środa, 12 kwietnia 2017

Od Cajsim do Hoki i Orona

Część ostatnia( koniec z wojną i jej podobnymi rzeczami. Od teraz moje opowiadania będą miały tytuły)

Ostatnio miałam dużo stresu i czułam się źle. Postanowiłam wybrać się do Zaczarowanej puszczy razem z Akkarinem. Szczeniakami opiekowała się teraz Isil. Szliśmy przez niezwykły, wspaniały las pełen różnobarwnych kwiatów, niesamowitych roślin i zwierząt rozmyślając o ostatnich wydarzeniach.Przypomniałam sobie jak Hoki zrobiła swój pierwszy krok, musiałam jej pomóc, bo prawie by się przewróciła. Na to wspomnienie uśmiechnęłam się. Zatrzymaliśmy się pod ogromnym dębem zasłaniającym niebo bujną koroną szmaragdowych liści. Znaleźliśmy mnóstwo ziół przydatnych do lecznicy. Teraz musieliśmy sprawować rolę uzdrowicieli...
***
Wróciliśmy do domu o północy, niebo wyglądało pięknie. Szybko położyliśmy się spać...
Ze snu wyrwał mnie ostry skurcz. Jęknęłam głośno. Akkarin obudził się, oboje wiedzieliśmy co się dzieje...Ak zdenerwowany latał po jaskini tam i z powrotem.Poczułam kolejną falę bólu, wtedy on przypadł do mnie i dodał mi sił. Z chwilą gdy słońce wyszło zza widnokręgu szczeniaki przyszły na świat..."zaraz, zaraz...szczeniaki?!" Byliśmy pewni że to będzie jeden szczeniak...Akkarin spojrzał na mnie z zaskoczeniem i radością, powiedział tylko tyle:
-Naszej drugiej córce ty nadasz imię.
-Aditi. -szepnęłam.-Nazywam cię Aditi.
Akkarin uśmiechnął się i mnie pocałował. Po nakarmieniu Aditi i Elendy poszłam spać, a Ak opiekował się dziećmi.
***
Minął tydzień. Tydzień bycia matką...czułam się świetnie. Z każdym dniem szczeniaczki były coraz bardziej żywiołowe i coraz sprawniej chodziły.  Cała wataha wiedziała już że mamy dwie nowe wadery.Oron i Hoki też robili postępy i to znaczne.Nasza jaskinia aż kipiała od wesołych pisków szczeniaków i radosnych śmiechów. Wreszcie wszystko się skończyło...czasem tylko szłam nad galopującą rzekę i patrząc na wodę przypominałam sobie Yo. Wydawało mi się jakby stała obok mnie. Wręcz widziałam jak się uśmiecha i skacze po kamieniach...i to mi wystarczało...wystarczała mi jej obecność...jej szczęście. Ona była gdzieś tam...ja byłam tego pewna...
Niestety przyszedł czas pożegnania. Wróciłam do jaskini i spojrzałam na pled mojego męża, leżał tam list:
Najdroższa Cajsim!
Wybacz, ale muszę się z tobą pożegnać. Przynajmniej na jakiś czas. Moi krewni mają kłopoty i musiałem wyruszyć w podróż. Przykro mi, nawet nie wiesz jak bardzo, że nie mogłem się z tobą pożegnać i że muszę was zostawiać. Nie martw się! Opiekuj się Elendą i Aditi, patrz jak rosną. Też chciałbym to widzieć,ale niestety musiałem was opuścić na jakiś czas. Wrócę nim się obejrzysz!
Pozdrów watahę i przyszłe alfy ode mnie!
Do zobaczenia!
Akkarin
Ogarnęła mnie melancholia i rozczarowanie, "jak on mógł teraz nas zostawiać?! W takim momencie!? Kiedy Elenda i Aditi się urodziły? No cóż...musiał to musiał. Mam nadzieję że niebawem go zobaczę znów, on zawsze wraca" 
Pod wieczór zerwał się wicher. Szczeniaczki już spały, a płomienie tańczące na ognisku dawały mnóstwo ciepła, patrząc na nie przypominałam sobie dawne czasy. W końcu słońce zaszło i wyszedł księżyc. Gdzieś z oddali słychać było pohukiwania sowy. "Ciekawe co przyniesie nam jutro..."

<Akkarin odszedł na jakiś czas z watahy i tym samym skończyliśmy pewien wątek. Przekazuje pałeczka Hoki i Oronowi. Hoki Oron? Możecie oboje mi odpisać. ;)>





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz