Byłam przerażona. To nie było moje samowolne posunięcie do pocałowania go. Theo, to ty mną na chwile pokierowałeś? Ledwo wróciłam od Cajsim, która uleczyła moje rany a napotkałam Yamis'a, wyglądał na lekko zaniepokojonego. Bolało mnie to, że przez to całe zamieszanie z Midale nie poświęcałam się całkowicie dzieciom ale nie pokazywałam się im zaraz po potyczkach z basiorem, szybko zawsze chodziłam na wyleczenie aby nie widziały jak wyglądam.
-Mamo, od dłuższego czasu wyglądasz fatalnie- stwierdził niż zapytał straszy syn. Posłałam mu lekki uśmiech.
-Nie martw się kochanie, jestem po prostu zmęczona- powiedziałam co w sumie było prawdą, każda walka praktycznie zabierała mi wszystkie pokłady energii. Nie zdążył mnie zapytać o coś innego, gdy w naszym polu widzenia pojawił się on. Ledwo stanął a zadał pytanie o Carey. Jaka znowu Carey?
-Nie. Nie jestem Carey, jestem...- nie dokończyłam bo zaraz Yamis wyszedł zza mnie i powiedział do niego lodowato.
-Czego chcesz od mojej matki?- Basior spojrzał na niego podle.
-Ciebie nie pytałem gówniarzu- podniósł łapę aby uderzyć małego. Nie udało mu to się, bo trafił na barierę, która wybuchła i posłała go na drzewo.
-Yamis, do jaskini, już!- Wrzasnęłam do syna, który posłusznie pognał co sił w łapach do domu. Midale był zaskoczony, jakoś zebrał się do wstania. Teraz już nie patrzyłam na niego przyjaźnie, mój wzrok był mieszanką powagi i narastającej złości.
-Możesz być sobie kim chcesz. Możesz nie pamiętać absolutnie nic z przeszłości. Nie interesuje mnie to, czy uważasz mnie za niejaką Carey czy kogoś innego. Nie pozwolę nikomu na to, aby podniósł łapę na moje dzieci- warknęłam i wycelowałam w niego całą salwą barier, które wybuchały tuż przy nim. Nie miał szans na ucieczkę, cały czas był atakowany. Nagle padł, rozłożyło go na łopatki.
-Kim ty jesteś?- Zapytał znienacka.
-Jestem Dena- powiedziałam dobitnie, byłam przygotowana na kolejne ataki kiedy tyko by wstał.
<Midale? Ostrzegałam XD>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz