Wszystko wydawało się takie odległe. Szarość przysłaniała widoczność a krzyki brzmiały, jakby były za grubym szkłem. Pamiętałam tylko ten ból w gardle a potem jakby lekkie uniesienie. Czułam się ciężka niczym głaz. Czy ktoś nawijał, abym nie zasypiała? Nie pamiętam. Ciemność pochłonęła mnie niczym wybłagany sen.
***
Znalazłam się na zamglonej polanie. Rozejrzałam się ale nikogo nie było. To nie mogła być rzeczywistość, bo nie miałam żadnej rany. Nagle usłyszałam głos, dźwięk na który od razu zamarłam.
-Dena...
-Theo?- Obejrzałam się za siebie. Stał kilka metrów ode mnie, jak zawsze uśmiechnięty. Był to wyższy niż przeciętny basior o porządnej budowie, jasnoszarej sierści i poszarpanych skrzydłach. Rzuciliśmy się sobie w ramiona. Nie mogłam znaleźć słów, aby opisać moją tęsknotę za nim od momentu przedwczesnej śmierci.
-Denuś- zwrócił się łagodnie zmuszając mnie do spojrzenia na niego.- Wiem, że przez moje szybkie odejście zostałaś sama z naszymi dziećmi na lodzie. Ale świetnie się spisujesz. Masz misję kochana.
-Jaka?
-Ja już nie należę do twojego świata, musisz się otworzyć na nowy związek.
-Ale...
-Cii. Jest dobrze. Ktoś teraz potrzebuje cię bardziej niż nawet Valdo i Yamis, tylko o tym nie wie. On cię potrzebuje jak ja za życia.
Wszystko się zaczęło oddalać, chyba się budziłam. Wyrywana z jego czułych ramion wykrzyknęłam:
-Kto to?!
-Gdy się wybudzisz, usłyszysz jako pierwsze jego imię- uśmiechnął się znikając.- Nie obawiaj się, zawsze nad tobą czuwam.
***
Powrót świadomości zaowocował dotkliwym bólem. Jęknęłam mimowolnie, ktoś musiał mnie leczyć bo już tylko gdzieniegdzie czułam obecność ran. Zaraz usłyszałam przerwaną rozmowę.
-Nie wiem, dlaczego to robi. Nagle ni stąd ni zowąd, prawie wyrżnął nam watahę. W ostatniej chwili udało mi się ją uratować.
-To silna wadera. Musimy powstrzymać go ile się da. Inaczej będziemy musieli inaczej rozprawić się z Midale.
Midale? To jemu mam pomóc? Co dusza Theo miała na myśli o tej potrzebie jak za życia? Rozmyślania przerwała informacja medyczki.
-Skończyłam, nie ma już żadnych ran a krew wróciła w straconej ilości... Dena nie wstawaj!!- Krzyknęła widząc jak dźwigam się powoli na łapy.
-Czuje się dobrze. Muszę wracać do Midale- mruknęłam ale czarna wadera stanęła mi na drodze.
-Dopiero się ocknęłaś, on cię nieomal zabił a ty zamierzasz do niego wrócić?! Oszalałaś?
-Musze mu pomóc. Koniec, kropka- powiedziałam wymijając ich. Ktoś kogoś powstrzymał abym mogła iść dalej.
-Niech idzie. Może jej się uda?
Po kilku minutach byłam ponownie na polu walki, gdzie on sobie chodził wyraźnie czekając na coś lub kogoś. Westchnęłam tym razem biorąc moc od mojej krewnej, która panowała nad dźwiękiem, w tym była mowa o przemieszczaniu się z prędkością dźwięku.
-Hej Midale- zawołałam cicho. Obrócił się z dzikim uśmiechem.
-Kogo my tu mamy. Kontynuujemy?- W odpowiedzi przyjęłam pozycję obronną. Musiałam mu pomóc, teraz to się liczyło.
<Midale?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz