-Nie umieraj! Żyj! Dasz radę! Jestem pewna!- wołałam stojąc przy Yogani.
-Oron i Hoki...Urodziłam Orona i Hoki- usłyszałam tylko taką odpowiedź.Jej oczy kiedyś pełne blasku i radości, teraz takie szare i wyblakłe.
-Przepraszam cię Yogani! Wybacz! Wybacz mi to wszystko co zrobiłam! Ja tak bardzo cię przepraszam! Nawet nie wiesz jak bardzo jest mi żal! Byłam wściekła na ciebie, byłam zła i rozżalona!Wybacz mi! Przyjaciółko cenniejsza niż złoto i diamenty! Moja alfo! Nie umieraj!-Krzyczałam przez łzy do niesłyszących już uszu, do zamkniętych ust, do martwego serca, do zimnego ciała.
-To wszystko moja wina! Proszę wybacz...wybacz mi Yogani!-spojrzałam w sufit jaskini i ujrzałam coś niebywałego. Nad moją głową, w powietrzu była patronka wody, Kvamanzi. Patrzyła na mnie i na Yo smutnym wzrokiem.
-Cajsim, proszę pozwól, pozwól Yogani pójść ze mną. Dla niej czas na ziemi się już skończył.-przemówiła patronka.
-Nie! Yogani zostaje!-wrzasnęłam ze łzami w oczach.
-Owszem zostaje. Zostanie na zawsze w twoim sercu i pamięci innych. A teraz ona spieszy się na spotkanie z ukochanym w Neamanie.-powiedziała Kvamanzi z lekkim uśmiechem i zrozumieniem w oczach.
-Dobrze...nie mogę się sprzeciwiać.-zgodziłam się spoglądając na patronkę wody.
-Żegnaj Yogani! Do zobaczenia w Neamanie! Idż do ukochanego...-powiedziałam z niechęcią i rozpaczą. Kiwnęłam głową i patronka zabrała krwawiącą Yo i wyleciała z jaskini. Z ran mojej przyjaciółki nie ciekła już krew, a w miarę jak się wznosiła coraz wyżej i wyżej jej rany zrastały się. W końcu ona i patronka zniknęły mi zupełnie z oczu.
Zostałam sama w kałuży krwi, gdy nagle spostrzegłam dwa małe szczeniaczki ukryte w kącie jaskini i dotarły do mnie słowa Yogani.
-Hoki i Oron...-powiedziałam na głos. Po czym podeszłam do przerażonych szczeniaczków i uspokajając je wyniosłam z jaskini. Wróciłam do jaskini Yogani i położyłam je na skórzanym pledzie. Posiedziałam z nimi trochę, po czym zasnęły. Nagle poczułam silny skurcz. Spoglądając na brzuch pomyślałam że już niedługo się urodzi nasza Elenda...popatrzyłam na Akkarina. Leżał z zamkniętymi oczami. Była księżycowa, jasna noc. W świetle księżyca dobrze było widać jego twarz...Zdobyłam się na udawany uśmiech. Byłam w szoku,po tym co się stało. Byłam pewna jednego: Midale nie uniknie zemsty...
***
Stałam przy urwisku. Była mgła. Nagle Yogani wyskoczyła zza skały.
-To twoja wina, Cajsim! Gdyby nie ty to bym nadal żyła!-Wrzasnęła Yogani, była wściekła.
-Yo, wybacz mi! Midale był za szybki.
- Nie! To ty byłaś za wolna! Nie trafiłaś w Midale strzelając głazem, wtedy w jaskini.To twoja wina!
-Yo!
-Tak to twoja wina!-nagle Oron pojawił się obok Yogani.
-Oronie wybacz mi! Yogani błagam...
-Twoja wina !
-Twoja!
-To wszystko twoja wina!
-Żylibyśmy gdyby nie ty!
Zaczęli iść w moją stronę, wyzywając mnie i pchając w przepaść.
-Błagam was! Zrozumcie mnie! Yo, Oronie przepraszam za wszystko!
Oni byli nieubłagani, szli, coraz bardziej pchając mnie w stronę śmierci.
-Twoja wina!
-Tego nie da się wybaczyć!
Zepchnęli mnie w przepaść. Leciałam w czarną przestrzeń,a oni byli coraz mniejsi i mniejsi, aż w końcu straciłam ich z pola widzenia. Otaczała mnie czarna przestrzeń. Jedyne co dochodziło do moich uszu do to krzyki i płacz. I oskarżycielskie głosy:
Ty zabiłaś nas wszystkich!To twoja wina!
Nagle ujrzałam Akkarina.Jego wzrok nie był życzliwy, pełen odwagi i przyjazny tylko zimny,obcy i niedostępny.Nagle odezwał się do mnie:
-To ty zabiłaś Yogani! To twoja wina że Oron nie żyje.
-Ak, kochanie!
-Jesteś morderczynią!
-Wybacz!
-Już cię nie kocham...-rzekł zimnym i twardym tonem.
-Nie! Akkarinie, nie odchodź!-zawołałam,a mój głos ucichł w ciemności nie pozostawiając po sobie echa, nie pozostawiając po sobie nic...Akkarin odszedł, a ja znowu zostałam sama w zimnej i złowrogiej ciemności.Głosy huczały mi w głowie. Byłam sama,zupełnie sama. Krzyki, płacz i mnóstwo głosów rozbrzmiewało w ciemnościach,a ja leciałam i leciałam w dół i w dół jak w studni bez dna. Moje ciało nabierało coraz większej prędkości lecąc się w próżni. Nie było wiatru, słońca,zielonej trawy,drzew ani wody tylko ciemność i złowrogie głosy...
***
Zerwałam się ze skórzanego pledu z przeraźliwym krzykiem. "Yogani,Oron..." W otępieniu powtarzałam ich imiona."Przepraszam was, wybaczcie mi...Akkarinie...? Czy on naprawdę mnie nie kocha...?" Z otępienia wyrwały mnie cichutkie popiskiwania szczeniaków. "To tylko sen. To tylko zły sen...Trzeba się zająć szczeniaczkami"-pomyślałam. Podeszłam do maluchów i nakarmiłam je. Potem posprzątałam trochę w jaskini i umyłam im futerka. Później szczeniaki bawiły się razem. Spojrzałam na palenisko i woreczki z ziołami. Przypomniałam sobie Yogani,kiedy jeszcze tak niedawno temu, opatrywała rany i robiła eliksiry z ziół, na palenisku palił się ogień, tańczył wtedy tak wesoło na sosnowych gałązkach,a Yo śmiała się radośnie..."Już jej tu nie ma...i nigdy nie będzie...przepadła na zawsze..." ogarnął mnie smutek i rozpacz. Łzy kapały na ziemię i łączyły się w jeden słony strumień."To moja wina...gdybym przyszła wcześniej uratowałabym ją...teraz by żyła..." Zapłakałam głośno i więcej łez popłynęło na ziemię...
Usłyszałam za sobą głos.
-Kochanie, przyniosłem ci śniadanie!-To był on! Poznawałam go, jego pełen życzliwości głos.
-Akkarin?
-Caj, To ja.
-Czy ty mnie nadal kochasz?
-No pewnie że tak, skąd ci to przyszło do głowy?-na jego pytanie uśmiechnęłam się, lecz potem rozpłakałam się i upadłam na ziemię.
-Cas! Co ci jest? Co się stało?
-To wszystko moja wina!
-Ale co?
-Yogani nie żyje! To moja wina!Gdybym przybiegła wcześniej to by się nie wydarzyło...-Akkarin przytulił mnie czule.
-Nie mów tak, kochanie. To nie twoja wina.
-Tak, gdybym przyszła wcześniej obroniła bym ją przed Midale!
-To Midale ją zabił, a nie ty! To jego wina, nie twoja.
-Akkarin...Jak dobrze,że jesteś. Szkoda że Yo tu nie ma.
-Jest. Zawsze będzie. Ona jest tu teraz, w tej jaskini. Nie widzisz?
-Nie.
-Bo jej się nie da zobaczyć, ja też jej nie widzę,ale ona tu jest, obiecuję ci,jestem pewien...
-Niepotrzebnie się na nią gniewałam niepotrzebnie byłam wściekła...tyle jeszcze chciałabym jej powiedzieć...
-Zawsze możesz...bo ona tu jest. Zawsze będzie przy tobie. Tak samo jak ja. Już zawsze będziemy razem.
-Kocham cię.
-Ja ciebie też.-mówiąc to Akkarin pocałował mnie.
***
Po zjedzeniu śniadania zajęliśmy się wspólnie szczeniakami Yo, a ja przedstawiłam ich imiona Akkarinowi. Potem całej watasze...Później Akkarin zabrał mnie nad wodospad życia. Wykąpałam się w nim,a moje rany psychiczne i fizyczne były mniej odczuwalne i dotkliwe. Chłodna woda oczyściła moją duszę i ciało. Leśne powietrze uspokoiło mój umysł i pomogło przetrwać żałobę...
Akkarin opowiedział mi o tym co się stało: Kiedy rzuciłam głazem w Midale,niestety nie trafiłam,ale wilki usłyszały huk uderzenia skały o skałę. Pobiegli najszybciej jak mogli w stronę jaskini i walczyli z Midale. W końcu zmęczyli go. Kiedy Akkarin chciał zadać ostateczny cios Midale poderwał się z ziemi i uciekł. Akkarin i reszta watahy zajęła się leczeniem ran. Potem wyczerpany zasnął przy mnie, a potem Midale wrócił i...zabił Yogani...to była cała historia, smutna,ale prawdziwa. Nie wiadomo gdzie jest Midale, dlatego ja i Akkarin zarządziliśmy stróżowanie nocą i dniem by nikomu nie stała się krzywda,a Oron i Hoki byli otaczani szczególną opieką i ochroną. Wielkimi krokami zbliżał się czas porodu.
<Podoba się? Mam nadzieję.Akkarin, ja napiszę następne o porodzie, a potem ty :)>
1177 słów!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz