Ja i Akkarin wracaliśmy z rannego polowania. On cały czas jeszcze lekko utykał na prawą łapę. Kość się zrosła dzięki staraniom Yogani i dzięki wodzie z Wodospadu życia, jednak cały czas była bardziej wrażliwa. Słońce właśnie wychylało się zza horyzontu, a las budził się do życia. Skowronek poćwierkiwał na gałęzi, a głodne sroki szukały resztek po wczorajszym ognisku. Opowieść Akkarina była niesamowita. Dotarło do mnie jak wiele o nim nie wiedziałam. Prawda jest taka, że nie miał łatwego życia... Wojna,śmierć, potem niewolnictwo, a w końcu ucieczka...i zamieszkanie w naszej watasze...
***
Spostrzegłam liczną armię. Stałam na skale, w górach siedmiu wichur, obok mnie stał Akkarin.On też ich widział. Daliśmy znak Oronowi. Basior Alfa zadął w róg. Wszyscy zebrali się na słonecznej polanie, również nasi sojusznicy. Przemowa Orona była krótka i zdecydowana. Yogani przestrzegała nas przed mocami najeźdźców, nie znaliśmy ich, trzeba było być ostrożnym. Nasza armia dowodzona przez Orona i jeszcze dwóch alf naszych sojuszników, ruszyła na pierwszą bitwę...
Biegłam przed siebie, u mego boku biegł Akkarin. Zaczęła się walka. Zauważyłam wilka z czarną sierścią. Obnażył kły i ruszył. Uciekłam spod jego ciosu uprzedzając następny jego rusz. Wystrzeliłam kilka powietrznych strzał w jego kierunku. Drugi chciał zaatakować mnie od tyłu, ale Akkarin złapał go zębami za grzbiet i pociągnął do ziemi. Walczyliśmy świetnie, niczym zgrany duet...
Pokonaliśmy wielu, jednak było ich cały czas dużo. Byłam wykończona. Zmusiłam się jednak do walki i wyciągnęłam łapę z ostrymi pazurami w stronę jednego z wrogów. Zdałam mu ranę, popłynęła krew. Skoczyłam na niego z furią, ostatkami sił. Wrzasnęłam przeraźliwie. Mój krzyk rozdarł powietrze. W jego futrze było było ukryte ostrze...Upadłam na ziemię, z mojej rany krew sączyła się obficie, przycisnęłam ją łapą, by się nie wykrwawić. Wilk chciał mnie dobić, jednak z pomocą przyszedł mój narzeczony. Mimo zmęczenia, rzucił się na basiora rozdzierając jego futro. Po czym upadł na ziemię nieprzytomny. Był wycieńczony, a z jego ran ciekła krew. Chciałam mu pomóc, ale nie byłam w stanie. W ustach czułam smak kurzu. Potem już tylko ciemność...
***
Leżałam na pledzie ze skór. Byłam w jaskini alf. Moje futro było czyste i nie było już na nim kurzu. Moja rana była owinięta nędznym kawałkiem skóry. Po drugiej stronie jaskini leżał Akkarin. Nadbiegła Yogani:
-Jak dobrze, że się obudziłaś! Wiesz co się stało!? W czasie walki ich szpiedzy zakradli się tu i ukradli bawełnę i zioła. Zabili strażników pilnujących wejścia do lecznicy.
-Naprawdę!!!? Chyba kpisz!? Jakim cudem...?!To dlatego daliście mi na opatrunek taki skrawek.
-Wiem, niestety. Na szczęście udało nam się zebrać trochę krwawnika do oczyszczenia ran. Pgdumańczycy zarządzili przerwę. Tak zwaną cisze między-bitewną.
-A jak Akkarin?
-W porządku, na razie śpi, ale żyje.
-To dobrze.
-Cajsim? Yogani? Wygraliśmy...?-Odezwał się Akkarin, chrapliwym głosem.
-Jeszcze nie, u Cajsim wszystko w porządku.-Wyjaśniła Yogani.
-Witaj Aki, jak się czujesz?- Zapytałam...
Część 14 wkrótce.
<Akkarin?Mam nadzieję że ci się podoba.>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz