ostatnio napisał opowiadanie 12 marca, czyli prawie 2 miesiące temu.Ma on jedno upomnienie za złamanie regulaminu,ale niedługo może się pojawić więcej konsekwencji.
Proszę po raz OSTATNI napiszcie opowiadanie DO KOŃCA TEGO TYGODNIA (do 14.05.17r). Lub zgłoście nieobecność również DO KOŃCA TEGO TYGODNIA.
Jeśli tego nie zrobicie traficie do więzienia (patrz regulamin) i mogą być także inne konsekwencje ustalone przez alfy.
Po drugie:
Wiele wilków nie odzywało się od więcej niż dwóch tygodni. Mam na myśli na przykład Carey i Isil.
Proszę was wszystkich o przejrzenie opowiadań waszego wilka i sprawdzenie kiedy ostatnio się odzywaliście. Napiszcie opowiadania lub jeśli nie możecie zgłoście nieobecność alfom.Myślę że wiecie jakie są konsekwencje jeśli tego nie zrobicie.
Po trzecie:
Mam tutaj pytanie do Orona: Co z loterią i konkursami? Przypominam że był konkurs na wymyślenie historii "Skąd wzięła się mistyczna świątynia?" oraz loteria. Jakie są wyniki?
Proszę o odpowiedź w komentarzu pod postem lub na howrse.
Po czwarte:
Przypominam o Questach!
Dziękuje serdecznie za uwagę!
Beta Cajsim
sobota, 6 maja 2017
Od Hrívë CD Noe ,,Jak byłem odrobinę młodszy... Czyli nadrabiam zaległości. XD’’
Otworzyłem oczy i od razu zerwałem się na nogi gotowy do zabawy. Rozejrzałem się. W jaskini nikogo nie było. Zaskomlałem. Gdzie Hoki? Gdzie mama? Gdzie te dwie młodsze waderki? Trzeba będzie je znaleźć! Szybko wybiegłem na dwór. To wielkie żółte coś na niebie raziło mnie w oczy. Było ciepło. Dziwne. Zawsze było zimniej... Pobiegłem szukać jakichś wilków.
Szedłem przez las. Nagle zobaczyłem coś, co się poruszało. W jedną, w drugą, w jedną, w drugą stronę.
-,,Pobawmy się!’’
Nie zastanawiając się długo skoczyłem i złapałem to coś w zęby.
To coś niestety okazało się kimś.
Ten ktoś przygniótł mnie do ziemi.
Nie mogłem się ruszać.
Zacząłem znów skomlić. Wilk, którego ugryzłem spojrzał na mnie i... Puścił!?
-Patrz na drugi raz, co chcesz ugryźć, bo za którymś razem możesz stracić życie, młody -odezwał się nieznajomy.
Patrzyłem na niego nieśmiało. Po chwili odwróciłem się i szybko pobiegłem w krzaki. Udało się. Zgubił mnie. Poleciałem do jaskini. Byłem zmęczony.
<Ehchem... Jak by to... Ech... No wybaczcie mi, no... Nie mam się nawet jak tłumaczyć, więc lepiej już skończę... Taa, wiem, że to nie ja powinienem być tu Alfą, bo się nie nadaję, nie musicie mówić.>
Szedłem przez las. Nagle zobaczyłem coś, co się poruszało. W jedną, w drugą, w jedną, w drugą stronę.
-,,Pobawmy się!’’
Nie zastanawiając się długo skoczyłem i złapałem to coś w zęby.
To coś niestety okazało się kimś.
Ten ktoś przygniótł mnie do ziemi.
Nie mogłem się ruszać.
Zacząłem znów skomlić. Wilk, którego ugryzłem spojrzał na mnie i... Puścił!?
-Patrz na drugi raz, co chcesz ugryźć, bo za którymś razem możesz stracić życie, młody -odezwał się nieznajomy.
Patrzyłem na niego nieśmiało. Po chwili odwróciłem się i szybko pobiegłem w krzaki. Udało się. Zgubił mnie. Poleciałem do jaskini. Byłem zmęczony.
<Ehchem... Jak by to... Ech... No wybaczcie mi, no... Nie mam się nawet jak tłumaczyć, więc lepiej już skończę... Taa, wiem, że to nie ja powinienem być tu Alfą, bo się nie nadaję, nie musicie mówić.>
Od Midale do Deny, Cajsim, Arisa i Carey
Upadła na ziemię, bezwładna, cała we krwi. Stałem nad nią. Dalej nie docierało do mnie t co się stało. Byłem wyprany z prawie wszystkich emocji. Wzbierał we mnie gniew. Nienawidziłem tego przeklętego świata, zawsze coś się na nim musiało zawalić. Zawsze kiedy akurat zaczynałem być szczęśliwy. Zawsze, bez względu kim i kiedy byłem. Nagle usłyszałem czyjś krzyk, to była Cajsim, coś wrzeszczała o natychmiastowej pomocy, przeniesieniu do jaskini Alf i tak dalej. Nie słuchałem, nie interesowało mnie to zupełnie. Nienawiść wypełniała mnie, przelewała się. Traciłem powoli panowanie, nie nie teraz. Powoli stawałem się kimś innym, walczyłem, ale po pewnym czasie stało mi się to obojętne. W miarę jak upływał czas zaczynały wyostrzać mi się zmysły, nawet wzrok, co prawda słaby ale jednak zawsze coś. Rozejrzałem się po polu, wszędzie z ziemi wystawały kryształy a między nimi stał oszalały wilk toczący pianę z pyska. Kilka wilków próbowało go zaatakować ale bardzo skutecznie się bronił. Było to dosyć dziwne, szczególnie że był młody i niedoświadczony. Uśmiechnąłem się lekko, pomimo tego co się ze mną stało panowałem nad sobą. Ruszyłem w stronę wilka ciskającego kryształami i stanąłem naprzeciwko, o dziwo nie starał się atakować. Coś mnie uderzyło w jego wyglądzie, oczy, uśmiech, znałem je. To był on. W tym momencie młody skoczył na mnie i przygwoździł do ziemi. Zepchnąłem go z siebie i zraniłem w bok, ten jednak wydawał się nie odczuwać tego. Pełna kontrola, marionetka, był tylko lalką na sznurkach kierowanych przez pana nienawiści. Nie wiem ile trwała walka z nim ale po jednym z moich ataków upadł i się nie poruszył. Wszyscy stojący obok mnie patrzyli na niego, a raczej na to co z niego zostało z przerażeniem. Kątem oka dostrzegłem materializującą się sylwetkę czarnego wilka.
-Jesteś dokładnie taki jak dawniej- powiedział z niemałym zadowoleniem.
-Jeżeli chodziło ci tylko o mnie to czemu jej to zrobiłeś- warknąłem wściekle.
-To był tylko mały dodatek.
Skoczyłem na niego, jednak nic nie zdziałałem, był tylko widmem.
-Aris jednak miał rację co do ciebie, jesteś kretynem- powiedział chłodno- nie umiesz docenić tego co dla ciebie robię.
-Nie znam nikogo kto by dziękował za zniszczenie mu życia.
-Sam je sobie niszczysz- przerwał na chwilę- rozejrzyj się, oni ci nie ufają, nienawidzą cię, pragną tylko twojej śmierci. Niestety mają rację, za to co im zrobiłeś nie ma wybaczenia. Wszyscy którzy ci kiedykolwiek zaufali albo cierpią, albo są martwi. Jedyna osoba którą zdołałeś pokochać prawie zginęła próbując ci pomóc.
A co z Carey? Zapomniałeś o niej, a tyle dla ciebie zrobiła. A gdybyś tylko został po mojej stronie to wszystko nie miało by miejsca...
-Przestań- warknąłem.
-Midale, puki co zostawiam cię z twoim własnym bałaganem.
To powiedziawszy znikną. Nienawidziłem go, przyszedł tu, prawie zabił Denę i jeszcze wspominał o Carey.
Spojrzałem w stronę innych wilków, chciałem coś powiedzieć lecz oni natychmiast się rozeszli zostawiając mnie samego na środku polany. Powoli ruszyłem w kierunku jaskini Alf. Martwiłem się o Denę a wiedziałem że tam ją znajdę. Mój wzrok powoli zaczą znowu zanikać, jednak zanim go zupełnie straciłem zdążyłem już dobiec do celu mojej podróży. Usiadłem i czekałem, nie wiem do końca na co dokładnie ale czekałem. Płynęły godziny, a może tylko minuty? Nie wiem. W pewnym momencie usłyszałem czyjś szybki oddech jak o dużym wysiłku fizycznym i kroki. Równocześnie dotarł do moich nozdrzy zapach krwi, krwi Deny. Jednak ten ktoś kto wyszedł nie był nią. Znałem jej zapach ale nie mogłem sobie przypomnieć kim była. Stanęła w odległości jakiś dwóch metrów i dalej ciężko dysząc zapytała.
-Midale? Co ty tutaj robisz?
Ten głos, to była ona, jedyna osoba którą kiedykolwiek pokochałem tak ognistą miłością. Jednak jej głos wyrażał obrzydzenie i nienawiść.
-Caruś- wyszeptałem.
-Nie mów tak do mnie!!!- wydarła się wściekle- nie masz prawa.
-Ale...
-Żadnych ale, nienawidzę cię- zaśmiała się ironicznie- na twój widok mam ochotę cię rozszarpać, a mimo to gdzie się nie pojawię tam jesteś ty, zawsze ten sam, ze słodkimi zdrobnieniami i wzruszonym głosem.
-O co ci chodzi?- zapytałem zdziwiony- co ci takiego zrobiłem?
-Straciłeś pamięć?- powiedziała chłodno głosem badającego kogoś lekarza.
-Nie bardzo pamiętam...
-To wiele tłumaczy- usłyszałem jak ciężko siada.
-Co tłumaczy!?- zaczynałem tracić cierpliwość, Jednak ona postanowiła udać że nie usłyszała moje pytania.
-Biedna Dena, dalej wieży że możesz się zmienić.
-Bo MOGĘ- warknąłem,kolejny nieopatrzny ruch z mojej strony który zaowocował od razu. Wybuchła.
-Kiedy wreszcie zrozumiesz?!- zrobiła krótką pałze- wmawiasz sobie rzeczy których nigdy nie osiągniesz. NIGDY!!! Przyjmij wreszcie do wiadomości że wszyscy tylko przez ciebie cierpią, a najbardziej ci którzy są ci najbliżsi! Ranisz ich, niszczysz im wszystko a oni ci dalej wierzysz że kiedyś będziesz inny. Kiedyś jednak przyjdzie dzień że ona wreszcie też to zrozumie albo ty ją zabijesz wcześniej.
-Carey jak możesz tak o niej mówić- wydarłem się na nią- nie masz prawa.
Usłyszałem jak zaczyna cicho szlochać.
-Ja, ja przepraszam- podszedłem do niej i delikatnie przytuliłem. Natychmiast mnie odepchnęła i przy okazji mocno zadrapała zostawiając na mojej klatce piersiowej piekącą ranę.
-Zostaw mnie!!!- przerwała żeby trochę się opanować- podziwiam, że po tym wszystkim co mi zrobiłeś dalej masz śmiałość mnie dotykać.
Chciałem coś odpowiedzieć ale w tym momencie usłyszałem niedaleko wściekły głos Isil która niezbyt kulturalnie kazała nam zamknąć mordy i w********** z takimi kłótniami nieco dalej żeby nie zakłócać jej i Cajsim pracy. Carey odeszła cicho a ja zostałem. Cekałem chyba całą wieczność aż w końcu pojawiła się Caj. Jak tylko ją wyczułem poderwałem się na równe nogi i wręcz wykrzyczałem.
-Co znią?
-Przeżyje- odpowiedziała zmordowanym głosem po czym dodała- chyba...
-Co masz na myśli?- nie podobało mi się to jej ostatnie słowo.
-Udało nam się powstrzymać, ehh, zmniejszyć krwawienie i uleczyłyśmy narządy wewnętrzne ale rana jako taka pozostała. Podsumowując Dena ma dalej dziurę na wylot z w pełni sprawnymi organami.
-Mogę ją zobaczyć?- to zabrzmiało raczej jak rozkaz niż jak pytanie...
-Przypominam ci że dalej jesteś więźniem z wyrokiem śm....
-Tak wiem- wyminąłem ją i wkroczyłem do jaskini Alf, nie było trudno znaleźć sali w której leżała. Zapach jej krwi był bardzo mocny. Stanąłem obok niej, słyszałem jej ciężki oddech. Było to lekko niepokojące ale cieszyłem się że żyła. Nie byłem jednak sam, niedaleko mnie stała Isil, czułem ją. Podeszła bliżej mnie i przez chwile mi się przyglądała w milczeniu.
-MIdale na pewno nic ci nie jest?- zapytała z typową dla niej uprzejmą troską.
Dopiero teraz przypomniałem sobie o dosyć bolesnej ranie zadanej mi przez Car. Paliła jak ogień.
-Nie nic- uśmiechnąłem się nie szczerze.
-Skoro tak uważasz- odpowiedziała bez przekonania po czym wyszła.
Zostałem sam z Deną, było tak cicho że słyszałem bicie jej serca. Podszedłem nieco bliżej i położyłem się obok, przez chwilę wytężałem oczy próbując ją zobaczyć jednak pozostawałem nadal ślepy jak kret. Myślami przywołałem moment w którym przebił ją kryształ, a potem powróciłem do wydarzeń z samego rana żeby wreszcie przypomnieć sobie wszystkie wydarzenia w których uczestniczyła i ona i ja. nie wim ile to trwało ale moje oczy powoli się zamknęły i odpłynąłem.
sobota, 29 kwietnia 2017
Od Aditi do Hoki,Aidany(Elendy)
Kroczyłam dumnie przez dzikie ostępy puszczy.Słońc przebijało się przez szmaragdowo-zielone korony drzew.Ze okolicy dochodziły do nas niezwykłe dźwięki.Gdzieś wysoko słychać było śpiwne głosy małych kolorowych ptaków,trochę niżej niskie krakanie wielkich niebiesko-czerwonych papug,a najniżej okrzyki małp i ryki drapieżników.Drzewa były piękne.Niektóre młodziutkie,a niektóre bardzo stare i majestatyczne. Moją uwagę przykuły wielokolorowe płatki orchidei.Przyglądałam się jej z zaciekawieniem i podziwem. Hoki również patrzyła na kwiaty z zainteresowaniem,jednak Aid nie pozwoliła nam na dłuższe oględziny:
-Na co wy się znowu gapicie?!
-Na ten przepiękny kwiat.-rzekła Hoki.
-Myślałam że to będzie wyprawa, a nie botaniczna, wycieczka, krajoznawcza!
-Uspokój się Aidano.-Hoki zawsze mówiła pełnym imieniem.
-Ja chcę iść! Owszem kwiatek jest ładny, ale przygoda czeka!
-Już idziemy.-odrzekłyśmy z niechęcią,jednak nie było sensu dużej się spierać.
Dalej podążałyśmy przez las,a on na każdym kroku coraz bardziej nas zadziwiał. Ujrzałam wysokie drzewo i zaczęłam się na nie wspinać.Wszystkie na mnie patrzyły,trochę mnie to krępowało,ale wspinałam się dalej. W końcu wspięłam się tak wysoko jak mi na to pozwalały gałęzie.
-Siostra! Zejdź trochę niżej bo w końcu zlecisz!-Wrzasnęła Elenda.
-Chodzę lepiej po drzewach niż ty,nic mi się nie stanie!-krzyknęłam w dól,głupkowato się uśmiechając,mina El była bardzo wymowna.Hoki roześmiała się,a Aidana próbowała się wspiąć.
-Ja muszę tam wejść!-łapy ześlizgiwały jej się z kory,ale w końcu udało jej się wspiąć na pierwszą gałąź,a ja wychyliłam się i rozejrzałam się dookoła.
-Stąd widać chyba całą puszczę!I góry siedmiu wichur!-krzyknęłam rozglądając się z podziwem...
<Hoki?Aidana? Przepraszam za długość. :)>
-Na co wy się znowu gapicie?!
-Na ten przepiękny kwiat.-rzekła Hoki.
-Myślałam że to będzie wyprawa, a nie botaniczna, wycieczka, krajoznawcza!
-Uspokój się Aidano.-Hoki zawsze mówiła pełnym imieniem.
-Ja chcę iść! Owszem kwiatek jest ładny, ale przygoda czeka!
-Już idziemy.-odrzekłyśmy z niechęcią,jednak nie było sensu dużej się spierać.
Dalej podążałyśmy przez las,a on na każdym kroku coraz bardziej nas zadziwiał. Ujrzałam wysokie drzewo i zaczęłam się na nie wspinać.Wszystkie na mnie patrzyły,trochę mnie to krępowało,ale wspinałam się dalej. W końcu wspięłam się tak wysoko jak mi na to pozwalały gałęzie.
-Siostra! Zejdź trochę niżej bo w końcu zlecisz!-Wrzasnęła Elenda.
-Chodzę lepiej po drzewach niż ty,nic mi się nie stanie!-krzyknęłam w dól,głupkowato się uśmiechając,mina El była bardzo wymowna.Hoki roześmiała się,a Aidana próbowała się wspiąć.
-Ja muszę tam wejść!-łapy ześlizgiwały jej się z kory,ale w końcu udało jej się wspiąć na pierwszą gałąź,a ja wychyliłam się i rozejrzałam się dookoła.
-Stąd widać chyba całą puszczę!I góry siedmiu wichur!-krzyknęłam rozglądając się z podziwem...
<Hoki?Aidana? Przepraszam za długość. :)>
Od Cajsim CD Midale,Deny i Arisa
Dena wyszła z jaskini.Jak ona mogła!Porównywać Akkarina do nich!? Do Midale!? To jest niepojęte,przecież ona pomogła mi kiedyś skontaktować się z Akkarinem kiedy wszyscy uważali że on jest zdrajcą...A teraz co!!! Zwala wszystko na Akkarina i na mnie,a przecież nie jesteśmy niczemu winni!W dodatku broni Midale! Jak ona może po tym co zrobił! Prawie by zabił mnie i Arisa,ją kilka razy atakował, a na koniec jakby było tego mało,zabił Yogani!Zabił naszą alfą i moją przyjaciółkę!!!
Byłam wściekła.Byłam wściekła na Denę i na Midale. Byłam wściekła na wszystkich.Nikt w tym momencie nie potrafił mi pomóc...Wtem do jaskini wszedł Aris,Aris był jedyną osobą która mnie rozumiała i ostatnią osobą jaką chciałabym teraz widzieć...
-Witaj Beto!
-Jaka tam ze mnie beta, która rządzi się i skazuje niewinne wilki na śmierć,chociaż nie jest alfą...-Basior wyglądał na zaskoczonego - Dena tak twierdzi.-dodałam.
-Dena się myli,ona nawet o siebie nie potrafi zadbać...mówiłem że jej że jej dobre serce ją zgubi...ona nie słuchała i co? I teraz pewnie jest gdzieś sama z niebezpiecznym mordercą...-słuchałam monologu Arisa i zastanawiałam się czy mówi do mnie czy sam do siebie? On lubił mieć zawsze rację.Nagle moje rozmyślania przerwał jego głos skierowany do mnie:
-Mam rację nie?
-Co...?-odparłam zdezorientowana.
-Midale powinien już dawno nie żyć.-wyjaśnił Aris.
-Mhm...nie wiem już co myśleć. Tyle złego się stało przez niego...
-Święte słowa!Gdybyście posłuchali MNIE i zabili go od razu kiedy była taka sposobność to nic złego by się nie stało.Twoja Yo by wtedy żyła...-po tych słowach wszystko do mnie dotarło,Aris mydlił mi oczy. Podlizywał się mi żeby potem to wykorzystać,jednak poczekałam jeszcze chwilę nic nie mówiąc.To co powie może okazać się przydatne:
-...Alfa Yogani była zbyt łatwowierna,alfą powinien być ktoś,ktoś o żelaznych zasadach,ktoś przestrzegający sprawiedliwości,ktoś taki jak ty.-udawałam że połknęłam haczyk:
-O tak! Ja...i ty! Świetnie byśmy rządzili watahą,nasze rządy byłyby sprawiedliwe!
-Nie wiem czy byłbym godzien...-Aris cały czas zachowywał pozory.
-Oczywiście że byś był Arisie!
-Masz rację! Na co jeszcze czekamy! Nie ma alf,a są potrzebne,prawda? Będziemy rządzić lepiej i sprawiedliwiej! - Arisa kompletnie pochłonęła perspektywa zostania alfą.
-I tu cie mam! Kompletnie cię nie obchodzi śmierć Yo! Oj nie! Ty tylko na to czekałeś! Przyznaj się!
-Alfo! Alfo jak możesz tak mówić!Podejrzewasz mnie?!
-Nie nazywaj nie alfą! Nie jestem alfą i nigdy nie będę! Yo była dobrą alfą! A ty nie dorastasz jej do pięt!
-Ja!?Ja jako jedyny naprawdę cię rozumiem! Jak możesz tak mówić?!
-Nie! Nie Arisie! Ty mnie w ogóle nie rozumiesz! Nie żałujesz Yogani,ani nikogo z tej watahy! Myślisz tylko o sobie! Myślisz tylko o swoich starych zatargach z Midale! Myślisz tylko o zemście!-Kiedy to powiedziałam,Aris wstał i wbił we mnie wzrok,poczułam jak coś wdziera mi się w moje myśli i umysł. Krzyknęłam.On próbował kontrolować mi umysł...
-Aris przestań!Przestań!
-Błagaj mnie.-powiedział twardo po czym mimo woli zaczęłam mówić.
-Błagam cię Arisie! Władco najwyższy! Błagam uniżenie...-nie mogłam tego znieść, do czego on mnie zmuszał? Zmuszał mnie do gadania kompletnych głupot...
-Arisie najmądrzejszy i najwspanialszy!-Nie! Tak nie będzie! Wytężyłam całą swoją wolę,tworząc jakby barierę,niestety udało mi się tylko zniekształcić dźwięk wymawianych słów i zamiast mówić zaczęłam mruczeć niezrozumiałe słowa i kręcić się po jaskini nie kontrolując swojego ciała,działo się coś dziwnego,tak jakby jego moc i moja siła woli ścierały się ze sobą...Wirowałam w jaskini jak płatek śniegu na wietrze. Nagle przyszło mi coś do głowy:Trzeba zerwać kontakt wzrokowy,mój i Arisa, przecież moje ciało nie jest kontrolowane...Z całych sił spróbowałam powstrzymać nieopanowane ruchy ciała i ustać, udało mi się.Aris w osłupieniu patrzył na to co robię i wtedy ja wykorzystałam jego nieuwagę i wytworzyłam silny podmuch wiatru, który przewrócił Arisa na twardą posadzkę,a ten stracił przytomność od uderzenia i padł bezruchu. Ja zmęczona usiadłam na chwilę i odetchnęłam.Potem zaciągnęłam basiora do lochu i otoczyłam go barierą ochronną tak żeby nie mógł używać mocy. Kazałam jakiemuś wilkowi pilnować zdrajcy i poszłam do swojej jaskini.Uśmiechnęłam się sama do siebie.Czyż to nie ironia losu? Strażnik więzienny uwieziony w więzieniu którego sam pilnował?
Jednak potem spoważniałam i powiedziałam sama do siebie:
-Trzeba coś zrobić,ale zabicie Midale na pewno nie będzie tu odpowiednią rzeczą, bo to byłaby zemsta,a moje zachowanie byłoby identyczne jak zachowanie Arisa.Ja nie zamierzam zniżać się do jego poziomu...
<I jak mordki? Podoba wam się? Teraz to miałam wenę,oj tak.Niestety teraz wyjeżdżam,ale to nie zwalnia was z odpowiedzenia mi na opowiadanie,bo ja będę mimo to zaglądać na watahę,tylko po prostu wam nie odpiszę tak od razu :) Miduś,nie masz się czego bać,jak widzisz jednak cię oszczędzę. Miłego pisania! ;)>
Byłam wściekła.Byłam wściekła na Denę i na Midale. Byłam wściekła na wszystkich.Nikt w tym momencie nie potrafił mi pomóc...Wtem do jaskini wszedł Aris,Aris był jedyną osobą która mnie rozumiała i ostatnią osobą jaką chciałabym teraz widzieć...
-Witaj Beto!
-Jaka tam ze mnie beta, która rządzi się i skazuje niewinne wilki na śmierć,chociaż nie jest alfą...-Basior wyglądał na zaskoczonego - Dena tak twierdzi.-dodałam.
-Dena się myli,ona nawet o siebie nie potrafi zadbać...mówiłem że jej że jej dobre serce ją zgubi...ona nie słuchała i co? I teraz pewnie jest gdzieś sama z niebezpiecznym mordercą...-słuchałam monologu Arisa i zastanawiałam się czy mówi do mnie czy sam do siebie? On lubił mieć zawsze rację.Nagle moje rozmyślania przerwał jego głos skierowany do mnie:
-Mam rację nie?
-Co...?-odparłam zdezorientowana.
-Midale powinien już dawno nie żyć.-wyjaśnił Aris.
-Mhm...nie wiem już co myśleć. Tyle złego się stało przez niego...
-Święte słowa!Gdybyście posłuchali MNIE i zabili go od razu kiedy była taka sposobność to nic złego by się nie stało.Twoja Yo by wtedy żyła...-po tych słowach wszystko do mnie dotarło,Aris mydlił mi oczy. Podlizywał się mi żeby potem to wykorzystać,jednak poczekałam jeszcze chwilę nic nie mówiąc.To co powie może okazać się przydatne:
-...Alfa Yogani była zbyt łatwowierna,alfą powinien być ktoś,ktoś o żelaznych zasadach,ktoś przestrzegający sprawiedliwości,ktoś taki jak ty.-udawałam że połknęłam haczyk:
-O tak! Ja...i ty! Świetnie byśmy rządzili watahą,nasze rządy byłyby sprawiedliwe!
-Nie wiem czy byłbym godzien...-Aris cały czas zachowywał pozory.
-Oczywiście że byś był Arisie!
-Masz rację! Na co jeszcze czekamy! Nie ma alf,a są potrzebne,prawda? Będziemy rządzić lepiej i sprawiedliwiej! - Arisa kompletnie pochłonęła perspektywa zostania alfą.
-I tu cie mam! Kompletnie cię nie obchodzi śmierć Yo! Oj nie! Ty tylko na to czekałeś! Przyznaj się!
-Alfo! Alfo jak możesz tak mówić!Podejrzewasz mnie?!
-Nie nazywaj nie alfą! Nie jestem alfą i nigdy nie będę! Yo była dobrą alfą! A ty nie dorastasz jej do pięt!
-Ja!?Ja jako jedyny naprawdę cię rozumiem! Jak możesz tak mówić?!
-Nie! Nie Arisie! Ty mnie w ogóle nie rozumiesz! Nie żałujesz Yogani,ani nikogo z tej watahy! Myślisz tylko o sobie! Myślisz tylko o swoich starych zatargach z Midale! Myślisz tylko o zemście!-Kiedy to powiedziałam,Aris wstał i wbił we mnie wzrok,poczułam jak coś wdziera mi się w moje myśli i umysł. Krzyknęłam.On próbował kontrolować mi umysł...
-Aris przestań!Przestań!
-Błagaj mnie.-powiedział twardo po czym mimo woli zaczęłam mówić.
-Błagam cię Arisie! Władco najwyższy! Błagam uniżenie...-nie mogłam tego znieść, do czego on mnie zmuszał? Zmuszał mnie do gadania kompletnych głupot...
-Arisie najmądrzejszy i najwspanialszy!-Nie! Tak nie będzie! Wytężyłam całą swoją wolę,tworząc jakby barierę,niestety udało mi się tylko zniekształcić dźwięk wymawianych słów i zamiast mówić zaczęłam mruczeć niezrozumiałe słowa i kręcić się po jaskini nie kontrolując swojego ciała,działo się coś dziwnego,tak jakby jego moc i moja siła woli ścierały się ze sobą...Wirowałam w jaskini jak płatek śniegu na wietrze. Nagle przyszło mi coś do głowy:Trzeba zerwać kontakt wzrokowy,mój i Arisa, przecież moje ciało nie jest kontrolowane...Z całych sił spróbowałam powstrzymać nieopanowane ruchy ciała i ustać, udało mi się.Aris w osłupieniu patrzył na to co robię i wtedy ja wykorzystałam jego nieuwagę i wytworzyłam silny podmuch wiatru, który przewrócił Arisa na twardą posadzkę,a ten stracił przytomność od uderzenia i padł bezruchu. Ja zmęczona usiadłam na chwilę i odetchnęłam.Potem zaciągnęłam basiora do lochu i otoczyłam go barierą ochronną tak żeby nie mógł używać mocy. Kazałam jakiemuś wilkowi pilnować zdrajcy i poszłam do swojej jaskini.Uśmiechnęłam się sama do siebie.Czyż to nie ironia losu? Strażnik więzienny uwieziony w więzieniu którego sam pilnował?
Jednak potem spoważniałam i powiedziałam sama do siebie:
-Trzeba coś zrobić,ale zabicie Midale na pewno nie będzie tu odpowiednią rzeczą, bo to byłaby zemsta,a moje zachowanie byłoby identyczne jak zachowanie Arisa.Ja nie zamierzam zniżać się do jego poziomu...
<I jak mordki? Podoba wam się? Teraz to miałam wenę,oj tak.Niestety teraz wyjeżdżam,ale to nie zwalnia was z odpowiedzenia mi na opowiadanie,bo ja będę mimo to zaglądać na watahę,tylko po prostu wam nie odpiszę tak od razu :) Miduś,nie masz się czego bać,jak widzisz jednak cię oszczędzę. Miłego pisania! ;)>
wtorek, 25 kwietnia 2017
Od Deny CD Midale, Cajsim i Arisa
Po zasłonięciu przed ciosem Midale, zapadła ciemność. Ocknęłam się w jaskini medyka, Cajsim w milczeniu leczyła mnie. To tylko poturbowanie było jak dla mnie. Przez dłuższą chwilę się nie odzywałyśmy.
-Co z Midale?
-Uciekł- prychnęła.- A ty czemu go obroniłaś? Po tym co zrobił?! Zasługiwał na śmierć! A teraz zniknął, bezkarny.
Po tych słowach chciała znowu mnie leczyć ale zatrzymałam ruchem jej łapę, dźwigając się o własnych siłach. Spojrzałam na nią poważnie.
-Nikt nie zasługuje na śmierć- moje spojrzenie lekko schłodniało co ją zdziwiło, bo zawsze widywała mnie wesołą.- Nie wspomnę już o Arisie, był naszym wrogiem a został przyjęty. Akkarin...
-Nie mieszaj go do tego! Zabraniam porównywać go z nimi- podkreśliła z furią ostatnie słowo.
-Wydałaś sama wyrok stracenia na wilka, mimo, że nie jesteś Alfą a Betą.
-Co to ma do rzeczy? Miałam do tego prawo! Oron i Hoki to są jeszcze szczeniaki bez rodziców.
-I dlatego należy je uczyć sprawiedliwości a nie zła- odparłam kierując się do wyjścia. W progu jeszcze się zatrzymałam i spojrzałam na nią na odchodne.- Twoje serce i umysł są ukryte za chęcią zemsty i mordu. Dopóki to nie zniknie, cały czas będziesz popełniać błędy.
Wyszłam zostawiając wściekłą Cajsim. Zajrzałam do synów będących pod opieką Isil. Wiedziałam, że są w dobrych rękach. Cóż, pozostało mi szukać Midale bo inaczej nie będzie mi to dawało spokoju. Kierowałam się intuicją aby go znaleźć, zresztą nie pierwszy raz już tak robiłam.
Poruszałam się tak cały dzień, słońce zbliżało się ku zachodowi, watahę miałam daleko za ogonem a Midale nigdzie nie było. Wkrótce zauważyłam mały obszar, który był ogrodzony drzewami i coś mi kazało w tamtą stronę podążać. Nie, nie czułam zmęczenia po całym dniu chodzenia ale pozwoliłam sobie tam podejść.
Był tam. Leżał z głową opartą na łapach i wpatrywał się w niewielką taflę wody przed nim. Westchnęłam zadowolona, że w końcu na niego trafiłam, wtedy zauważył moją obecność i zaraz był obok patrząc z niedowierzaniem.
-Mam cię- powiedziałam rozbawiona wzruszając ramionami.
-Czemu ty...
-Martwiłam się o ciebie głupku, rozumiesz?
-Ale jak to? I czemu z rana mnie zasłoniłaś?- Spojrzałam na niego, bo podejrzewałam, że ma gorączkę. Nie, nie miał.
-Bo nie chciałam pozwolić aby Cajsim cię zabiła. Dalej jest w amoku po utracie przyjaciółki a w takim stanie może żałować później swoich decyzji.
-Ale ja powinienem zostać zgładzonym.
-Ale ja nie pozwalam.
-Jak to?
-To chyba nazywają przywiązaniem do kogoś- uśmiechnęłam się do niego wesoło. Dodałam zaraz ciszej- nie chcę znowu stracić kogoś równie cennego.
-Dena- Midale zrobił krok do przodu ale nagle między nami pojawiła ostra ściana z kryształu. Odwróciliśmy się szukając jego właściciela i wtedy zauważyliśmy. Jeden wilk od którego aż emitowało szaleństwo i szał. Trzęsło nim a z niego ulatywał dziwny ciemny dym. Dalej usłyszeliśmy biegnących członków watahy. Ale ten nie wyglądał za dobrze.
-Zdrada... Zdrada... Zapłać za zdradę!
Odskoczyliśmy w różne strony. W miejscu, gdzie stał sekundę wcześniej Midale wystrzelił kryształ. Podejrzewałam, że u mnie będzie to samo ale napastnik miał inny plan. Świst pod łapami i nagle wyrósł kryształ pode mną. Poczułam przeraźliwy ból jak przebił mnie równie łatwo, niczym nóż zatapiający się w ciepłym maśle. Czułam jak krew błyskawicznie ulatnia się z przebitych części ciała a z pyska także sączyła się strużka krwi. Midale podbiegł do mnie, wszystko zaczęło się rozmazywać.
-Hej... Cały... jesteś?- Charkałam z trudem usiłując patrzeć na niego. Kryształ nagle został odwołany, ciężko wylądowałam na ziemi pełnej mojej krwi. On coś powiedział ale nie zrozumiałam. Ostatkiem sił posłałam mu lekki uśmiech- To nic... Draśnięcie...
Po czym pochłonęła mnie głęboka ciemność a wszystko jakby ulatywało...
Midale? c:
-Co z Midale?
-Uciekł- prychnęła.- A ty czemu go obroniłaś? Po tym co zrobił?! Zasługiwał na śmierć! A teraz zniknął, bezkarny.
Po tych słowach chciała znowu mnie leczyć ale zatrzymałam ruchem jej łapę, dźwigając się o własnych siłach. Spojrzałam na nią poważnie.
-Nikt nie zasługuje na śmierć- moje spojrzenie lekko schłodniało co ją zdziwiło, bo zawsze widywała mnie wesołą.- Nie wspomnę już o Arisie, był naszym wrogiem a został przyjęty. Akkarin...
-Nie mieszaj go do tego! Zabraniam porównywać go z nimi- podkreśliła z furią ostatnie słowo.
-Wydałaś sama wyrok stracenia na wilka, mimo, że nie jesteś Alfą a Betą.
-Co to ma do rzeczy? Miałam do tego prawo! Oron i Hoki to są jeszcze szczeniaki bez rodziców.
-I dlatego należy je uczyć sprawiedliwości a nie zła- odparłam kierując się do wyjścia. W progu jeszcze się zatrzymałam i spojrzałam na nią na odchodne.- Twoje serce i umysł są ukryte za chęcią zemsty i mordu. Dopóki to nie zniknie, cały czas będziesz popełniać błędy.
Wyszłam zostawiając wściekłą Cajsim. Zajrzałam do synów będących pod opieką Isil. Wiedziałam, że są w dobrych rękach. Cóż, pozostało mi szukać Midale bo inaczej nie będzie mi to dawało spokoju. Kierowałam się intuicją aby go znaleźć, zresztą nie pierwszy raz już tak robiłam.
Poruszałam się tak cały dzień, słońce zbliżało się ku zachodowi, watahę miałam daleko za ogonem a Midale nigdzie nie było. Wkrótce zauważyłam mały obszar, który był ogrodzony drzewami i coś mi kazało w tamtą stronę podążać. Nie, nie czułam zmęczenia po całym dniu chodzenia ale pozwoliłam sobie tam podejść.
Był tam. Leżał z głową opartą na łapach i wpatrywał się w niewielką taflę wody przed nim. Westchnęłam zadowolona, że w końcu na niego trafiłam, wtedy zauważył moją obecność i zaraz był obok patrząc z niedowierzaniem.
-Mam cię- powiedziałam rozbawiona wzruszając ramionami.
-Czemu ty...
-Martwiłam się o ciebie głupku, rozumiesz?
-Ale jak to? I czemu z rana mnie zasłoniłaś?- Spojrzałam na niego, bo podejrzewałam, że ma gorączkę. Nie, nie miał.
-Bo nie chciałam pozwolić aby Cajsim cię zabiła. Dalej jest w amoku po utracie przyjaciółki a w takim stanie może żałować później swoich decyzji.
-Ale ja powinienem zostać zgładzonym.
-Ale ja nie pozwalam.
-Jak to?
-To chyba nazywają przywiązaniem do kogoś- uśmiechnęłam się do niego wesoło. Dodałam zaraz ciszej- nie chcę znowu stracić kogoś równie cennego.
-Dena- Midale zrobił krok do przodu ale nagle między nami pojawiła ostra ściana z kryształu. Odwróciliśmy się szukając jego właściciela i wtedy zauważyliśmy. Jeden wilk od którego aż emitowało szaleństwo i szał. Trzęsło nim a z niego ulatywał dziwny ciemny dym. Dalej usłyszeliśmy biegnących członków watahy. Ale ten nie wyglądał za dobrze.
-Zdrada... Zdrada... Zapłać za zdradę!
Odskoczyliśmy w różne strony. W miejscu, gdzie stał sekundę wcześniej Midale wystrzelił kryształ. Podejrzewałam, że u mnie będzie to samo ale napastnik miał inny plan. Świst pod łapami i nagle wyrósł kryształ pode mną. Poczułam przeraźliwy ból jak przebił mnie równie łatwo, niczym nóż zatapiający się w ciepłym maśle. Czułam jak krew błyskawicznie ulatnia się z przebitych części ciała a z pyska także sączyła się strużka krwi. Midale podbiegł do mnie, wszystko zaczęło się rozmazywać.
-Hej... Cały... jesteś?- Charkałam z trudem usiłując patrzeć na niego. Kryształ nagle został odwołany, ciężko wylądowałam na ziemi pełnej mojej krwi. On coś powiedział ale nie zrozumiałam. Ostatkiem sił posłałam mu lekki uśmiech- To nic... Draśnięcie...
Po czym pochłonęła mnie głęboka ciemność a wszystko jakby ulatywało...
Midale? c:
Od Midale do Deny, Cajsim i Arisa
Usłyszałem swój wyrok, odczytał go Aris, wiedziałem że się cieszył. Nie było mi jakoś specjalnie przykro z tego powodu. Na śmierć na pewno zasłużyłem na śmierć. Stanąłem i czekałem na wykonanie wyroku. Usłyszałem delikatny szmer kiedy Cajsim szykuje się do skoku. Wiedziałem, że zaraz wszystko się zakończy. Wyskok! Usłyszałem cichy jęk i upadające ciało. W tłumie przebiegł szmer, jedno imię, Dena. Zasłoniła mnie.
-Nie byłem tego godny- wyszeptałem.
Gdzieś niedaleko usłyszałem jadowity głos.
-Idiotka, mówiłem że jej dobre serce ją zgubi- warkną wściekle.
Zawrzało we mnie jednak nic nie dałem po sobie poznać. Jak on mógł! Nie miał prawa jej obrażać!
Odwróciłem się w jego stronę w jego stronę, nikt na mnie nie zwrócił uwagi. Przez chwilkę stałem tak w milczeniu. W pewnym momencie, bezgłośnie i bez ostrzeżenia skoczyłem na niego. Wygryzłem się w kark i wydarłem płat mięsa. Usłyszałem wściekł syk bólu.
-Nie masz prawa jej tak nazywać- warknąłem wściekle.
-Nie moja wina że jest głupia- wydobył z siebie jękliwy głos.
Podniosłem łapę i zadałem kolejny cios, tym razem w bok. Usłyszałem bolesny jęk. Po chwili poczułem lekki ból, ktoś mi się wgryzło w bok. Puściłem Arisa i zwaliłem siebie tego kogoś.
-Midale przestań- usłyszałem rozkazujący głos Cajsim.
-Nie zamierzam- odpowiedziałem wściekle- nie zamierzam!!!
Usłyszałem delikatny świst powietrznych strzał. Zasłoniłem się skrzydłem. Wszystkie trafiły do celu. Nie mogłem ich w żady sposób uniknąć. Zabolało, ale nieznacznie. Spojrzałem chyba w jej kierunku.
-Cajsim jeżeli szukasz swojego szczęścia w cierpieniu innych to błądzisz, nie jesteś sama na tym świecie.
Rozłożyłem skrzydła i wzbiłem się w powietrze, uciec, jedyne co mogłem zrobić to uciec poza tereny tej przeklętej watahy.
Cajsim, Dena, Aris? uprzedzając tak mam skrzydła ale Oron zapomniał o zmianie wyglądu...
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
Od Cajsim do Midale,Deny i Arisa
W celi zapanowała cisza, cisza przepełniona moją nienawiścią. Nienawidziłam Midale za to co zrobił. Pozbierałam się już po stracie Yo jednak na jego widok nienawiść i ból wróciły.Jego przeprosiny nic tu nie zmieniały. To co zrobił jest niewybaczalne. Jego słowa odbijały się ode mnie jak od góry lodowej. Nagle znów się odezwał:
-Wiem, że nie po to tu przyszłaś.
-Masz rację, przyszłam żeby powiedzieć ci jaką decyzję podjęłam w twojej sprawie.- mój głos był zimny i nieustępliwy, byłam pewna tego co postanowiłam jednak zawahałam się, przypominając sobie jego wzrok, wzrok żądny krwi, pełen nienawiści, a potem moją przyjaciółkę w kałuży krwi szybko odrzuciłam wahania i powiedziałam sobie "To za Yogani"...
- Niniejszym skazuję cię na śmierć.-tym razem ton mojego głosu był zupełnie wyprany z uczuć, zimny i pełen zawodu.Czułam na sobie wzrok Arisa. Był zszokowany ale i zadowolony. Midale odezwał się znowu:
-Nie będę się opierał. Całkowicie się z tobą zgadzam, ja zasługuje na śmierć.
-Nie! Ty nie zasługujesz na śmierć!-niespodziewanie Dena zakrzyknęła wbiegając do jaskini.-Caj błagam cię! Nie rób tego...on się zmieni.
-To jest sprawiedliwość. Zapłaci swoim życiem za życie Yogani. Zrobię to by ją pomścić.
-Zemsta nie jest sprawiedliwością. Proszę....
-Dosyć! Już postanowione. Przykro mi, ale Midale został skazany na śmierć, zapłaci za to co zrobił.-rzekłam zdecydowanym tonem i wyszłam szybkim krokiem z jaskini. Biegłam, lecz nie do jaskini. Biegłam gdzieś w góry, gdzieś daleko. Nie chciałam patrzeć na Denę ani na nikogo z tej watahy, chciałam być sama...
-Wiem, że nie po to tu przyszłaś.
-Masz rację, przyszłam żeby powiedzieć ci jaką decyzję podjęłam w twojej sprawie.- mój głos był zimny i nieustępliwy, byłam pewna tego co postanowiłam jednak zawahałam się, przypominając sobie jego wzrok, wzrok żądny krwi, pełen nienawiści, a potem moją przyjaciółkę w kałuży krwi szybko odrzuciłam wahania i powiedziałam sobie "To za Yogani"...
- Niniejszym skazuję cię na śmierć.-tym razem ton mojego głosu był zupełnie wyprany z uczuć, zimny i pełen zawodu.Czułam na sobie wzrok Arisa. Był zszokowany ale i zadowolony. Midale odezwał się znowu:
-Nie będę się opierał. Całkowicie się z tobą zgadzam, ja zasługuje na śmierć.
-Nie! Ty nie zasługujesz na śmierć!-niespodziewanie Dena zakrzyknęła wbiegając do jaskini.-Caj błagam cię! Nie rób tego...on się zmieni.
-To jest sprawiedliwość. Zapłaci swoim życiem za życie Yogani. Zrobię to by ją pomścić.
-Zemsta nie jest sprawiedliwością. Proszę....
-Dosyć! Już postanowione. Przykro mi, ale Midale został skazany na śmierć, zapłaci za to co zrobił.-rzekłam zdecydowanym tonem i wyszłam szybkim krokiem z jaskini. Biegłam, lecz nie do jaskini. Biegłam gdzieś w góry, gdzieś daleko. Nie chciałam patrzeć na Denę ani na nikogo z tej watahy, chciałam być sama...
***
Przed wschodem słońca stawiłam się na słonecznej polanie. Przygotowałam się do egzekucji. Gdy słońce zaczęło wychylać swe pierwsze promienie kazałam Arisowi wyprowadzić więźnia. Aris był bardzo zadowolony, od wczoraj tryskał energią i zapałem, ja nie czułam nic, ale byłam pewna tego co robię...
Cała wataha zebrała się na słonecznej polanie dookoła mnie,związanego więźnia i strażnika. Zaczęłam mówić:
-Niniejszym skazuje obecnego tutaj Midale na śmierć i oskarżam go o zabójstwo. Teraz zostaną odczytane jego winy.-potem Aris przeczytał winy Midale i ja odezwałam się znowu:
-Więźniu!Chciałbyś coś powiedzieć?
-Chciałem tylko powiedzieć że przepraszam was wszystkich za to co zrobiłem i tak,przyznaje się do tego.
-Dobrze możemy więc zaczynać pojedynek. Rozwiązać więźnia!-Aris posłusznie rozwiązał Midale i widziałam że szepnął mu coś do ucha, a potem pchnął Midale na środek polany.
Skoczyłam z furią i siłą na Midale jednak nie trafiłam na niego, a na Denę. Ochroniła Midale przed ciosem jak tarcza. Wstałam otrzepałam się i spojrzałam na Denę.
<Midale? Dena? Aris? Przepraszam że musieliście tyle czekać. >
piątek, 21 kwietnia 2017
Od Cajsim do Lanarda, Carey i Ceres
Aditi i Elenda poszły na jakąś "wyprawę" w stronę Gór siedmiu wichur. Bez dłuższego namysłu postanowiłam również wybrać się na spacer. Opuściłam jaskinię i pobiegłam w stronę Brzozowego zagajnika. Na jego granicy, w promieniach słońca ujrzałam Carey i jakiegoś basiora o brązowym futrze. Zbliżyłam się do nich i przywitałam Carey:
-Witaj Carey-uśmiechnęłam się do wadery- kto to jest?
-Jakiś denerwujący pół produkt- warknęła
-Car, ja jestem całkowicie normalny...-odezwał się "denerwujący pół produkt"
-Oczywiście-powiedziała Carey z politowaniem spoglądając na basiora ironicznie.
Carey chyba miała jeden ze swoich gorszych dni ,a on musiał bardzo ją zdenerwować...nawet trochę mu współczuję, wszyscy wiemy że z Carey lepiej nie zadzierać...
Spojrzałam na basiora pytająco
-Jestem Len- wyszczerzył się do mnie, pokazując wszystkie swoje białe zęby.
-Cajsim- odpowiedziałam niepewnie.
Nastała niezręczna cisza. Len zaczął objadać się rosnącymi na łące stokrotkami. Carey wściekła do granic możliwości skoczyła na niego, przygważdżając basiora do ziemi.
-Ile razy mam ci mówić!!! Ty tępy półgłówku!-wrzasnęła.
-Ja nie jestem żadnym półgłówkiem! To nie ja jestem dziwny tylko ty! Wkurzasz się na mnie bo zjadłem kilka kwiatków!-Wykrzyknął Len podnosząc się z ziemi. No to już po nim pomyślałam.
-Ty...bezczelny złodzieju!-Wściekła się Carey. Byłam wręcz pewna że dojdzie do bójki. I to o jakiś kompletny pierdół! Nienawidzę takich sytuacji.
-Dosyć tego!- stanęłam pomiędzy nimi podnosząc głos.-Przestańcie się kłócić!
-Ale on wszedł na nasze terytorium i obżerał się trawą!
-Ja nie wiedziałem że to wasze terytorium.
-To już twój problem, nie nasz, prawda Caj?-Spojrzała na mnie pytająco Carey. Nie wiedziałam co zrobić. Po raz pierwszy w życiu kompletnie nie wiedziałam co zrobić...odezwałam się:
-Emm...Wiecie,to trochę taki zbieg okoliczności...-potem uśmiechnęłam się i pytałam Lena wesołym głosem:-Czyli rozumiem, że jesteś wilkiem wegetarianinem tak?
-No wiesz...czasem lubię sobie podjeść roślinki- wyszczerzył się znowu. Faktycznie był trochę dziwny,ale nie będę oceniać książki po okładce.
-Car? Chodź tutaj,co proponujesz z nim zrobić?
-O super! Skończyliście już swoją pogawędkę i wreszcie mogę się odezwać...no więc, ja proponuje odtransportować tego wnerwiającego pana daleko poza nasze granice, czyli jednym słowem: pozbyć się go.Ale to do ciebie należy decyzja.- rzekła Carey z niechęcią.
-Dobrze...więc....Len, przeproś Carey za to, że ją zdenerwowałeś.- powiedziałam.Len nagle zrobił się poważny i jakby oschły.
-Przepraszam.-rzekł nie spoglądając na Carey,ale mimo to ukłonił się przed nią nisko. Byłam pod wrażeniem, myślałam że trudniej pójdzie.Wadera niechętnie podała łapę na zgodę.Nagle przyszedł mi pomysł do głowy:
-Skąd pochodzisz?-zapytałam Lena.
-Z takiej jednej watahy...ale to nieważne, nie chce o tym mówić...-odpowiedział oschle.
-Hmm...dobrze. Czy chciałbyś dołączyć do naszej watahy?-uśmiechnęłam się. W tym momencie nie wiedziałam kto był bardziej zszokowany:Carey czy Len.
-Nie pochwalam tego, ale to w końcu twój wybór.- uspokoiła się Car.Pewnie i tak się nie zgodzi...pomyślałam
-Tak...chciałbym.-moje zaskoczenie sięgało granic.
-Dobrze,w takim razie jakie chciałbyś zająć stanowisko?-spytałam wymieniając wszystkie,jednak on zapytał:
-A jest coś takiego jak łącznik z zaświatami czy coś w tym stylu?
-Mhm. Zgadzam się żebyś nim był, myślę że się nadajesz.
Po złożeniu przysięgi ja, Carey i Lenardo ruszyliśmy w stronę domu.
-Cieszymy się że możemy cię gościć w naszej watasze, prawda Car?
-Mhm-odpowiedziała Carey z jeszcze większą niechęcią niż ostatnio. Zbierało się na deszcz. Już chcieliśmy iść gdy nagle zza drzewa wyszła wadera o szaro niebieskim futrze.
-O kogo my tu mamy? Szanowna beto, to jest moja uciekinierka.- Carey rzekła z udawanym uśmiechem.
-Witam....Jestem Ceres.-powiedziała wadera nieśmiało.
<Len? Carey? Ceres?>
540 słów
-Witaj Carey-uśmiechnęłam się do wadery- kto to jest?
-Jakiś denerwujący pół produkt- warknęła
-Car, ja jestem całkowicie normalny...-odezwał się "denerwujący pół produkt"
-Oczywiście-powiedziała Carey z politowaniem spoglądając na basiora ironicznie.
Carey chyba miała jeden ze swoich gorszych dni ,a on musiał bardzo ją zdenerwować...nawet trochę mu współczuję, wszyscy wiemy że z Carey lepiej nie zadzierać...
Spojrzałam na basiora pytająco
-Jestem Len- wyszczerzył się do mnie, pokazując wszystkie swoje białe zęby.
-Cajsim- odpowiedziałam niepewnie.
Nastała niezręczna cisza. Len zaczął objadać się rosnącymi na łące stokrotkami. Carey wściekła do granic możliwości skoczyła na niego, przygważdżając basiora do ziemi.
-Ile razy mam ci mówić!!! Ty tępy półgłówku!-wrzasnęła.
-Ja nie jestem żadnym półgłówkiem! To nie ja jestem dziwny tylko ty! Wkurzasz się na mnie bo zjadłem kilka kwiatków!-Wykrzyknął Len podnosząc się z ziemi. No to już po nim pomyślałam.
-Ty...bezczelny złodzieju!-Wściekła się Carey. Byłam wręcz pewna że dojdzie do bójki. I to o jakiś kompletny pierdół! Nienawidzę takich sytuacji.
-Dosyć tego!- stanęłam pomiędzy nimi podnosząc głos.-Przestańcie się kłócić!
-Ale on wszedł na nasze terytorium i obżerał się trawą!
-Ja nie wiedziałem że to wasze terytorium.
-To już twój problem, nie nasz, prawda Caj?-Spojrzała na mnie pytająco Carey. Nie wiedziałam co zrobić. Po raz pierwszy w życiu kompletnie nie wiedziałam co zrobić...odezwałam się:
-Emm...Wiecie,to trochę taki zbieg okoliczności...-potem uśmiechnęłam się i pytałam Lena wesołym głosem:-Czyli rozumiem, że jesteś wilkiem wegetarianinem tak?
-No wiesz...czasem lubię sobie podjeść roślinki- wyszczerzył się znowu. Faktycznie był trochę dziwny,ale nie będę oceniać książki po okładce.
-Car? Chodź tutaj,co proponujesz z nim zrobić?
-O super! Skończyliście już swoją pogawędkę i wreszcie mogę się odezwać...no więc, ja proponuje odtransportować tego wnerwiającego pana daleko poza nasze granice, czyli jednym słowem: pozbyć się go.Ale to do ciebie należy decyzja.- rzekła Carey z niechęcią.
-Dobrze...więc....Len, przeproś Carey za to, że ją zdenerwowałeś.- powiedziałam.Len nagle zrobił się poważny i jakby oschły.
-Przepraszam.-rzekł nie spoglądając na Carey,ale mimo to ukłonił się przed nią nisko. Byłam pod wrażeniem, myślałam że trudniej pójdzie.Wadera niechętnie podała łapę na zgodę.Nagle przyszedł mi pomysł do głowy:
-Skąd pochodzisz?-zapytałam Lena.
-Z takiej jednej watahy...ale to nieważne, nie chce o tym mówić...-odpowiedział oschle.
-Hmm...dobrze. Czy chciałbyś dołączyć do naszej watahy?-uśmiechnęłam się. W tym momencie nie wiedziałam kto był bardziej zszokowany:Carey czy Len.
-Nie pochwalam tego, ale to w końcu twój wybór.- uspokoiła się Car.Pewnie i tak się nie zgodzi...pomyślałam
-Tak...chciałbym.-moje zaskoczenie sięgało granic.
-Dobrze,w takim razie jakie chciałbyś zająć stanowisko?-spytałam wymieniając wszystkie,jednak on zapytał:
-A jest coś takiego jak łącznik z zaświatami czy coś w tym stylu?
-Mhm. Zgadzam się żebyś nim był, myślę że się nadajesz.
Po złożeniu przysięgi ja, Carey i Lenardo ruszyliśmy w stronę domu.
-Cieszymy się że możemy cię gościć w naszej watasze, prawda Car?
-Mhm-odpowiedziała Carey z jeszcze większą niechęcią niż ostatnio. Zbierało się na deszcz. Już chcieliśmy iść gdy nagle zza drzewa wyszła wadera o szaro niebieskim futrze.
-O kogo my tu mamy? Szanowna beto, to jest moja uciekinierka.- Carey rzekła z udawanym uśmiechem.
-Witam....Jestem Ceres.-powiedziała wadera nieśmiało.
<Len? Carey? Ceres?>
540 słów
czwartek, 20 kwietnia 2017
Przepraszam
TAK. Trochę mnie poniosło i TAK nie było to uprzejme i TAK możesz usunąć Eliosa, ale NIE zrobiłem tego dla przyjemności, tylko po to, by trochę pomóc w no wiecie... Alfy mnie zaraz rozszarpią (jak harpie), bo się tu pojawiłem znowu, więc... *odgłos łamanych kości i moje krzyki*
środa, 19 kwietnia 2017
Uwaga!
Każdy wilk, który jest zagrożony, aby nie trafić do więzienia, musi w przeciągu trzech dni napisać opowiadanie lub zgłosić pod tym postem nieobecności (w ostateczności odejście)
~ Przyszła alfa Hoki
~ Przyszła alfa Hoki
wtorek, 18 kwietnia 2017
Od Hoki CD Aditi, Aidany i Elendy
Dzień zapowiadał się cudownie! Jako trzy tygodniowy szczeniak czułam się bardzo dorośle. Truchtałam sobie niedaleko jaskiń odkrywając świat. Wtem wpadłam na Aditi
- Hej! Prawda, że dziś pięknie? - spytałam szczędząc się jak wariatka
- Masz rację - odparła, z charakterystycznym dla siebie spokojem
- Chciałbyś się do mnie przyłączyć?
- A co robisz?
- Odkrywam świat!
- Dobra! Idę z tobą!
- Choć. Może uda nam się namówić też Aidane.
- Chłopaków nie bierzemy?
- No coś ty! To będzie dziewczęca wyprawa!
- Super! Elende też zabierzemy!
- Za chwilę spotkajmy się przy zielonym głazie!
W tym momencie poszłyśmy po resztę naszej kompanii.
< Wybaczcie, że tak krótko ale brakus wenus>
- Hej! Prawda, że dziś pięknie? - spytałam szczędząc się jak wariatka
- Masz rację - odparła, z charakterystycznym dla siebie spokojem
- Chciałbyś się do mnie przyłączyć?
- A co robisz?
- Odkrywam świat!
- Dobra! Idę z tobą!
- Choć. Może uda nam się namówić też Aidane.
- Chłopaków nie bierzemy?
- No coś ty! To będzie dziewczęca wyprawa!
- Super! Elende też zabierzemy!
- Za chwilę spotkajmy się przy zielonym głazie!
W tym momencie poszłyśmy po resztę naszej kompanii.
< Wybaczcie, że tak krótko ale brakus wenus>
Od Lena CD Carey i Ceres i jeszcze Cajsim. 3xC XD
Nic mnie już chyba nie zdziwi, tak wiem że brzmi to dziwnie w ustach wilka jedzącego rośliny i rozmawiającego z duchami. Wszyscy do tej pory uznawali mnie za obłąkanego i szczerze mówiąc raczej wątpię że to się kiedyś zmieni. Ale i tak uważam że nic mnie nie zdziwi. Jednego dnia w przeciągu niespełna godziny spotkać dwie dosyć dziwne wadery to nawet jak dla mnie nadmiar szczęścia. Właśnie jedna mierzyła mnie zirytowanym spojrzeniem a druga była nie do końca obecna tak jakby. Nie bardzo wiedziałem co powinienem zrobić więc znowu zacząłem podgryzać trawkę, oczywiście ta czarna szybko zareagowała.
-Przecież zabroniłam- warknęła.
-No wiem wiem, ale nie mam nic do roboty, a najlepszym sposobem na zabicie czasu jest jedzenie.
Raczej nie poprawiłem tym zbytnio swoje sytuacji, czarna wadera wydawała się jeszcze bardziej zdenerwowana. Jednak nic nie powiedziała, na szczęście, z waderami to przeważnie tak jest że jak się wściekną i zaczną gadać to to się nigdy nie kończy. Jednak patrzyła się na mnie tak jakby chciała mnie co najmniej poćwiartować.
-Proszę, nie zabijaj wzrokiem- uśmiechnąłem się do niej.
Odwróciła się i ruszyła do przodu, po kilku krokach się odwróciła i dała nam do zrozumienia że mamy iść za nią. Ruszyłem powoli obok Ceres. Nie znalem jej za dobrze, wiem o niej tylko tyle że zaskoczyła mnie podczas śniadania, ale przynajmniej ją jako tako znam. Niestety nie mogę tego powiedzieć o tej czarnej. Dalej jej imię pozostawało dla mnie zagadką. Nie bardzo lubię tajemnice więc postanowiłem sie jej trochę podpytać o to i owo. Podbiegłem żeby się z nią zrównać.
-Hej, jak masz na imię?
Wadera wywróciła oczami.
-Carey.
-A ja Lenardo, ale wolę jak się do mnie mówi Len, a ty masz jakieś zdrobnienie?
-Car.
-Świetnie, Car, to w takim razie gdzie nas prowadzisz?
-Nie pozwoliłam ci tak do mnie mówić.
Spojrzałem na nią zdziwiony.
-A zabroniłaś?
Nie odpowiedziała, tak, znowu robiłem z siebie idiotę, znowu zachowywałem się jak szczeniak ale co ja poradzę że lubię? Nic nie poradzę.
-A gdzie nas prowadzisz?- powtórzyłem nieco poważniejszym tonem niż poprzednio.
-Do naszej bety, do Cajsim.
Aha, świetnie, czyli wiem tyle co poprzednio tylko że tym razem znam jeszcze jakieś imię które mi nic nie mówi, po prostu świetnie. Spojrzałem na drzewo obok którego przechodziliśmy i aż mnie ciarki przeszły. Widniały na nim ślady pazurów, jednak było w nich coś niepokojącego. Jaki normalny wilk tyle razy zadawał by cios drzewu? i to w dodatku martwemu?
-Co to?- zapytałem naszej małomównej przewodniczki.
Spojrzała w kierunku drzewa z nudą i flegmatycznie odpowiedziała.
-Albo ślady po wojnie, albo ślady Midale.
-Wielkie dzięki za bardzo jasne wyjaśnienie...
Nie wiem czy dało się bardziej zirytować niż zrobiłem to w tej chwili, wbiła we mnie nienawistne spojrzenie i chyba tylko siłą woli powstrzymywała się od zaatakowania mnie.
-Przestań zadawać idiotyczne pytania- wycedziła przez zaciśnięte zęby.
-Hej, bez nerwów, przecież nie chciałem cię zdenerwować- raczej nie uwierzyła ale przynajmniej przestała mnie mordować wzrokiem. Ruszyła przed siebie szybciej niż dotychczas. Biegliśmy tak przez jakieś pół godziny. Wybiegliśmy z lasu na jakąś przepiękną polankę. Było na niej wile kwiatów ale tylko jeden przykuł moją uwagę. Wielki biały błyszczący w słońcu kielich lilji polnej. Podbiegłem do niej i pochyliłem się. Miała wręcz odurzający zapach. Nie zastanawiając się nad tym zbyt długo kłapnąłem zębami i po chwili delektowałem się jej smakiem. Zauważyłem biegnącą w moim kierunku wściekłą do granic możliwości Car.
-Mówiłam ci że ci zabraniam!!!!!- darła się na mnie.
-Ty nawet nie wiesz jaka ta lilja była dobra- odpowiedziałem jej rozmarzonym tonem.
-Niewiele mnie to interesuje - warknęła, odwróciła się i zaczęła rozglądać, ja też. Zauważyłem to jakiś czas temu ale nie chciałem nic mówić. Ceres gdzieś wyparowała.
-Pięknie, nie umiem nawet wilka upilnować-jęknęła zrezygnowana
-Mnie pilnujesz całkiem dobrze-uśmiechnąłem się do niej.
-Ty się nie liczysz...
-a co ja jakiś pół produkt czy jak? warknąłem oburzony.
Nie odpowiedziała, skupiła wzrok na biegnącej w naszym kierunku jakiejś waderze. Była biało kremowa.
Po niedługiej chwili była jakieś 10 metrów od nas i znacznie zwolniła.
-Witaj Carey- przywitała ją uśmiechem- kto to jest?
-Jakiś denerwujący pół produkt- warknęła
-Car, ja jestem całkowicie normalny...
-Oczywiście
Biało kremowa wadera spojrzała na mnie pytając.
-Jestem Len- wyszczerzyłem się do niej.
-Cajsim- odpowiedziała niepewnie
Spojrzałem na nią badawczo, w sumie inaczej wyobrażałem sobie betę ale nic to.
3xC????
-Przecież zabroniłam- warknęła.
-No wiem wiem, ale nie mam nic do roboty, a najlepszym sposobem na zabicie czasu jest jedzenie.
Raczej nie poprawiłem tym zbytnio swoje sytuacji, czarna wadera wydawała się jeszcze bardziej zdenerwowana. Jednak nic nie powiedziała, na szczęście, z waderami to przeważnie tak jest że jak się wściekną i zaczną gadać to to się nigdy nie kończy. Jednak patrzyła się na mnie tak jakby chciała mnie co najmniej poćwiartować.
-Proszę, nie zabijaj wzrokiem- uśmiechnąłem się do niej.
Odwróciła się i ruszyła do przodu, po kilku krokach się odwróciła i dała nam do zrozumienia że mamy iść za nią. Ruszyłem powoli obok Ceres. Nie znalem jej za dobrze, wiem o niej tylko tyle że zaskoczyła mnie podczas śniadania, ale przynajmniej ją jako tako znam. Niestety nie mogę tego powiedzieć o tej czarnej. Dalej jej imię pozostawało dla mnie zagadką. Nie bardzo lubię tajemnice więc postanowiłem sie jej trochę podpytać o to i owo. Podbiegłem żeby się z nią zrównać.
-Hej, jak masz na imię?
Wadera wywróciła oczami.
-Carey.
-A ja Lenardo, ale wolę jak się do mnie mówi Len, a ty masz jakieś zdrobnienie?
-Car.
-Świetnie, Car, to w takim razie gdzie nas prowadzisz?
-Nie pozwoliłam ci tak do mnie mówić.
Spojrzałem na nią zdziwiony.
-A zabroniłaś?
Nie odpowiedziała, tak, znowu robiłem z siebie idiotę, znowu zachowywałem się jak szczeniak ale co ja poradzę że lubię? Nic nie poradzę.
-A gdzie nas prowadzisz?- powtórzyłem nieco poważniejszym tonem niż poprzednio.
-Do naszej bety, do Cajsim.
Aha, świetnie, czyli wiem tyle co poprzednio tylko że tym razem znam jeszcze jakieś imię które mi nic nie mówi, po prostu świetnie. Spojrzałem na drzewo obok którego przechodziliśmy i aż mnie ciarki przeszły. Widniały na nim ślady pazurów, jednak było w nich coś niepokojącego. Jaki normalny wilk tyle razy zadawał by cios drzewu? i to w dodatku martwemu?
-Co to?- zapytałem naszej małomównej przewodniczki.
Spojrzała w kierunku drzewa z nudą i flegmatycznie odpowiedziała.
-Albo ślady po wojnie, albo ślady Midale.
-Wielkie dzięki za bardzo jasne wyjaśnienie...
Nie wiem czy dało się bardziej zirytować niż zrobiłem to w tej chwili, wbiła we mnie nienawistne spojrzenie i chyba tylko siłą woli powstrzymywała się od zaatakowania mnie.
-Przestań zadawać idiotyczne pytania- wycedziła przez zaciśnięte zęby.
-Hej, bez nerwów, przecież nie chciałem cię zdenerwować- raczej nie uwierzyła ale przynajmniej przestała mnie mordować wzrokiem. Ruszyła przed siebie szybciej niż dotychczas. Biegliśmy tak przez jakieś pół godziny. Wybiegliśmy z lasu na jakąś przepiękną polankę. Było na niej wile kwiatów ale tylko jeden przykuł moją uwagę. Wielki biały błyszczący w słońcu kielich lilji polnej. Podbiegłem do niej i pochyliłem się. Miała wręcz odurzający zapach. Nie zastanawiając się nad tym zbyt długo kłapnąłem zębami i po chwili delektowałem się jej smakiem. Zauważyłem biegnącą w moim kierunku wściekłą do granic możliwości Car.
-Mówiłam ci że ci zabraniam!!!!!- darła się na mnie.
-Ty nawet nie wiesz jaka ta lilja była dobra- odpowiedziałem jej rozmarzonym tonem.
-Niewiele mnie to interesuje - warknęła, odwróciła się i zaczęła rozglądać, ja też. Zauważyłem to jakiś czas temu ale nie chciałem nic mówić. Ceres gdzieś wyparowała.
-Pięknie, nie umiem nawet wilka upilnować-jęknęła zrezygnowana
-Mnie pilnujesz całkiem dobrze-uśmiechnąłem się do niej.
-Ty się nie liczysz...
-a co ja jakiś pół produkt czy jak? warknąłem oburzony.
Nie odpowiedziała, skupiła wzrok na biegnącej w naszym kierunku jakiejś waderze. Była biało kremowa.
Po niedługiej chwili była jakieś 10 metrów od nas i znacznie zwolniła.
-Witaj Carey- przywitała ją uśmiechem- kto to jest?
-Jakiś denerwujący pół produkt- warknęła
-Car, ja jestem całkowicie normalny...
-Oczywiście
Biało kremowa wadera spojrzała na mnie pytając.
-Jestem Len- wyszczerzyłem się do niej.
-Cajsim- odpowiedziała niepewnie
Spojrzałem na nią badawczo, w sumie inaczej wyobrażałem sobie betę ale nic to.
3xC????
Od Midale CD Deny do Cajsim i Arisa
Wyszła, ale powiedziała że wróci. Podniosła mnie na duchu, dobrze było wiedzieć że nie jesteś sam na tym świecie i że jest ktoś kto mimo wszystkiego stanie po twojej stronie. Cokolwiek się ze mną stanie nigdy o niej nie zapomnę. Obawiałem się tylko jednej rzeczy, on powiedział że jeszcze mu się przydam. Ale póki co zostawił mnie w spokoju. Muszę się w końcu zmienić, ale tym razem naprawdę.
Przerwały mi czyjeś odgłosy kroków. Znałem je doskonale, te kroki mogły należeć tylko do jednej osoby.
-Aris- powiedziałem niezbyt głośno.
-No proszę proszę- odpowiedział jadowicie- pomimo ślepoty nadal mnie rozpoznajesz.
-Słuchu jeszcze nie straciłem- odpowiedziałem chłodno.
Basior znacznie się przybliżył do mojej celi, czułem to i też słyszałem.
-Dena tu była prawda?- zapytał kompletnie od czapy.
-Tak
-Jej serce jest przepełnione miłością, a miłość jest ślepa- warkną wściekle
-Co ci to przeszkadza- spojrzałem chyba w jego kierunku- zapominasz po której stronie jesteś, a myślałem że to ja straciłem pamięć.
Odpowiedziała mi głucha cisza, najwyraźniej nieco się zaczynał denerwować.
-Ty się chyba nigdy nie zmienisz Biały.
-Masz rację, ja tylko zmieniam tego komu służę.- stwierdził z lekkim zadowoleniem
Przez chwilę znowu było cicho, ale niestety nie na długo.
-Midale, kiedyś pozazdrościłem ci mocy, nawet można powiedzieć że cię podziwiałem- usłyszałem drwiący śmiech- nawet nie wiesz jak zabawnie widzieć ciebie, ulubieńca naszego pana.
-On nie jest moim panem!!!- warknąłem.
-Jest, dalej wiąże cię przysięga- znowu się zaśmiał- wiesz jak zabawnie jest widzieć kogoś takiego jak ty, kogoś kto był generałem naszego pana, siedzącego za kratkami, oślepionego i bezsilnego? Niedługo sąd zadecyduje o twojej przyszłości, a ty po prostu się temu poddasz. Jesteś żałosny.
Poczułem jak do mojego umysłu wpełzają obrzydliwe macki czyiś myśli, próbował mnie kontrolować.
-Leżeć- wysyczał wściekle.
Nie mogłem się sprzeciwić, powoi zacząłem się kłaść na ziemi. Prawie już leżałem kiedy odzyskałem kontrolę, Zerwałem się i odepchnąłem myśli Arisa. Wtedy stało się coś czego nie przewidziałem, zwarcie, cisnęło nim o ścianę, mną zresztą też. Wstałem i wyprostowałem się dumnie.
-Zanim coś powiesz przemyśl to kilka razy- powiedziałem.
Słyszałem jak wstawał, chyba poobijał się nieco bardziej niż ja. Uśmiechnąłem się lekko.
Nagle rozległy się jeszcze jedne kroki, tych jednak nie rozpoznałem, kimkolwiek był szedł w moją stronę.
Zatrzymał się niedaleko Arisa i przez chwilę chyba obserwował, ale nie wiem.
-Powiesz mi może co się tu stało?- jej głos był zimny, to była Cajsim.
-Nic, takiego- głos Arisa był przesycony wściekłością.
-To dobrze- słychać było niedowierzania - może byś mnie przepuścił?
-Oczywiście.
Teraz stała naprzeciwko mnie, jednak nie weszła do celi. Widziałem ją, znowu tamtą poranioną i leżącą pod drzewem, jednak teraz stała koło niej Yogani, z rozdartym bokiem. Nie, czemu musiałem na to cały czas patrzeć.
-Przepraszam- sam nie wiem do kogo to powiedziałem, czy do tej czy do widmowej Cajsim, a może do Yogani- przepraszam za wszystko.
-Cieszę się że przepraszasz, jednak to nie zwróci krzywd które wyrządziłeś tej watasze- odpowiedziała chłodno ale mimo tego słychać było że głos jej się łamie.- za to nie ma wybaczenia.
Znowu zapadła cisza, tym razem jednak była długa i ciężka. Nie wiem ile ona trwała, jednak postanowiłem ją przerwać.
-Wiem że nie po to tu przyszłaś.
-Masz rację, przyszłam żeby powiedzieć ci jaką decyzję podjęłam w twojej sprawie.
Cajsim, Dena, Aris?
Przerwały mi czyjeś odgłosy kroków. Znałem je doskonale, te kroki mogły należeć tylko do jednej osoby.
-Aris- powiedziałem niezbyt głośno.
-No proszę proszę- odpowiedział jadowicie- pomimo ślepoty nadal mnie rozpoznajesz.
-Słuchu jeszcze nie straciłem- odpowiedziałem chłodno.
Basior znacznie się przybliżył do mojej celi, czułem to i też słyszałem.
-Dena tu była prawda?- zapytał kompletnie od czapy.
-Tak
-Jej serce jest przepełnione miłością, a miłość jest ślepa- warkną wściekle
-Co ci to przeszkadza- spojrzałem chyba w jego kierunku- zapominasz po której stronie jesteś, a myślałem że to ja straciłem pamięć.
Odpowiedziała mi głucha cisza, najwyraźniej nieco się zaczynał denerwować.
-Ty się chyba nigdy nie zmienisz Biały.
-Masz rację, ja tylko zmieniam tego komu służę.- stwierdził z lekkim zadowoleniem
Przez chwilę znowu było cicho, ale niestety nie na długo.
-Midale, kiedyś pozazdrościłem ci mocy, nawet można powiedzieć że cię podziwiałem- usłyszałem drwiący śmiech- nawet nie wiesz jak zabawnie widzieć ciebie, ulubieńca naszego pana.
-On nie jest moim panem!!!- warknąłem.
-Jest, dalej wiąże cię przysięga- znowu się zaśmiał- wiesz jak zabawnie jest widzieć kogoś takiego jak ty, kogoś kto był generałem naszego pana, siedzącego za kratkami, oślepionego i bezsilnego? Niedługo sąd zadecyduje o twojej przyszłości, a ty po prostu się temu poddasz. Jesteś żałosny.
Poczułem jak do mojego umysłu wpełzają obrzydliwe macki czyiś myśli, próbował mnie kontrolować.
-Leżeć- wysyczał wściekle.
Nie mogłem się sprzeciwić, powoi zacząłem się kłaść na ziemi. Prawie już leżałem kiedy odzyskałem kontrolę, Zerwałem się i odepchnąłem myśli Arisa. Wtedy stało się coś czego nie przewidziałem, zwarcie, cisnęło nim o ścianę, mną zresztą też. Wstałem i wyprostowałem się dumnie.
-Zanim coś powiesz przemyśl to kilka razy- powiedziałem.
Słyszałem jak wstawał, chyba poobijał się nieco bardziej niż ja. Uśmiechnąłem się lekko.
Nagle rozległy się jeszcze jedne kroki, tych jednak nie rozpoznałem, kimkolwiek był szedł w moją stronę.
Zatrzymał się niedaleko Arisa i przez chwilę chyba obserwował, ale nie wiem.
-Powiesz mi może co się tu stało?- jej głos był zimny, to była Cajsim.
-Nic, takiego- głos Arisa był przesycony wściekłością.
-To dobrze- słychać było niedowierzania - może byś mnie przepuścił?
-Oczywiście.
Teraz stała naprzeciwko mnie, jednak nie weszła do celi. Widziałem ją, znowu tamtą poranioną i leżącą pod drzewem, jednak teraz stała koło niej Yogani, z rozdartym bokiem. Nie, czemu musiałem na to cały czas patrzeć.
-Przepraszam- sam nie wiem do kogo to powiedziałem, czy do tej czy do widmowej Cajsim, a może do Yogani- przepraszam za wszystko.
-Cieszę się że przepraszasz, jednak to nie zwróci krzywd które wyrządziłeś tej watasze- odpowiedziała chłodno ale mimo tego słychać było że głos jej się łamie.- za to nie ma wybaczenia.
Znowu zapadła cisza, tym razem jednak była długa i ciężka. Nie wiem ile ona trwała, jednak postanowiłem ją przerwać.
-Wiem że nie po to tu przyszłaś.
-Masz rację, przyszłam żeby powiedzieć ci jaką decyzję podjęłam w twojej sprawie.
Cajsim, Dena, Aris?
Od Noe CD Deny
Wadera miała rację, mogłoby to źle wyglądać.
-To, co ruszamy teraz?
Spytałem waderę.
-Najlepiej byłoby teraz.
-Racja.
Ruszyliśmy w poszukiwaniu tajemniczego szkieletu, w parę chwil dotarliśmy pod puszczę. Postanowiliśmy poszukać, jakichkolwiek śladów. Ja poszedłem w lewo, a wadera w lewo.~ziemia jest okrągła to dowód xD, Dena. Było południe, więc wszystko było dokładnie widać, już po paru minutach znalazłem ślady, gościa spod ziemi.
-Dena!
-Tak?
-Chodź tu!
-Znalazłeś coś?
-Ta. Mam tu trop naszego przybysza.
Ruszyliśmy za śladami tajemniczego gościa, po dłuższym czasie ślady weszły w głąb puszczy. Widząc to, wadera się zatrzymał.
-Co jest?
-Jeszcze nie teraz, najpierw chce zobaczyć, co ma zamiar zrobić.
-No.... Dobra, poczekamy tam.
Mówiąc to, złapałem, waderę i wskoczyłem na drzewo.
(Dena)
-To, co ruszamy teraz?
Spytałem waderę.
-Najlepiej byłoby teraz.
-Racja.
Ruszyliśmy w poszukiwaniu tajemniczego szkieletu, w parę chwil dotarliśmy pod puszczę. Postanowiliśmy poszukać, jakichkolwiek śladów. Ja poszedłem w lewo, a wadera w lewo.
-Dena!
-Tak?
-Chodź tu!
-Znalazłeś coś?
-Ta. Mam tu trop naszego przybysza.
Ruszyliśmy za śladami tajemniczego gościa, po dłuższym czasie ślady weszły w głąb puszczy. Widząc to, wadera się zatrzymał.
-Co jest?
-Jeszcze nie teraz, najpierw chce zobaczyć, co ma zamiar zrobić.
-No.... Dobra, poczekamy tam.
Mówiąc to, złapałem, waderę i wskoczyłem na drzewo.
(Dena)
Od Deny CD Noe
Zastanowiłam się, sprawa z pozoru wyglądała na łatwą. Z doświadczenia wiedziałam, że takie pozory często potrafią być iście zabójcze.
-Trzeba się zorientować co z innymi wilkami. Może akurat ten wilk zabłądził i został tu albo coś innego, różnie z tym może być. Wypadałoby innych poinformować.
-Co to da?
-Ich poglądy i paru ochotników- powiedziałam biorąc łyk przeglądając kilka pergaminów.- Wydaje mi się, że ktoś już wcześniej wspominał coś o podobnym szkielecie ale wtedy szybko znikł. Możliwie, że to ten sam.
-Mógł powrócić z jakimś celem?- Zapytał się zastanawiając Noe. Wzruszyłam ramionami.
-Kto wie. Cóż, idę powiadomić o tym watahę, zobaczę co oni na to.
-Pójdę z tobą, nie mam nic ciekawszego do roboty.
Nie odpowiedziałam na to, szybkim krokiem podreptałam do reszty, która się akurat zebrała. Po przekazaniu im wiadomości, niestety nikt nie mógł dołączyć do wyprawy przez obowiązki. Uśmiechnęłam się pod nosem zwracając się do towarzyszącego basiora.
-Czyli wychodzi, że trzeba załatwić to samemu.
-Nie martwisz się tym?
-Czemu? To tylko szkielet wilka, były już gorsze rzeczy niż takie buty. Poza tym to może pójść nam na rękę.
-Czemu?
-Gdyby większa grupa wilków poszłaby do niego, mógłby uznać to za potencjalny atak a zależy nam na jak najspokojniejszym porozumieniu się.
Noe?
-Trzeba się zorientować co z innymi wilkami. Może akurat ten wilk zabłądził i został tu albo coś innego, różnie z tym może być. Wypadałoby innych poinformować.
-Co to da?
-Ich poglądy i paru ochotników- powiedziałam biorąc łyk przeglądając kilka pergaminów.- Wydaje mi się, że ktoś już wcześniej wspominał coś o podobnym szkielecie ale wtedy szybko znikł. Możliwie, że to ten sam.
-Mógł powrócić z jakimś celem?- Zapytał się zastanawiając Noe. Wzruszyłam ramionami.
-Kto wie. Cóż, idę powiadomić o tym watahę, zobaczę co oni na to.
-Pójdę z tobą, nie mam nic ciekawszego do roboty.
Nie odpowiedziałam na to, szybkim krokiem podreptałam do reszty, która się akurat zebrała. Po przekazaniu im wiadomości, niestety nikt nie mógł dołączyć do wyprawy przez obowiązki. Uśmiechnęłam się pod nosem zwracając się do towarzyszącego basiora.
-Czyli wychodzi, że trzeba załatwić to samemu.
-Nie martwisz się tym?
-Czemu? To tylko szkielet wilka, były już gorsze rzeczy niż takie buty. Poza tym to może pójść nam na rękę.
-Czemu?
-Gdyby większa grupa wilków poszłaby do niego, mógłby uznać to za potencjalny atak a zależy nam na jak najspokojniejszym porozumieniu się.
Noe?
Od Aditi do Shaitan
Od kiedy po raz pierwszy otworzyłam oczy nie chciałam ich już zamykać, by zawsze widzieć otaczający mnie, piękny świat. Te góry, lasy,rzeki,wicher, słońce! Te drzewa! To wszystko jest takie piękne...moja rodzina jest wspaniała...Niestety tata musiał odejść. Nie wiem dlaczego, ale po prostu musiał...to smutne,ale trudno. Mam przecież moją mamę i siostrę, która jest dla mnie wszystkim.
***
Rozmyślałam idąc przez las. Wciągnęłam rześkie powietrze.Nagle moja mama zapytała:
-Czym się tak martwisz?
-Niczym-odpowiedziałam spokojnie.
-Przestań,wiem że coś jest na rzeczy- rzekła mama,uśmiechając się do mnie.
-Po prostu nie wiem kim jest biała wadera i jej brat o szarej sierści.- wyjaśniłam spoglądając na mamę,lecz ona wyglądała na zaskoczoną i spytała mnie:
-Przecież to są Alfy naszej watahy!
-A oni nie są przypadkiem za młodzi?
-Owszem są,ale nie mają wyboru...ich matka nie żyje...-nie wiedziałam co na to odpowiedzieć więc nie mówiłam nic. Szliśmy tak w ciszy gdy nagle moja mama odezwała się radosnym głosem unosząc głowę do góry:
-Ścigamy się?-zapytała
-No...czemu nie.-rozweseliłam się.
-Czym się tak martwisz?
-Niczym-odpowiedziałam spokojnie.
-Przestań,wiem że coś jest na rzeczy- rzekła mama,uśmiechając się do mnie.
-Po prostu nie wiem kim jest biała wadera i jej brat o szarej sierści.- wyjaśniłam spoglądając na mamę,lecz ona wyglądała na zaskoczoną i spytała mnie:
-Przecież to są Alfy naszej watahy!
-A oni nie są przypadkiem za młodzi?
-Owszem są,ale nie mają wyboru...ich matka nie żyje...-nie wiedziałam co na to odpowiedzieć więc nie mówiłam nic. Szliśmy tak w ciszy gdy nagle moja mama odezwała się radosnym głosem unosząc głowę do góry:
-Ścigamy się?-zapytała
-No...czemu nie.-rozweseliłam się.
***
Był wieczór,a ja obserwowałam zachodzące słońce,Elenda siedziała obok mnie.Obie wpatrywałyśmy się w drzewa i góry zalane pomarańczowym światłem,w słońce chowające się coraz bardziej za widnokrąg, gdy zrobiło się zupełnie ciemno mama zawołała nas do jaskini...
Obudziłam się. Dziś pogoda była niepewna. Chmury zasłaniały całe niebo.Moja mama wróciła z polowania.
- Niestety ostatnio mało zwierząt widuje się w puszczy,ale na nas starczy idealnie.-rzekła mama kładąc na granitowej posadzce pieczary niewielkiego dzika.
Po śniadaniu mama pozwoliła mi wyjść na zewnątrz i poćwiczyć trochę moje moce.
Udałam się do zaczarowanej puszczy. Po dłuższych ćwiczeniach, wspięłam się na pobliską akację i przysłuchiwałam trelu ptaków. Nagle spostrzegłam innego wilka. Trudno było określić kim jest. Wyglądał dziwnie. Miał fantazyjny ogon i poruszał się spokojnie. Ze względu na rodzaj chodu przypuszczałam że to basior,on jednak dostrzegł że ktoś go obserwuje i spojrzał na mnie. Patrzyliśmy na siebie przez chwilę. Zachowywał się jakby mógł patrzeć na mnie swym obojętnym wzrokiem przez resztę dnia. Odezwałam się więc:
-Jak masz na imię?-rzekłam nieśmiało.
-Shaitan. A ty?-powiedział spokojnie z lekkim,prawie niedostrzegalnym usmiechem.
-Aditi.
<Shaitan?>
poniedziałek, 17 kwietnia 2017
Od Noe CD Deny
Nawet nie wiem, co mnie tu przywiało, Dena zaprowadziła mnie do innego pomieszczenia. Tam, po chwili oboje siedzieliśmy i jedliśmy ciastka, lecz gdy tylko szczeniaki je wyczuły, zjawiły się i sami zjedli połowę.
-Przepraszam cię za nich.
-Nic się nie stało, szczeniaki są takie.
-Prawda.
-Wracając do tematu. Widziałem w puszczy dziwnego wilka z samego szkieletu i pomyślałem, że to ważne. Ponieważ parę razy widziałem go na granicy puszczy.
Wadera z zaciekawieniem mnie słuchała.
-Oczywiście, nie sądzę, że musi mieć złe zamiary, ale może trzeba byłoby nawiązać z nim kontakt?
-Możliwe, że to byłby dobry pomysł.
-Oczywiście nie możemy iść sami i może by z kimś tam pójść.
Wziąłem łyk picia i skończyłem.
-I chciałem spytać, czy wiesz kto będzie do tego dobry, no chyba że chcesz to rozwiązać inaczej.
(*Dena)
-Przepraszam cię za nich.
-Nic się nie stało, szczeniaki są takie.
-Prawda.
-Wracając do tematu. Widziałem w puszczy dziwnego wilka z samego szkieletu i pomyślałem, że to ważne. Ponieważ parę razy widziałem go na granicy puszczy.
Wadera z zaciekawieniem mnie słuchała.
-Oczywiście, nie sądzę, że musi mieć złe zamiary, ale może trzeba byłoby nawiązać z nim kontakt?
-Możliwe, że to byłby dobry pomysł.
-Oczywiście nie możemy iść sami i może by z kimś tam pójść.
Wziąłem łyk picia i skończyłem.
-I chciałem spytać, czy wiesz kto będzie do tego dobry, no chyba że chcesz to rozwiązać inaczej.
(*Dena)
Od Deny do Noe
W przeciągu kolejnych dni w watasze znalazły się nowe twarze. Aż dziwne było to, że coraz więcej członków jest a alf nie ma. Rozmyślania przyszły akurat w segregacji dokumentów, które znalazły się na podłożu po wpadnięciu przez Valda, oczywiście zaraz znikł z pola zdarzenia. Dosyć szybko wróciła papiery na swoje miejsce, wówczas ktoś przyszedł nieśmiało idąc do mnie. Siedząc bokiem, spojrzałam na przybysza. Ach, to ten nowy basior, Noe.
-Em, przepraszam- zaczął przystając dobre parę metrów ode mnie.
-W czym mogę ci pomóc Noe?- Zapytałam się ciepło posyłając mu uśmiech. Spojrzał zaskoczony i zmieszany.
-No więc... Ja...
-Nie musisz się wstydzić- zaśmiałam się lekko.- Czy chodzi ci, że pamiętam twoje imię a ty mojego nie możesz sobie przypomnieć?
-Skąd wiedziałaś?
-Zgadywałam- wyszczerzyłam się.- Jestem Dena, w razie czego mów śmiało, że nie pamiętasz imienia rozmówcy. To przecież nic złego, zważywszy na to, że jesteś tu bardzo krótko. Zanim przejdziemy do twojej sprawy, może chcesz coś do picia? Śmiało rozgość się i z miejsca przepraszam za lekki bałagan przez synów.
Noe?
-Em, przepraszam- zaczął przystając dobre parę metrów ode mnie.
-W czym mogę ci pomóc Noe?- Zapytałam się ciepło posyłając mu uśmiech. Spojrzał zaskoczony i zmieszany.
-No więc... Ja...
-Nie musisz się wstydzić- zaśmiałam się lekko.- Czy chodzi ci, że pamiętam twoje imię a ty mojego nie możesz sobie przypomnieć?
-Skąd wiedziałaś?
-Zgadywałam- wyszczerzyłam się.- Jestem Dena, w razie czego mów śmiało, że nie pamiętasz imienia rozmówcy. To przecież nic złego, zważywszy na to, że jesteś tu bardzo krótko. Zanim przejdziemy do twojej sprawy, może chcesz coś do picia? Śmiało rozgość się i z miejsca przepraszam za lekki bałagan przez synów.
Noe?
Od Noego do Orona
Dziś było ponuro i wiał chłodny las, a ja przemierzałem doliny i wzniesienia, przez co ten głupi wiatr mi trochę przeszkadzał. Rozglądałem się za jakiś drzewami, bo nie przepadam być na widoku. W końcu zauważyłem las, ale on nie był zwykłym lasem, była to puszcza, wbiegłem od razu pomiędzy drzewa. Widziałem tam niesamowite istoty, po jakimś czasie przeszedłem tę puszczę i trafiłem do zwyczajnego lasu. Było w nim spokojniej niż w tamtej puszczy, przynajmniej tak się wydaje. Położyłem się pod drzewem między krzakami i zasnąłem. Nie wiem, ile spałem, ale obudziło mnie coś, a raczej ktoś, co ugryzło mnie w ogon. Zerwałem się i naskoczyłem na tego ktosia, który mnie obudził, gryząc mój ogon. Ku mojemu zdziwieniu, jedną łapą przygniotłem do ziemi niewielkiego szczeniaka. Zdziwiłem się na jego widok, ale szybko go puściłem.
-Patrz na drugi raz, co chcesz ugryźć, bo za którymś razem możesz stracić życie, młody.
<Oron>
-Patrz na drugi raz, co chcesz ugryźć, bo za którymś razem możesz stracić życie, młody.
<Oron>
Od Carey CD Lenarda i Ceres
Stałam i patrzyłam się na waderę i basiora zajadającego trawę. Nie miałam pojęcia co miała bym z nimi niby zrobić. Wadera wydawała się w miarę normalna, ale basior niestety nie. Właściwie to powinnam ich wywalić poza teren watahy ale nie jestem przecież strażnikiem granic tylko szpiegiem. Jedyne co mogłam zrobić to zaprowadzić ich do Bety, gdyż Alfy były martwe. Jednak najpierw postanowiłam im trochę rozjaśnić gdzie są.
-Wdarliście się na tereny Watahy Śnieżnych Szczytów i bezprawnie zjadaliście trawę, tak więc muszę was zaprowadzić do Bety.
-Ale ja jestem niewinna- wykrzyknęła wadera- to przecież on jadł trawę...
Tymczasem on spojrzał na mnie badawczo i zapytał.
-A jest tu jakiś zakaz jedzenia roślin?
Zaczynałam tracić do nich cierpliwość, i to nie powoli tylko w mocno przyśpieszonym tempie.
-Nie mam pojęcia co z wami zrobić! Nie jestem strażnikiem granic- warknęłam na nich.
Basior spojrzał na mnie z lekką nudą
-Jak na szpiega to jesteś za mało opanowana- stwierdził leniwie
-Po prostu mam gorszy dzień-stwierdziłam chłodno.
-A ja mam wręcz przecudowny- stwierdziła sarkastycznie wadera
Ceres,Len?( ten brak weny, Len teraz tylko ty to możesz ocalić)
-Wdarliście się na tereny Watahy Śnieżnych Szczytów i bezprawnie zjadaliście trawę, tak więc muszę was zaprowadzić do Bety.
-Ale ja jestem niewinna- wykrzyknęła wadera- to przecież on jadł trawę...
Tymczasem on spojrzał na mnie badawczo i zapytał.
-A jest tu jakiś zakaz jedzenia roślin?
Zaczynałam tracić do nich cierpliwość, i to nie powoli tylko w mocno przyśpieszonym tempie.
-Nie mam pojęcia co z wami zrobić! Nie jestem strażnikiem granic- warknęłam na nich.
Basior spojrzał na mnie z lekką nudą
-Jak na szpiega to jesteś za mało opanowana- stwierdził leniwie
-Po prostu mam gorszy dzień-stwierdziłam chłodno.
-A ja mam wręcz przecudowny- stwierdziła sarkastycznie wadera
Ceres,Len?( ten brak weny, Len teraz tylko ty to możesz ocalić)
niedziela, 16 kwietnia 2017
Od Cares do Lenarda i Carey
- Odczep się. - mruknęłam do białej myszy, która zaczęła po mnie łazić. Ta zeszła, nie zmieniało to jednak faktu, że zostałam nieprzyjemnie obudzona przez to nieszczęsne, białe zwierzę. I już nie zasnę. Z niechęcią się podniosłam, i... Chętnie bym powiedziała że gdzieś poszłam, aczkolwiek ja jedynie ponownie się położyłam, zamknęłam oczy i... Nie zasnęłam! Jedynie leżałam tam, usiłując zamknąć oczy tak mocno jak nigdy wcześniej... Po jakimś czasie uznałam że mi eksplodują, więc otworzyłam, i stwierdziłam że jestem ślepa. Wyparowałam z groty, w której leżałam, i przywaliłam w drzewo.
- Co ty odwalasz!? - krzyknął wilk. W tej chwili moje oczy zaczęły działać jak powinny, a ja zobaczyłam że nieznajomy wilk to brązowy basior, z trawą wokół pyska. Wzruszyłam ramionami, przybierając maskę chłodnej obojętności.
- Smacznego. - odezwałam się w końcu, gdy ten ponownie zaczął jeść.
- Odczep się. - mruknął, zdenerwowany. Ale co ja mu zrobiłam? No naprawdę, niektóre wilki są nie do ogarnięcia.
- Ale ja tylko życzyłam ci smacznej trawy. - burknęłam, a zielonooki wilk podniósł się.
- Odczep się. - powtórzył, po czym zakrył trawę łapami. - Moja trawa! Nie dostaniesz jej! - dodał, i zaczął wpychać w siebie tyle trawy ile mógł zmieścić w pysku. Po jakimś czasie zaczął się krztusić, a ja zastanawiałam się, czy iść tam i mu pomóc czy nie, gdyż wtedy mogę podeptać jego cenną trawę.
- Ehm... Nie zjem ci trawy, obiecuje. Nikomu nie zjadłabym trawy, przecież to bardzo cenna rzecz której nigdy bym nie ukradła... - powiedziałam, gdy ten przestał się krztusić. Basior kiwnął zadowolony głową.
- Jestem Lenardo. - rzekł, i kontynuował jedzenie trawy.
- Ceres. - odpowiedziałam, zadowolona że udało mi się przekonać go nie mam złych zamiarów.
- Ej, wy! Czemu spożywacie na terenach watahy!? - usłyszałam nieźle wkurzony głos jakiejś nieznajomej wadery, która kilka sekund po tym krzyku wyłoniła się zza krzaków i spojrzała na mnie i Lenard'a ze złością.
- Ja nie jem, jestem niewinna. - wykrztusiłam.
- Hmm... No dobrze, wierzę ci. Ale ty! - skierowała swój wzrok na basiora - oskarżam cię o jedzenie na terenach watahy! No chyba że jesteś członkiem, to wszystko spoko. - rzekła, mierząc go wzrokiem. Coś czuję się Len nie jest członkiem tej watahy, o której mówi, ale to tylko przeczucia...
- No, nie jestem. - ... które najwidoczniej się sprawdzają.
- A więc... - przerwała i zastanowiła się chwilkę. - E, nie mam żadnych instrukcji wobec tego co mam zrobić jeśli natrafię na intruza jedzącego na terenach watahy. - powiedziała naburmuszona.
<Carey? Lenardo?>
- Co ty odwalasz!? - krzyknął wilk. W tej chwili moje oczy zaczęły działać jak powinny, a ja zobaczyłam że nieznajomy wilk to brązowy basior, z trawą wokół pyska. Wzruszyłam ramionami, przybierając maskę chłodnej obojętności.
- Smacznego. - odezwałam się w końcu, gdy ten ponownie zaczął jeść.
- Odczep się. - mruknął, zdenerwowany. Ale co ja mu zrobiłam? No naprawdę, niektóre wilki są nie do ogarnięcia.
- Ale ja tylko życzyłam ci smacznej trawy. - burknęłam, a zielonooki wilk podniósł się.
- Odczep się. - powtórzył, po czym zakrył trawę łapami. - Moja trawa! Nie dostaniesz jej! - dodał, i zaczął wpychać w siebie tyle trawy ile mógł zmieścić w pysku. Po jakimś czasie zaczął się krztusić, a ja zastanawiałam się, czy iść tam i mu pomóc czy nie, gdyż wtedy mogę podeptać jego cenną trawę.
- Ehm... Nie zjem ci trawy, obiecuje. Nikomu nie zjadłabym trawy, przecież to bardzo cenna rzecz której nigdy bym nie ukradła... - powiedziałam, gdy ten przestał się krztusić. Basior kiwnął zadowolony głową.
- Jestem Lenardo. - rzekł, i kontynuował jedzenie trawy.
- Ceres. - odpowiedziałam, zadowolona że udało mi się przekonać go nie mam złych zamiarów.
- Ej, wy! Czemu spożywacie na terenach watahy!? - usłyszałam nieźle wkurzony głos jakiejś nieznajomej wadery, która kilka sekund po tym krzyku wyłoniła się zza krzaków i spojrzała na mnie i Lenard'a ze złością.
- Ja nie jem, jestem niewinna. - wykrztusiłam.
- Hmm... No dobrze, wierzę ci. Ale ty! - skierowała swój wzrok na basiora - oskarżam cię o jedzenie na terenach watahy! No chyba że jesteś członkiem, to wszystko spoko. - rzekła, mierząc go wzrokiem. Coś czuję się Len nie jest członkiem tej watahy, o której mówi, ale to tylko przeczucia...
- No, nie jestem. - ... które najwidoczniej się sprawdzają.
- A więc... - przerwała i zastanowiła się chwilkę. - E, nie mam żadnych instrukcji wobec tego co mam zrobić jeśli natrafię na intruza jedzącego na terenach watahy. - powiedziała naburmuszona.
<Carey? Lenardo?>
Od Deny CD Midale
Podobno znaleziono Midale gdzieś w lesie nieprzytomnego, od razu zaniesiono go do więzienia by tam go w razie czego uleczyć. Zamiast tam, udałam się do Arisa, który jeszcze dochodził do siebie po starciu z nowym więźniem.
-Caj mówi, że ciężko jej idzie twoje leczenie- powiedziałam wchodząc do jaskini w której leżał. Trochę zaskoczyło go moje przybycie, zauważyłam to siadając tuż obok niego.
-Co jak co, ale ma bydle siłę. Gdyby nie to, że bardziej skupiam się na atakach na które był akurat odporny nie byłby taki wspaniały. Ty chyba o tym się przekonałaś na własnej skórze- dodał rzucając mi spojrzenie. Wzruszyłam ramionami zabierając się za leczenie jego pozostałych ran.-Po co tak mu się dajesz, po co pchasz się na śmierć?
-W głębi czuje, że da mu się pomóc?- Przewróciłam oczyma. Zaraz nie miał ran ani blizn.- Niedługo zajrzę do niego, musi odpowiedzieć na parę pytań. Jest nadzieja, że wróci ten Midale, który dołączył do watahy. Nie wiem czemu to robię ale muszę.
-To twoje dobre serce doprowadzi cię do zguby- odparł po chwili milczenia poważnie.
-Wiem- powiedziałam wychodząc i nie patrząc na niego.
***
Stanęłam w progach więzienia, strażnicy z niechęcią mnie wpuścili do środka. Jak na razie zajęte były tylko dwie cele, Midale był zamknięty w głębi korytarza, gdzie pola ochronne były tak silne, że nie była potrzebna straż. Weszłam do jego celi, chociaż na mnie patrzył zapytał o tożsamość. Usiadłam w odległości metra od niego.
-To ja, Dena- powiedziałam starając się zachować oschły ton głosu. Ten nagle zwiesił głowę.
-Wybacz. Wybacz za to co robiłem- powtarzał w kółko coraz żałośniej. Z wahaniem podeszłam do niego bliżej.
-Czemu to robiłeś?- Zapytałam się cicho. Gdy podniósł głowę, zauważyłam jego zaszklone oczy. I takie... puste. Odruchowo wzięłam jego pysk w łapy.
-Twoje oczy- szepnęłam przerażona.- Co się...
-Zjadłem trującą roślinę jak uciekłem od ciebie. Oślepłem- rzucił z uśmiechem goryczy.- Chociaż to i tak nie jest nawet połowa zapłaty za moje błędy. Za zabicie Yogani bez powodu. Za poranienie tak dotkliwe członków watahy. Za chęć skrzywdzenia Yamis'a- dodał łamiącym tonem.-Tak bardzo przepraszam...
Zaraz powalił mnie na podłoże i leżącą przytulił mnie do siebie także leżąc. W pierwszej chwili chciałam się uwolnić z jego stalowego uścisku, ale wręcz błagał abym się nie ruszała i pozostała spokojna. Teraz nie zamierzał mnie skrzywdzić. Tak kilka minut leżeliśmy, Midale wtulał się w mój kark aż w końcu dał znak, że mogę wstać. Kiedy ponownie staliśmy o własnych łapach, basior starał się patrzyć w punkt gdzie siedziałam.
-Co będzie ze mną?- Zapytał się z trudem. Uciekłam wzrokiem w bok.
-Nie wiem. Na razie jest małe zamieszanie, więc nic nie wiadomo. Może zostaniesz w więzieniu albo pójdziesz na wygnanie. Osobiście wolałabym abyś odzyskał wzrok, może jest szansa na to... Ale na razie muszę iść, Caj potrzebuje pomocy przy ogarnianiu spraw- to powiedziawszy wstałam kierując się do wyjścia. Jak tylko chciałam otworzyć zamek, za mną usłyszałam ciche pytanie.
-Czy przyjdziesz tu jeszcze?
Zawahałam się na odpowiedzią, sama jednak się nasunęła.
-Tak. Przyjdę.
Midale?
-Caj mówi, że ciężko jej idzie twoje leczenie- powiedziałam wchodząc do jaskini w której leżał. Trochę zaskoczyło go moje przybycie, zauważyłam to siadając tuż obok niego.
-Co jak co, ale ma bydle siłę. Gdyby nie to, że bardziej skupiam się na atakach na które był akurat odporny nie byłby taki wspaniały. Ty chyba o tym się przekonałaś na własnej skórze- dodał rzucając mi spojrzenie. Wzruszyłam ramionami zabierając się za leczenie jego pozostałych ran.-Po co tak mu się dajesz, po co pchasz się na śmierć?
-W głębi czuje, że da mu się pomóc?- Przewróciłam oczyma. Zaraz nie miał ran ani blizn.- Niedługo zajrzę do niego, musi odpowiedzieć na parę pytań. Jest nadzieja, że wróci ten Midale, który dołączył do watahy. Nie wiem czemu to robię ale muszę.
-To twoje dobre serce doprowadzi cię do zguby- odparł po chwili milczenia poważnie.
-Wiem- powiedziałam wychodząc i nie patrząc na niego.
***
Stanęłam w progach więzienia, strażnicy z niechęcią mnie wpuścili do środka. Jak na razie zajęte były tylko dwie cele, Midale był zamknięty w głębi korytarza, gdzie pola ochronne były tak silne, że nie była potrzebna straż. Weszłam do jego celi, chociaż na mnie patrzył zapytał o tożsamość. Usiadłam w odległości metra od niego.
-To ja, Dena- powiedziałam starając się zachować oschły ton głosu. Ten nagle zwiesił głowę.
-Wybacz. Wybacz za to co robiłem- powtarzał w kółko coraz żałośniej. Z wahaniem podeszłam do niego bliżej.
-Czemu to robiłeś?- Zapytałam się cicho. Gdy podniósł głowę, zauważyłam jego zaszklone oczy. I takie... puste. Odruchowo wzięłam jego pysk w łapy.
-Twoje oczy- szepnęłam przerażona.- Co się...
-Zjadłem trującą roślinę jak uciekłem od ciebie. Oślepłem- rzucił z uśmiechem goryczy.- Chociaż to i tak nie jest nawet połowa zapłaty za moje błędy. Za zabicie Yogani bez powodu. Za poranienie tak dotkliwe członków watahy. Za chęć skrzywdzenia Yamis'a- dodał łamiącym tonem.-Tak bardzo przepraszam...
Zaraz powalił mnie na podłoże i leżącą przytulił mnie do siebie także leżąc. W pierwszej chwili chciałam się uwolnić z jego stalowego uścisku, ale wręcz błagał abym się nie ruszała i pozostała spokojna. Teraz nie zamierzał mnie skrzywdzić. Tak kilka minut leżeliśmy, Midale wtulał się w mój kark aż w końcu dał znak, że mogę wstać. Kiedy ponownie staliśmy o własnych łapach, basior starał się patrzyć w punkt gdzie siedziałam.
-Co będzie ze mną?- Zapytał się z trudem. Uciekłam wzrokiem w bok.
-Nie wiem. Na razie jest małe zamieszanie, więc nic nie wiadomo. Może zostaniesz w więzieniu albo pójdziesz na wygnanie. Osobiście wolałabym abyś odzyskał wzrok, może jest szansa na to... Ale na razie muszę iść, Caj potrzebuje pomocy przy ogarnianiu spraw- to powiedziawszy wstałam kierując się do wyjścia. Jak tylko chciałam otworzyć zamek, za mną usłyszałam ciche pytanie.
-Czy przyjdziesz tu jeszcze?
Zawahałam się na odpowiedzią, sama jednak się nasunęła.
-Tak. Przyjdę.
Midale?
sobota, 15 kwietnia 2017
Od Midale CD Deny
-Jestem Dena- powiedziała dobitnie.
Powoli wstałem, wadera wyszczerzyła zęby i zaczęła warczeć, ale ja tego nie widziałem. Dena, to jedno imię wywołało mętlik w mojej głowie. Kim byłem? Jedno pytanie gorączkowo powtarzane od tygodni. a może to były tylko dni? Albo całe lata? Nie wiem. Jednak to pytanie wreszcie znalazło odpowiedź. Jestem Midale, kapłan, zdrajca i morderca. Po moim pysku ściekała krew. Rozejrzałem się dookoła i zobaczyłem ją. Dena, Denuś, moja najukochańsza dusza na tym przeklętym świecie patrząca na mnie z nienawiścią i gotowa by w każdej chwili zaatakować. łzy napłynęły mi do oczu.
-Co ja najlepszego narobiłem- wyszeptałem i spuściłem głowę.Przed oczami staną mi obraz Yogani, zasłaniającej szczenięta i tonącej w kałuży własnej krwi. - Zabiłem ją, zabiłem niewinną dla czystej przyjemności.- poczułem że głos mi się zaczyna łamać.
Kim był ten potwor którym się stałem? To był ten pomiot Pagdumota, jego generał, podły i żądny krwi pół demon. Spojrzałem jeszcze raz na Denę.
-Wybacz- powiedziałem drżącym głosem - wybacz mi te wszystkie krzywdy jakie cię spotkały. Ach co ja mówię, nie wybaczaj, nie jestem godny przebaczenia.
Podszedłem do niej jednak ona się cofnęła.
-Nie zbliżaj się- warknęła wściekle.
Zatrzymałem się w miejscu i spojrzałem na nią żałośnie, jej nienawiść raniła mnie bardziej niż cokolwiek innego, ale w sumie na nic innego nie zasługiwałem. Odwróciłem się tyłem do niej a przodem do ściany lasu. Powoli ze spuszczoną głową ruszyłem przed siebie. Nie, nie zatrzymała mnie, wręcz przeciwnie, cieszyła się że odchodzę. Zagłębiłem się w las, słońce delikatnie tańczyło na mchu i oblewało złotą poświatą. Czemu byłem takim, ech nawet nie wiem jak nazwać samego siebie. Spojrzałem w bok i ujrzałem mały niepozorny lichutki krzaczek z jaskrawoczerwonymi owocami. To była jedna z bardziej trujących roślin jakie znałem, podszedłem do niej i jednym szybkim ruchem ogryzłem wszystkie owocki. To mnie zabije, wiedziałem o tym, bałem się śmierci. Jednak jedna myśl mi dodawała otuchy, przynajmniej nikt już nie będzie przeze mnie cierpieć. Położyłem się na mchu, nie musiałem długo czekać na efekty działania owej rośliny, wszystko zaczęło się powoli rozmazywać. Nagle zobaczyłem przed sobą niewyraźny kształt jakiegoś czarnego basiora.
-Midale, co ty ze sobą zrobiłeś- mówił spokojnie.
-Pagdumot...
-Jednak jeszcze mnie pamiętasz- basior uśmiechną się podle.
-Czego jeszcze ode mnie chcesz?- wstałem z wysiłkiem i spojrzałem na niego wściekle- Jesteś cieniem który podąża za mną od samego początku, nawet przy mojej śmierci jesteś. Nienawidzę cię!
-O jakiej śmierci ty mówisz?- udał mocno przerysowane zdziwienie- ja cię niegdzie nie puszcze, jeszcze mi będziesz potrzebny, rozumiesz!?!
-Niedoczekanie twoje- warknąłem na niego.
Nie odpowiedział, uśmiechną się tylko lekko i wymamrotał jakieś kilka szybkich i niezrozumiałych słów.
Poczułem palący ból w żołądku i klatce piersiowej, poczułem jak do gardła podchodzi mi żółć. Zwymiotowałem krwią i czymś jeszcze, nie widziałem dokładnie. Ból z sekundy na sekundę się wzmagał. Upadłem na ziemię i zwinąłem się z bólu, nie wie ile to trwało. Zapadłem w ciemność.
***
Powoli wszystkie zmysły zaczynały do mnie powracać. Pierwsze co poczułem był ogarniający mnie ból. Otworzyłem oczy, ze wszystkich stron ogarniała mnie ciemność, nie wiedziałem gdzie jestem. Nie miałem siły żeby się poruszyć. Gdzieś niedaleko rozległo się skrzypienie krat, byłem w więzieniu. Ale tam przecież nie jest aż tak ciemno. Zdałem sobie sprawę z tego co się stało, przez tą roślinkę straciłem wzrok. Ale przecież wiedziałem że tak może być. Nagle usłyszałem jak drzwi do mojej celi się otwierają i poczułem czyjąś obecność. Z trudem uniosłem głowę i spojrzałem w domniemanym kierunku przebywanie tego kogoś.
-Kim jesteś?- zapytałem cicho.
Dena?
Powoli wstałem, wadera wyszczerzyła zęby i zaczęła warczeć, ale ja tego nie widziałem. Dena, to jedno imię wywołało mętlik w mojej głowie. Kim byłem? Jedno pytanie gorączkowo powtarzane od tygodni. a może to były tylko dni? Albo całe lata? Nie wiem. Jednak to pytanie wreszcie znalazło odpowiedź. Jestem Midale, kapłan, zdrajca i morderca. Po moim pysku ściekała krew. Rozejrzałem się dookoła i zobaczyłem ją. Dena, Denuś, moja najukochańsza dusza na tym przeklętym świecie patrząca na mnie z nienawiścią i gotowa by w każdej chwili zaatakować. łzy napłynęły mi do oczu.
-Co ja najlepszego narobiłem- wyszeptałem i spuściłem głowę.Przed oczami staną mi obraz Yogani, zasłaniającej szczenięta i tonącej w kałuży własnej krwi. - Zabiłem ją, zabiłem niewinną dla czystej przyjemności.- poczułem że głos mi się zaczyna łamać.
Kim był ten potwor którym się stałem? To był ten pomiot Pagdumota, jego generał, podły i żądny krwi pół demon. Spojrzałem jeszcze raz na Denę.
-Wybacz- powiedziałem drżącym głosem - wybacz mi te wszystkie krzywdy jakie cię spotkały. Ach co ja mówię, nie wybaczaj, nie jestem godny przebaczenia.
Podszedłem do niej jednak ona się cofnęła.
-Nie zbliżaj się- warknęła wściekle.
Zatrzymałem się w miejscu i spojrzałem na nią żałośnie, jej nienawiść raniła mnie bardziej niż cokolwiek innego, ale w sumie na nic innego nie zasługiwałem. Odwróciłem się tyłem do niej a przodem do ściany lasu. Powoli ze spuszczoną głową ruszyłem przed siebie. Nie, nie zatrzymała mnie, wręcz przeciwnie, cieszyła się że odchodzę. Zagłębiłem się w las, słońce delikatnie tańczyło na mchu i oblewało złotą poświatą. Czemu byłem takim, ech nawet nie wiem jak nazwać samego siebie. Spojrzałem w bok i ujrzałem mały niepozorny lichutki krzaczek z jaskrawoczerwonymi owocami. To była jedna z bardziej trujących roślin jakie znałem, podszedłem do niej i jednym szybkim ruchem ogryzłem wszystkie owocki. To mnie zabije, wiedziałem o tym, bałem się śmierci. Jednak jedna myśl mi dodawała otuchy, przynajmniej nikt już nie będzie przeze mnie cierpieć. Położyłem się na mchu, nie musiałem długo czekać na efekty działania owej rośliny, wszystko zaczęło się powoli rozmazywać. Nagle zobaczyłem przed sobą niewyraźny kształt jakiegoś czarnego basiora.
-Midale, co ty ze sobą zrobiłeś- mówił spokojnie.
-Pagdumot...
-Jednak jeszcze mnie pamiętasz- basior uśmiechną się podle.
-Czego jeszcze ode mnie chcesz?- wstałem z wysiłkiem i spojrzałem na niego wściekle- Jesteś cieniem który podąża za mną od samego początku, nawet przy mojej śmierci jesteś. Nienawidzę cię!
-O jakiej śmierci ty mówisz?- udał mocno przerysowane zdziwienie- ja cię niegdzie nie puszcze, jeszcze mi będziesz potrzebny, rozumiesz!?!
-Niedoczekanie twoje- warknąłem na niego.
Nie odpowiedział, uśmiechną się tylko lekko i wymamrotał jakieś kilka szybkich i niezrozumiałych słów.
Poczułem palący ból w żołądku i klatce piersiowej, poczułem jak do gardła podchodzi mi żółć. Zwymiotowałem krwią i czymś jeszcze, nie widziałem dokładnie. Ból z sekundy na sekundę się wzmagał. Upadłem na ziemię i zwinąłem się z bólu, nie wie ile to trwało. Zapadłem w ciemność.
***
Powoli wszystkie zmysły zaczynały do mnie powracać. Pierwsze co poczułem był ogarniający mnie ból. Otworzyłem oczy, ze wszystkich stron ogarniała mnie ciemność, nie wiedziałem gdzie jestem. Nie miałem siły żeby się poruszyć. Gdzieś niedaleko rozległo się skrzypienie krat, byłem w więzieniu. Ale tam przecież nie jest aż tak ciemno. Zdałem sobie sprawę z tego co się stało, przez tą roślinkę straciłem wzrok. Ale przecież wiedziałem że tak może być. Nagle usłyszałem jak drzwi do mojej celi się otwierają i poczułem czyjąś obecność. Z trudem uniosłem głowę i spojrzałem w domniemanym kierunku przebywanie tego kogoś.
-Kim jesteś?- zapytałem cicho.
Dena?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
