Tak, teraz przyszła kolej na mnie.Odchodzę.Wielu z was to zapewne zaskoczy,bo zawsze bardzo optymistycznie patrzyłam na przyszłość dla tej watahy i całkiem możliwe że przyszłość tego miejsca będzie dobra,ale zdecydowanie bez mojego udziału. Pośród was będą pewnie też tacy których ucieszy moje odejście.Jestem nieco zawiedziona,bo zawsze starałam się być pokojowa i nie wchodzić w konflikty,no,ale cóż,nie udało się.Nielicznych zapewne zmartwi moje odejście i bardzo im za to dziękuję.Chciałabym być osobą dobrze wspominaną,bo ja dobrze będę wspominać to miejsce. Zapytacie pewnie o powód.Już spieszę z odpowiedzią: Po prostu to miejsce przestało być dla mnie czymś czym było kiedyś,nie czuję już swojskiej, domowej atmosfery, tylko wieczne kłótnie i pretensje zaprzątają mój spokój. Krótko mówiąc wataha śnieżnych szczytów przestała spełniać swoją dawną rolę w moim życiu. Po dłuższych przemyśleniach postanowiłam odejść. Przykro mi tylko że tak wielu z was nie zdążyłam dokładniej poznać,bo na pewno jesteście wspaniałymi ludźmi. I proszę was nie mówcie że się nad sobą użalam,bo wiem że niektórzy z was są na tym punkcie przewrażliwieni,a ja się wcale nie użalam,tylko po prostu jestem wobec wasz szczera,a zresztą jest moja przemyślana decyzja,którą podjęłam z własnej nieprzymuszonej woli.
Ale dosyć o mnie,co będzie z wami?
A więc tak: Mianuję Akkarina alfą tej watahy i proszę was postarajcie się z nim dogadać,możecie tworzyć zgrany zespół jeśli tylko zechcecie. Elenda zostaje betą,a Aditi jak wiadomo,również odchodzi. Jakiekolwiek decyzje pozostawiam Akkarinowi,teraz on ma całkowitą władzę tutaj.
Nie napiszę już opowiadania,za co was przepraszam,bo wiem że powinnam napisać opowiadanie w którym moje wilki odeszły ,bądź umarły.Mogę wam powiedzieć tylko tyle,że Cajsim wiecznie wpatrzona w horyzont,postanowiła podążać dalej,za tereny watahy i poznawać dalsze zakątki świata. Aditi nie czuła się dobrze otoczona gwarem i tłumem więc postanowiła towarzyszyć swojej matce w dalszej wędrówce.Moje postacie raczej nie są do adopcji,po prostu odeszły i tyle...
Dziękuję wam za poświęcony mi czas i uwagę oraz za wspólne pisanie,nigdy nie zapomnę przeżytych tutaj, wspaniałych chwil.
Jeśli macie do mnie jakąś sprawę możecie pisać do mnie na howrse (Ribana).
Żegnam i pozdrawiam serdecznie was wszystkich!
Życzę wam miłego pisania i nieustającej weny twórczej!
Do zobaczenia!
Wasza była beta lub alfa,a zresztą jak tam chcecie,
Cajsim
I młoda beta,
Aditi
Wataha Śnieżnych Szczytów
niedziela, 18 czerwca 2017
piątek, 2 czerwca 2017
piątek, 26 maja 2017
Uwaga!
Z wielką przykrością wtrącam dwa wilki do więźnia:
Saito - za nie udzielanie się na blogu i niezgłoszenie nieobecności
Akkarin - za wielokrotne łamanie regulaminu
Z przykrością podpisała
Młoda Alfa Hoki
wtorek, 23 maja 2017
Koniec!
Dobra wilczyska. Podsumujmy.
Wilki aktywne:
- Dena
- Yamis
- Valdo
- Aris
- Midale
- Carey
- Aditi
- Hoki
- Cajsim
Wilki zagrożone:
-...
Wilki nieobecne:
- Aidana
- Akkarin
- Aurelia
- Azrael
- Elenda
- Hriwe
- Leonardo
- Shaitan
Wilki wtrącone do więzienia:
- Saito
Wilki aktywne:
- Dena
- Yamis
- Valdo
- Aris
- Midale
- Carey
- Aditi
- Hoki
- Cajsim
Wilki zagrożone:
-...
Wilki nieobecne:
- Aidana
- Akkarin
- Aurelia
- Azrael
- Elenda
- Hriwe
- Leonardo
- Shaitan
Wilki wtrącone do więzienia:
- Saito
poniedziałek, 22 maja 2017
Od Deny i Yamis'a (typowe pierdzielenie głupot ale co tam)
Wzięła głęboki wdech ciesząc się wspaniałą wonią kwiatów. Mało kiedy była w stanie poczuć taką powalającą siłę. Zbliżał się wieczór i zabawa organizowana w watasze z okazji okrągłej rocznicy jej istnienia. Spojrzała na posłanie gdzie siedział z nosem w książkach jej starszy syn. Wyraźnie dał znać, że nie zamierza brać udziału w imprezie, wolał czytać i pogłębiać swoją wiedzę. Valdo natomiast dawno się ulotnił w tylko jemu znanych sprawach. Nie byli już szczeniakami, dojrzewali ale dla niej zawsze pozostawali tymi małymi kuleczkami. Dena niezbyt ochoczo podchodziła do strojenia się i dlatego z trudem pozwoliła na skromny wianek na jej skroniach.
-Mamo?
-Tak Yamis?
-Wychodzisz za dłuższą chwilę, prawda? Opowiesz coś o swojej rodzinie? Nigdy tego nie wspominałaś- upomniał się Yamis unosząc wzrok znad księgi. Uśmiechnęła się pod nosem siadając obok.
-Wiesz, nie ma o czym mówić. Twoi dziadkowie byli dobrymi wilkami. Mój ojciec często rzucał żartami, ponoć tak zdobył serce twojej babci. Co z tego, że później tym często ją denerwował, czego byłam świadkiem- słysząc to, Yamis parsknął śmiechem a nieczęsto mu to się zdarzało bowiem trzymał emocje na wodzach.
-Miałaś rodzeństwo mamo?
-Starszego brata, był bardzo opiekuńczy- dodała spoglądając na syna. Poklepała go po ramieniu.- Ja już nie będę ci przeszkadzać w nauce. Śpij dobrze.
-Dobrej zabawy mamo.
Wyszła z jaskini spoglądając na dorastającego syna. Gdy zaszła na wskazane wcześniej miejsce, reszta już była, poza szczeniętami ma się rozumieć. Z chwilą rozpoczynającą imprezę, ktoś wrzasnął aby zaczęły się tańce. Wielu z chęcią podchwyciło ten pomysł i zaraz wiele wilków wirowało czy szalało na prowizorycznym parkiecie. Póki na początku był taniec w grupie to jeszcze brała udział ale gdy już pojawiały się same pary, ochoczo zeszła. Zresztą zaraz leciały typowo wolne tańce, dlatego z innymi siedziała na rozmowy śmiejąc się co chwilę. Dopóki nie poczuła jego spojrzenia. Bezbłędnie spojrzała we właściwy kierunek. Jeszcze chwilę patrzyli na siebie zanim nie wstał i nie odszedł. Zastanawia się czy to dobry pomysł pójścia za nim, kiedy nagle młodsza wadera od niej lekko popchnęła ją. Posłała jej zwycięski uśmiech na co Dena wstała przewracając rozbawiona oczyma. Idąc w tamtym kierunku, co chwila spoglądała za sobą jak reszta się bawi. Nie zauważyli niczego. Ich widok znikł jej za krzakami, spojrzała wówczas przed siebie a tam była nieduża polana otoczona drzewami. Zadziwiające, że mało kiedy tu zaglądała, szczególnie, że teraz nadawało to magicznego klimatu. Światło księżyca delikatnie padało na gałęzie i kwiaty, naprawdę miało to swój urok. Westchnęła oczarowana.
-Jednak przyszłaś- odezwał się Midale lekko zaskoczony wychodząc zza drzewa.
-Czasem mi się zdarza- odparła trochę rozbawiona. Usłyszeli kolejny wolny utwór, raptem paręnaście metrów dalej. Spojrzeli na siebie.
-Zatańczysz?- Wyciągnął ku niej łapę jednak ona uciekła wzrokiem zażenowana.
-Dawno nie tańczyłam wolnego, nie pamiętam jak to się robiło- powiedziała zawstydzona. O dziwo, ten się roześmiał i złapawszy ją, pociągnął ją do siebie. Cóż, była w jego ramiona.
-Skoro nawet ja nauczyłem się tańczyć to ty sobie go spokojnie przypomnisz- szepnął jej do ucha. Powoli i ostrożnie stawiali kolejne kroki nie zdeptawszy się.- Widzisz? Panika nie była potrzebna.
-Masz rację.
-Kiedy ostatni raz go tańczyłaś?
-Jeszcze z Theo- mruknęła na co się basior zatrzymał.
-Przepra...
-Wiem, że to przeszłość- przerwała spoglądając na niego.- Dlatego w końcu chce się cieszyć tym co teraz, chwilą.
Uśmiechnął się delikatnie na co w odpowiedzi lekko oparła swoją głowę o jego tors.
Jak komuś chce się dokończyć to śmiało
-Mamo?
-Tak Yamis?
-Wychodzisz za dłuższą chwilę, prawda? Opowiesz coś o swojej rodzinie? Nigdy tego nie wspominałaś- upomniał się Yamis unosząc wzrok znad księgi. Uśmiechnęła się pod nosem siadając obok.
-Wiesz, nie ma o czym mówić. Twoi dziadkowie byli dobrymi wilkami. Mój ojciec często rzucał żartami, ponoć tak zdobył serce twojej babci. Co z tego, że później tym często ją denerwował, czego byłam świadkiem- słysząc to, Yamis parsknął śmiechem a nieczęsto mu to się zdarzało bowiem trzymał emocje na wodzach.
-Miałaś rodzeństwo mamo?
-Starszego brata, był bardzo opiekuńczy- dodała spoglądając na syna. Poklepała go po ramieniu.- Ja już nie będę ci przeszkadzać w nauce. Śpij dobrze.
-Dobrej zabawy mamo.
Wyszła z jaskini spoglądając na dorastającego syna. Gdy zaszła na wskazane wcześniej miejsce, reszta już była, poza szczeniętami ma się rozumieć. Z chwilą rozpoczynającą imprezę, ktoś wrzasnął aby zaczęły się tańce. Wielu z chęcią podchwyciło ten pomysł i zaraz wiele wilków wirowało czy szalało na prowizorycznym parkiecie. Póki na początku był taniec w grupie to jeszcze brała udział ale gdy już pojawiały się same pary, ochoczo zeszła. Zresztą zaraz leciały typowo wolne tańce, dlatego z innymi siedziała na rozmowy śmiejąc się co chwilę. Dopóki nie poczuła jego spojrzenia. Bezbłędnie spojrzała we właściwy kierunek. Jeszcze chwilę patrzyli na siebie zanim nie wstał i nie odszedł. Zastanawia się czy to dobry pomysł pójścia za nim, kiedy nagle młodsza wadera od niej lekko popchnęła ją. Posłała jej zwycięski uśmiech na co Dena wstała przewracając rozbawiona oczyma. Idąc w tamtym kierunku, co chwila spoglądała za sobą jak reszta się bawi. Nie zauważyli niczego. Ich widok znikł jej za krzakami, spojrzała wówczas przed siebie a tam była nieduża polana otoczona drzewami. Zadziwiające, że mało kiedy tu zaglądała, szczególnie, że teraz nadawało to magicznego klimatu. Światło księżyca delikatnie padało na gałęzie i kwiaty, naprawdę miało to swój urok. Westchnęła oczarowana.
-Jednak przyszłaś- odezwał się Midale lekko zaskoczony wychodząc zza drzewa.
-Czasem mi się zdarza- odparła trochę rozbawiona. Usłyszeli kolejny wolny utwór, raptem paręnaście metrów dalej. Spojrzeli na siebie.
-Zatańczysz?- Wyciągnął ku niej łapę jednak ona uciekła wzrokiem zażenowana.
-Dawno nie tańczyłam wolnego, nie pamiętam jak to się robiło- powiedziała zawstydzona. O dziwo, ten się roześmiał i złapawszy ją, pociągnął ją do siebie. Cóż, była w jego ramiona.
-Skoro nawet ja nauczyłem się tańczyć to ty sobie go spokojnie przypomnisz- szepnął jej do ucha. Powoli i ostrożnie stawiali kolejne kroki nie zdeptawszy się.- Widzisz? Panika nie była potrzebna.
-Masz rację.
-Kiedy ostatni raz go tańczyłaś?
-Jeszcze z Theo- mruknęła na co się basior zatrzymał.
-Przepra...
-Wiem, że to przeszłość- przerwała spoglądając na niego.- Dlatego w końcu chce się cieszyć tym co teraz, chwilą.
Uśmiechnął się delikatnie na co w odpowiedzi lekko oparła swoją głowę o jego tors.
Jak komuś chce się dokończyć to śmiało
Od Valdo, Arisa, Midale, Isil i Carey (równoległa rzeczywistość nie dziwić się że każdy jest tu kimś zupełnie innym)
Powoli otworzył oczy, miał wrażenie że zaraz ból mu rozsadzi głowę. Jedyne co go zmotywowało do zwleczenia się z łóżka to palące pragnienie. Wstał chwiejnie i rozejrzał się po pokoju. Wszędzie walały się puszki po piwie, puste butelki wódki i oczywiście zgniecione butelki po coli. Przeniósł spojrzenie na zegarek i z przerażeniem stwierdził że już 7: 20. Pędem pognał do łazienki i ochlapał twarz wodą. Zobaczył swoje odbicie w lustrze, miał ledwie zakrzepniętą długą ranę na twarzy. Spróbował sobie przypomnieć czemu ją zawdzięczał ale alkohol skutecznie wymazał mu większość wspomnień z niedzielnego wieczoru. Wziął szybki prysznic i w biegu zakładając ubranie wybił solidną szklankę kranówy. Zapomniał zawiązać krawatu, który bezwładnie dyndał mu na szyi i krzywo zapiął koszulę ale to nie było ważne, teraz liczyły się tylko kluczyki do samochodu. Znalazł je dosyć szybko, Aris był raczej porządnym człowiekiem i zawsze wszystko odkładał na miejsce. Wypadł z niewielkiej ale na bogato urządzonej kawalerki i ruszył do podziemnego parkingu. Wsiadł do swojego ukochanego Ferrari FF. Spojrzał w lusterko i poprawił krawat i koszulę. Wsadził kluczyki do stacyjki i ruszył. Ryk silnika spowodował nową falę rozdzierającego bólu. Przymkną oczy i zacisną zęby, musiał się zebrać w sobie. Może i jest prezesem ale mimo tego nie powinien się spóźniać. Wreszcie ruszył, po drodze zastanawiał się co go opętało żeby robić u siebie w domu taką zakrapianą imprezę ale nie znalazł żadnego dobrego wytłumaczenia. Zjechał do kolejnego parkingu podziemnego i zaparkował omal nie waląc w jakiś słup. Wygramolił się niezgrabnie z samochodu i ruszył do windy. Wcisną guzik i czekał, miał wrażenie że minęła cała wieczność kiedy metalowe drzwi otworzyły się przed nim. Wszedł do środka i wcisną przycisk z numerem 27. Po kilku minutach dojechał na swoje piętro i ruszył przez wielkie pomieszczenie z wieloma rzędami boksów przy których pracowali ludzie do drzwi z napisem " Biuro prezesa". Pchną lekko drzwi i wkroczył do środka, na biurku leżała sterta papierów. Nie zwracając na nią większej uwagi rzucił się na krzesło. Nie miał zielonego pojęcia co on na tak dokuczliwym kacu tu robił, mógł przecież wziąć jeden dzień urlopu ale nie, oczywiście nie pomyślał o tym. Do pokoju wszedł jakiś mężczyzna, nie był co prawda tak elegancko ubrany jak Aris ale widać było że nie jest zwykłym pracownikiem. Spojrzał na swojego wspólnika i przyjrzał się sznycie na jego twarzy.
- Zaciąłeś się przy goleniu czy co?- wyciągną dłoń na powitanie.
Aris dźwigną się z krzesła i uścisną podaną dłoń.
-Akk, stary, nie wiem.
-Miałeś wczoraj widać niezłą popijawę w domu i pewnie oberwałeś- powiedział pół żartem pół serio.
-Może, ale to teraz nie ważne. Lepiej mi wyjaśnij czego dotyczy ta makulatura- powiedział Aris wskazując na stertę papierów na biurku.
-Tym razem to ja nie wiem, może Car coś wie, to w końcu ona jest za to odpowiedzialna. Zawołam ją.
Akkarin znikną w drzwiach. Po chwili do pomieszczenia weszła atrakcyjna szatynka o błękitnych oczach. Spojrzała uważnie na prezesa i powiedziała z troską w głosie.
-Kiepsko wyglądasz.
-Tak samo się czuję- spojrzał na nią beznamiętnie i wskazał na stos papiurów- wiesz czego one dotyczą?
-Nie wiem- podeszła do niego i spojrzała mu w oczy- ale mogę się dowiedzieć.
Chciał coś odpowiedzieć ale ona pocałowała go delikatnie w policzek, wzięła papiery do ręki i ruszyła do wyjścia. Aris był tym zaskoczony, rzecz jasna pozytywnie, to była jego największa miłość, ale nigdy nie miał śmiałości żeby jej to powiedzieć. A teraz ona zrobiła to co zrobiła. Zapomniał od razu o całym kacu. Carey odwróciła się w drzwiach i puściła mu oczko. Nie czekał, nie miał czasu, i też jako dobry handlowiec nie zamierzał zmarnować okazji. Wybiegł za nią i zastąpił jej drogę.
-Ehh- zaczął lekko zakłopotany, zawsze trochę się wstydził kobiet- masz jakieś plany na wieczór?
Car uśmiechnęła się promiennie.
-Nie mam, a co więcej dam się zaprosić na kolację do jakiegoś uroczego miejsca.
Aris stał wmurowany w podłogę, nie wierzył w to co się właśnie działo. To było zbyt piękne żeby było prawdziwe. Car wyminęła go i ruszyła w swoim kierunku.
W tym samym czasie kilka przecznic dalej swoją kwiaciarnię otwierał niepozorny ogrodnik. Wszedł przez drzwi, podciągną żaluzje wpuszczając do środka promienie słońca i przetoczył wzrokiem po kwiatach. Wciągną powietrze zaciągając się ich zapachem jak dymem papierosowym po czym wszedł za ladę. Bardzo lubił to miejsce, to było jego największe osiągnięcie. Co prawda kiedyś chciał zostać ogrodnikiem, i też się do tego kształcił ale jak zwykle coś mu w życiu nie wyszło i został kwiaciarzem. Chociaż to nie była jedyna rzecz jaka mu w życie nie wyszła. Jego żona zginęła 7 lat temu w katastrofie samolotowej i pozostawiła mu na wychowanie swoich dwóch synów z poprzedniego małżeństwa. Yamis był wtedy nastolatkiem i zniósł to nieco lepiej od swojego młodszego brata, na nim się to strasznie odbiło. Wcześniej był wręcz idealnym dzieckiem, a po tym wydarzeniu zaczął powoli opadać na samo dno żeby wreszcie te sześć lat później dostać kuratora i trafić do zakładu poprawczego za kradzieże i pobicia. Yamis za to był jego zaprzeczeniem, wzorowy uczeń który powoli i wytrwale wdrapywał się na sam szczyt. Midale czół że zawiódł na całej linii, beznadziejnie zastępował im ojca. Z zamyślenia wyrwał go odgłos otwieranych drzwi, do środka wmaszerowała sztywnym krokiem pani kurator. Podeszła do lady i lodowatym głosem wręcz wykrzyczała.
- Dzisiaj pana podopieczny uciekł z zakładu poprawczego.
Midale spojrzał na nią zrezygnowany, naprawdę jej nie znosił. Isil była naprawdę nieprzyjemną kobietą.
-A co ja mam z tym wspólnego?- jękną.
-Jest pan jego opiekunem prawnym.
Dalsza rozmowa bardziej przypominała przesłuchanie na komisariacie. Kuratorka dopytywała się czy on czasem nie wie gdzie Valdo może teraz przebywać i o różne rzeczy tego typu. Ale on nie wiedział. Nie widział go od roku. Wreszcie ta cierpka baba po dwóch godzinach sobie poszła a Midale został sam w kwiaciarni. Wiedział że musi się wybrać do poprawczaka na rozmowę z dyrektorem, nie miał pojęcia po co ale tamtejszy dyr tak sobie wymyślił a on nie bardzo chciał wchodzić z nim w jakieś starcie. Wyszedł zza lady i z żalem zamkną kwiaciarnie. Po upływie pół godziny dojechał na miejsce i dowiedział się ze dyrektor wyszedł na obiad i że nie wiadomo kiedy wróci. Miał ochotę wracać ale wiedział że musi czekać. Usiadł na krześle przed gabinetem i znowu się zamyślił. Tym razem jednak myślał ile klientów może stracić siedząc tutaj. Wyszło mu coś około 10 i wtedy załamał się jeszcze bardziej. Wstał i już miał iść kiedy zobaczył idącą w jego kierunku nauczycielkę, na jej widok lekko się uśmiechną. Znał ją dosyć dobrze, w sumie bywał tu często i miał okazją poznać większość pracowników. Jednak ona był w przeciwieństwie do innych pogodna i miła.
-Dzień dobry pani Cajsim- powiedział kiedy zbliżyła się dostatecznie.
-Witam, zakładam że pan już wie o wszystkim?
-Chyba niestety tak- westchną głęboko- to już trzeci raz w tym miesiącu.
-Czasami zastanawiam się jak on to robi, puki co bije wszystkie rekordy ucieczek.
Rozmowę przerwało nadejście dyrektora. Caj dyskretnie się ulotniła.
-Proszę pana- Oron zaczął powoli -mam serdecznie dosyć tego że ten pański dzieciak co chwilę gdzieś ucieka! Same z nim problemy.
-Wiem.
Dalsza rozmowa była dosyć dziwna, Midale dostał niezłą naganę z ucieczkę Valdo. Zupełnie jakby miał na to jakiś wpływ, no ale cóż, wysłuchał z pokorą i poszedł. Do kwiaciarni wrócił około 17, miał sporo szczęścia. Przed jej wejściem właśnie stał jakiś elegancko ubrany jegomość i po raz kolejny czytał z nudą kartkę głoszącą "zaraz wracam".
-Dobry wieczór- przywitał się z nim.
Aris oderwał wzrok od kartki i się uśmiechną poznając kwiaciarza.
-Już się bałem że pan nie przyjdzie, a kwiaty są mi dziś szczególnie potrzebne.
-A jakie pan by chciał?- zapytał otwierają z znowu drzwi kwiaciarni.
Klient zamyślił się na chwilę.
-Chyba bym poprosił o jakiś wielki bukiet czerwonych róż...
-Oczywiście.
Wczoraj
, 19:39
, 19:39
Midale od razu zabrał się do pracy, co by
o nim nie mówić umiał dobierać i komponować ze sobą kwiaty. wzią15 róż,
dodał do nich trochę gipsówki i jakiegoś zielska którego nazwy nie
pamiętał i zrobił z nich cudo.
Wziął za nie całkiem niezłą zapłatę i znowu zamkną kwiaciarnię. Do domu postanowił wrócić piechotą.
Tym czasem Aris wsiadł do swojego Ferrari i ruszył na umówioną kolację. Był szczęśliwy jak nigdy, wręcz rozkojarzony do tego stopnia że wysiadając z samochodu zostawił kluczyki w stacyjce i omal nie zapomniał bukietu po czym ruszył na najpiękniejszy wieczór swojego życia. Nawet nie zauważył jak ktoś uważnie obserwuje wszystkie jego ruchy po czym ostrożnie wsiada do jego samochodu i nim odjerzdża.
Valdo był bardzo podekscytowany swoim dokonaniem, co prawda nie pierwszy raz kradł samochód ale zawsze były to jakieś stare żęchy a tutaj nagle takie cudko i to jeszcze z kluczykami w stacyjce! Oczywiście niewiele sobie robił z tego że ledwie nad nim panował.
Midale szedł słabo oświetloną ulicą gdy nagle usłyszał za sobą ryk silnika. Odwrócił się i zobaczył snop światła, kierowca sportowego samochodu nie zdążył wychamować, zderzenie było na tyle mocne że właściwie przerwało ogrodnikowi kręgosłup. Valdo zaklą wściekle kiedy zobaczył jak potrąca jakiegoś przechodnia. Odwrócił się żeby spojrzeć na niego, nigdy nie powinien tego robić. Ferrari rozpędzone do 100km/h uderzyło w solidny słup na ogłoszenia.
Tak wiem że to było nieco dziwne, proszę mnie za to nie zabijać.
Wziął za nie całkiem niezłą zapłatę i znowu zamkną kwiaciarnię. Do domu postanowił wrócić piechotą.
Tym czasem Aris wsiadł do swojego Ferrari i ruszył na umówioną kolację. Był szczęśliwy jak nigdy, wręcz rozkojarzony do tego stopnia że wysiadając z samochodu zostawił kluczyki w stacyjce i omal nie zapomniał bukietu po czym ruszył na najpiękniejszy wieczór swojego życia. Nawet nie zauważył jak ktoś uważnie obserwuje wszystkie jego ruchy po czym ostrożnie wsiada do jego samochodu i nim odjerzdża.
Valdo był bardzo podekscytowany swoim dokonaniem, co prawda nie pierwszy raz kradł samochód ale zawsze były to jakieś stare żęchy a tutaj nagle takie cudko i to jeszcze z kluczykami w stacyjce! Oczywiście niewiele sobie robił z tego że ledwie nad nim panował.
Midale szedł słabo oświetloną ulicą gdy nagle usłyszał za sobą ryk silnika. Odwrócił się i zobaczył snop światła, kierowca sportowego samochodu nie zdążył wychamować, zderzenie było na tyle mocne że właściwie przerwało ogrodnikowi kręgosłup. Valdo zaklą wściekle kiedy zobaczył jak potrąca jakiegoś przechodnia. Odwrócił się żeby spojrzeć na niego, nigdy nie powinien tego robić. Ferrari rozpędzone do 100km/h uderzyło w solidny słup na ogłoszenia.
Tak wiem że to było nieco dziwne, proszę mnie za to nie zabijać.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)